Siedzę nad tym pytaniem od jakiegoś czasu i nie mam jasnej odpowiedzi. Medytuję regularnie już kilka miesięcy i zauważam, że z jednej strony czuję się bardziej wyciszona i pogodzona ze sobą, ale z drugiej - jakby coraz mniej mi się chce wychodzić do ludzi, rozmawiać, być w towarzystwie. Zastanawiam się, czy to medytacja mi to robi, czy może po prostu coraz bardziej lubię być sama. Czy ktoś miał podobnie? Chodzi mi o to, czy medytacja faktycznie może pogłębiać to poczucie, że świat zewnętrzny jest jakoś mniej ważny niż wcześniej?
To ciekawe, bo ja mam dokładnie odwrotnie. Po kilku miesiącach regularnej praktyki zaczęłam czuć się bardziej otwarta na kontakt z ludźmi, nie mniej. Ale mam jedno pytanie do Ciebie - czy mówisz o samotności jako o czymś nieprzyjemnym, czy raczej o potrzebie bycia sam na sam ze sobą? Bo to dla mnie dwie różne rzeczy.
Właśnie, bo 'samotność' i 'odosobnienie' to nie to samo. Ja od jakiegoś czasu staram się rozróżniać te dwa stany podczas praktyki. Izolacja kojarzy mi się z czymś przykrym i niezamierzonym, a odosobnienie - z wyborem. Mam wrażenie, że medytacja uczy właśnie tego drugiego, ale nie wiem, czy to zawsze działa 'w tę stronę'. Może zależy od tego, jak i po co się medytuje?
Czytam to i myślę, że może ja mam podobnie, ale nigdy tego tak nie nazwałam. Zaczęłam medytować bo miałam stres w pracy i po kilku tygodniach faktycznie stres mniejszy, ale jakoś mniej mi też zależy na kontaktach ze znajomymi. Myślałam, że to po prostu zmiana priorytetów. A może to nie jest takie zdrowe?
a powiedz mi, jak wygląda Twoja praktyka? Czy robisz głównie ciszę, obserwację oddechu, czy może coś innego? Pytam, bo mam wrażenie, że rodzaj medytacji może tu sporo zmieniać. Inne efekty daje praca z oddechem, inne medytacje miłującej dobroci, a jeszcze inne długie sesje vipassany.
Znam osoby, które po intensywnych odosobnieniach medytacyjnych miały spory problem z powrotem do normalnego życia. To nie jest rzadkie. Jednocześnie znam kogoś, kto dzięki regularnej praktyce wyszedł z naprawdę głębokiej izolacji. Więc wydaje mi się, że odpowiedź na pytanie z tytułu wątku brzmi: zależy. Tylko od czego dokładnie - to już trudniejsze.
Ja to obserwuję z boku bo sam medytuję rzadko i nieregularnie, ale mój kolega bardzo się w to wciągnął i faktycznie stał się trochę... inny. Trudno go opisać. Jakby spokojniejszy, ale też jakby mniej 'obecny' w rozmowie. Nie wiem czy to efekt medytacji, czy po prostu człowiek się zmienił.
Czytam ten wątek i jest mi bliski. Mam podobne obserwacje co autorka - po kilku miesiącach praktyki jakby zrobiło się ciszej nie tylko w głowie, ale też w życiu, jeśli to ma sens. Ludzie zaczęli mi się wydawać głośniejsi niż wcześniej, szybsi, bardziej powierzchowni. Nie mówię, że to dobrze ani źle, po prostu tak to odczuwam.
robiłam i robię, metta medytacja to moja ulubiona praktyka w sumie. Ale wiesz co, zanim zaczniesz cokolwiek zmieniać - zastanów się, czy to uczucie dystansu do ludzi jest dla Ciebie problemem, czy po prostu czymś nowym, do czego nie masz jeszcze stosunku. Bo może to nie jest żaden sygnał alarmowy, tylko zmiana, która Cię trochę niepokoi, bo jest nowa.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, bo sam nie medytuję zbyt systematycznie - czy wy mówicie o samotności wewnętrznej, czy fizycznej? Bo mi się wydaje ze można czuć się bardzo samotnym wśród ludzi, albo bardzo połączonym ze wszystkim siedząc w ciemnym pokoju. Może medytacja po prostu robi to widocznym, a nie tworzy to od zera?
To co napisałaś na końcu - 'nie wiem czy wyzwalające czy przygnębiające' - wydaje mi się kluczowe. I myślę, że odpowiedź na to pytanie zależy od tego, czy masz kogoś, z kim możesz o tym porozmawiać, czy siedzisz z tym sama. Medytacja bez jakiegokolwiek wsparcia, nauczyciela, grupy, czy choćby kogoś kto rozumie o czym mówisz, może być trudna. Nie dlatego że jest zła, tylko dlatego że niektóre rzeczy, które wychodzą na powierzchnię, potrzebują świadka.
To co napisała Brzoskwinka o siedzeniu sam na sam z tymi odkryciami - to mnie uderzyło. Bo ja właśnie tak mam. Niby medytuję, coś widzę w sobie, ale nie mam z kim o tym porozmawiać, więc te obserwacje jakoś... zostają we mnie i kiszą się.
To jest bardzo ciekawe, bo ja chyba właśnie w tej pułapce jestem. Obserwuję siebie coraz dokładniej, coraz więcej widzę, ale z nikim o tym nie rozmawiam. Myślałam, że to wystarczy - widzieć. A może nie wystarczy?
Samo widzenie to nie wszystko, to fakt. Ale mam pytanie do autorki - czy wy w ogóle szukałaś kiedyś jakiejś grupy medytacyjnej, choćby online? Czy to zawsze była praktyka czysto solowa?
Ja nie medytuję regularnie jak wy, ale słucham i mam wrażenie że ten problem, co opisujecie - tego 'kiszenia się' - jest trochę jak zagotowany gar bez przykrywki. Coś musi ujść. Tylko pytanie gdzie. Autorka, jak ty to rozładowujesz, jak już wróciś z tej ciszy?
Śledzę ten wątek od jakiegoś czasu i coś mi nie daje spokoju. Mówicie o medytacji jakby miała działać jednostkowo - albo izoluje, albo otwiera. A co jeśli to naprawdę zależy od tego, jaki ktoś ma cel wchodząc w praktykę? Bo ja zaczęłam medytować żeby być spokojniejsza w relacjach, i u mnie efekt był odwrotny do tego, co opisuje autorka.
to ciekawe, że wychodziłaś z założenia, że szukanie grupy przeczy istocie praktyki. Bo to może właśnie być jeden z tych wzorców, o których Sigilmistrz pisał wcześniej - że medytacja tylko je wzmacnia. Nie mówię że tak jest, ale warto się zastanowić, skąd to przekonanie.
Słuchajcie, a nikt jeszcze nie powiedział wprost - czy da się w ogóle ocenić samemu, czy medytacja mi szkodzi czy pomaga w relacjach? Bo z zewnątrz może to wyglądać inaczej niż od środka.
Szczerze? Jedna przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że 'stałam się trudna do złapania'. Nie rozumiałam co miała na myśli, ale po tej rozmowie zaczynam myśleć, że może chodzi właśnie o to, o czym tu piszecie.
'trudna do złapania' - to brzmi znajomo. Mnie mój brat powiedział coś podobnego, że jakby rozmawia ze mną, ale mnie nie ma. Wtedy byłam trochę urażona, ale teraz nie jestem już taka pewna, czy nie miał racji.
To co mówi Mimoza i to co napisała autorka o tej przyjaciółce - to mi daje do myślenia. Może ten wątek powinien się właśnie gdzieś dotknąć pytania, czy medytacja jako praktyka solowa ma swoje granice. I nie mówię, że odpowiedź jest oczywista.
Przepraszam, że urwałam wcześniej. Chciałam dokończyć myśl - zaczęłam medytować żeby być spoko z samą sobą, a skończyłam na tym, że byłam spoko z samą sobą, ale coraz bardziej nieswojo z innymi. Jakiś czas zajęło mi zrozumienie, że to nie był efekt docelowy, tylko etap. I pytanie, które sobie wtedy zadałam: czy chcę zatrzymać się na tym etapie, czy iść dalej?
Słucham tego i myślę, że chyba nigdy nie postawiłam sobie tego pytania wprost. Czy chcę iść dalej, czy zostać tam, gdzie jestem. Po prostu robiłam swoje i nie pytałam, dokąd to zmierza. Może to jest część problemu.
To co Eremitka napisała - czy to nie jest trochę jak z każdą inną praktyką? Można piec chleb bez pytania, po co, ale jeśli za każdym razem wychodzi płaski, to chyba warto zadać to pytanie. Ale mam wątpliwość - czy w medytacji to w ogóle jest takie proste, żeby powiedzieć 'chcę tego, a nie tamtego'? Bo mi się wydaje, że często się tam trafi, a nie celuje.
Ja mam identycznie jak Domowik. Siadam z myślą 'chcę się wyciszyć' i po chwili kłócę się w głowie z kimś z pracy. Więc pytanie o intencję brzmi dla mnie trochę abstrakcyjnie. Jak to w ogóle działa u tych, którym to wychodzi?
Wtrącę się, bo mam na to coś konkretnego, jeśli można. Jak wychodziłam z medytacji z jakimś ładunkiem, to zaraz po siadałam i pisałam jedno zdanie - co czuję, kogo to dotyczy. Nie rozwijałam, tylko jedno zdanie. I to jakoś rozładowywało, nie wiem dlaczego.
No to właśnie - to co Krwawnik opisała to jest chyba sedno tego wątku. Medytacja wyciąga to na wierz, ale rozwiązanie i tak jest gdzieś na zewnątrz, w relacji, w rozmowie. Sama medytacja to jakby diagnoza, nie lekarstwo. Mam racje czy się myle?
