Nie wiem od czego zacząć, bo to trochę wstyd się przyznać, ale wypadłam z praktyki jakieś osiem miesięcy temu i do tej pory nie mogę wrócić. Wcześniej medytowałam prawie codziennie, miałam swój kąt, swoje rytuały poranne, to wszystko działało. Potem przyszedł ten okres w pracy, zaczęłam brać na siebie więcej, potem jeszcze więcej i w pewnym momencie obudziłam się z tym, że nie mam w sobie absolutnie nic. Siadałam na macie i... nic. Jakby ktoś wyłączył światło. Próbowałam na siłę, ale im bardziej się starałam, tym gorzej było. Teraz zastanawiam się, czy ktoś tu przechodził coś podobnego i co z tym zrobił. Czy w ogóle da się wrócić do praktyki po takim wypaleniu?
To co opisujesz brzmi bardzo znajomo, i nie, nie ma się czego wstydzić. Jak wyglądały te próby na siłę, o których piszesz? Bo to ważne. Czy próbowałaś wracać do dokładnie tej samej formy co wcześniej, czy szukałaś czegoś łatwiejszego?
Zatrzymałbym się przy tym 'na siłę'. To jest chyba największy błąd przy powrocie po wypaleniu. Medytacja z pozycji wymuszenia to trochę jak próba relaksu z zacisniętą szczęką. Ciało i umysł to czuje i się buntuje. Ale powiedz mi więcej, jak długo te sesje trwały, kiedy próbowałaś wracać?
Czytam to i myślę, że mam dokładnie tak samo, tylko ja jeszcze nigdy nie miałam regularnej praktyki, więc nawet nie wiem do czego wrócić. Ale to pytanie o powrót po wypaleniu mnie bardzo interesuje. Czy tu jest jakaś różnica między kimś kto wypadł z praktyki a kimś kto zaczyna od zera w takim zmęczeniu?
Ten szum w głowie przy burnoucie to nie jest problem z medytacją, to jest objaw. Umysł jest przeciążony i nie umie się zatrzymać, bo przez wiele miesięcy był w trybie ciągłego biegu. Pytanie do ciebie, czy w tym czasie w ogóle miałaś chwile, kiedy cokolwiek ci dawało wytchnienie? Nawet nie medytacja, cokolwiek?
Wchodzę, bo sama jestem ciekawa. Słyszałam, że przy wypaleniu podobno czakra korony się zamyka albo coś takiego, i że dlatego medytacja nie działa. Czy to ma jakiś sens, czy to nieprawda?
Przepraszam, że się wtrącam, ale słucham i czuję, że to moja historia. U mnie było tak samo, tylko nie z pracą, tylko z sytuacją rodzinną. I to uczucie, że nie możesz odpocząć nawet jak leżysz, jest okropne. Nikt mi nie wytłumaczył wtedy co się ze mną dzieje. Jak ty w ogóle zrozumiałaś, że to wypalenie a nie coś innego?
To ma duży sens. Spacer bez bodźców to jest właściwie forma mindfulness, tyle że nienazwana. I jeśli to pomagało, nawet trochę, to jest dobry punkt wyjścia. Czy próbowałaś kiedykolwiek medytować w ruchu, czyli właśnie w marszu, z uwagą na kroki, oddech, to co widzisz?
Ja to przeszłam kilka lat temu i powiem szczerze, że największy błąd jaki zrobiłam to porównywanie się do siebie sprzed wypalenia. Ciągle myślałam, że 'kiedyś umiałam siedzieć 40 minut' i to mnie blokowało bardziej niż cokolwiek. Mozna się wróćić do praktyki, ale nie tą samą ścieżką jaką się szło wcześniej. Trzeba jakby zacząć nową, inaczej to nie działa przynajmniej u mnie.
To co mówi Agatowa_R jest naprawdę trafne. W literaturze na temat odbudowy po burnoucie mówi się o zasadzie minimalnego wysiłku właśnie po to, żeby nie aktywować oporu. Mózg po wypaleniu jest w trybie ochronnym i każda czynność która wymaga wysiłku jest odrzucana zanim jeszcze zaczniesz. Jeden oddech mieści się poniżej progu oporu.
Przeczytałem cały wątek i bardzo dziękuję za te wszystkie odpowiedzi, bo choć pytanie nie moje to dużo mi dało. Mam jedno pytanie bo nie rozumiem, czy ta medytacja w marszu to jest naprawdę medytacja czy to coś innego? Nie chcę kogoś obrażać, po prostu nie wiem jak to rozróżnić.
A ja mam inne pytanie do tej dyskusji, trochę z boku. Czy jest jakaś granica, kiedy medytacja przy wypaleniu może zaszkodzić? Czytałam gdzieś, że u niektórych osób intensywna praktyka podczas kryzysu psychicznego robiła gorzej a nie lepiej. Czy ktoś tu wie coś na ten temat?
Dokładnie tak to rozumiem. I to jest coś, o czym mało kto mówi wprost. Przy przeciążonym układzie nerwowym cisza bywa głośniejsza niż hałas. Mam do ciebie pytanie, czy wtedy kiedy siadałaś do medytacji, robiłaś to w tej samej porze dnia? Bo pora może mieć tu znaczenie.
Słucham tej rozmowy i mam takie pytanie do wszystkich, czy wypalenie to coś, co można rozpoznać samemu, czy trzeba żeby ktoś z zewnątrz powiedział 'hej, to jest to'? Bo ja się zastanawiam czy to co mam to zmęczenie czy już coś głębszego.
Mogę się wtrącić z czymś osobistym? To co opisuje Agatowa_R, ta obojętność na rzeczy które wcześniej lubiłaś, to był też mój sygnał. I właśnie wtedy przestałam medytować, bo nie widziałam sensu w niczym. Czy to znaczy, że powinnam była wtedy szukać innej formy praktyki zamiast w ogóle rezygnować?
To co mówi Asterka_59 jest bliskie mojemu doświadczeniu. Ta wina jest okropna. I ona chyba jeszcze bardziej blokuje powrót do praktyki niż samo zmęczenie. Bo do medytacji siadałam z poczuciem, że muszę to zrobić dobrze, a jak nie wychodziło to był kolejny dowód na to, że coś ze mną nie tak.
Dziękuję, że to napisałaś bo to bardzo odważne. Chcę zapytać, czy w końcu udało ci się jakoś to poczucie winy przepracować, czy ono gdzieś tam nadal siedzi? Bo czytam ten wątek i mam wrażenie, że to może być największa przeszkoda w całej tej historii.
Przepraszam ale mam takie pytanie trochę z innej strony. Czy kamienie mogą pomóc przy takim wypaleniu? Słyszałam że ametyst uspokaja umysł. Pytam bo może to byłoby łatwiejsze do zaczęcia niż medytacja.
Wracam do tego co mówił Zenek wcześniej o ruminacjach. Mam pytanie, czy jest jakaś różnica między medytacją siedzącą a na przykład praktyką oddechową? Bo wydaje mi się, że skupienie na oddechu to jednak coś innego niż siedzenie w ciszy, ale nie wiem czy dobrze rozumiem.
Czytam ten wątek i jestem trochę sceptyczna, bo mam takie poczucie, że medytacja jest tu traktowana jak lekarstwo na wszystko. A może przy prawdziwym wypaleniu to nie jest sprawa dla forum o ezoteryce, tylko dla psychologa? Pytam szczerze, bez złośliwości.
Żeby było jasne, bo może źle wyszło, nie mówię że tu nie ma miejsca na takie rozmowy. Pytam serio, bo sama nie wiem gdzie jest granica między tym co można przepracować przez praktykę a tym gdzie trzeba kogoś z zewnątrz. I jak wy to u siebie rozpoznajecie?
Słucham was i myślę, że Grazynka dotknęła czegoś ważnego, bo to pytanie o granicę jest też moim pytaniem. Jak zaczynałam ten wątek, to też nie byłam pewna czy to co mam to poziom na forum czy na gabinet. I myślę, że to samo rozbrzmiewanie tego pytania to już jakiś znak. Rysiek, pytałeś wcześniej czy przepracowałam tę winę. Nie w pełni, ale teraz rozumiem że to był właśnie ten blok.
Bardzo dziękuję za tę odpowiedź. Ale chcę zapytać o coś konkretnego, bo sam staram się wrócić do medytacji i właśnie to poczucie winy mnie blokuje. Czy był jakiś moment, konkretna sytuacja albo tekst albo rozmowa, po której coś drgnęło? Bo samo sobie powtarzanie 'nie bądź dla siebie surowa' u mnie nie działa.
Właśnie to 'absurdalnie małej formy' mnie zatrzymało. Co to znaczy w praktyce? Pięć minut? Jedna minuta? Bo jak słyszę 'skróć', to nadal myślę o jakimś minimum które trzeba osiągnąć.
Trzy oddechy to dla mnie coś nowego. Myślałam zawsze, że jak nic więcej nie robię to jakby w ogóle nie medytuję. Ale jak tak to ujmujesz, to może właśnie to poczucie 'musi być cała sesja' było problemem. Gizelka, czy ty też tak to rozumiałaś kiedyś?
Zastanawiam się tutaj nad czymś. Piszecie o skracaniu, o trzech oddechach, ale czy to nie jest trochę inna forma tego samego perfekcjonizmu, tylko z mniejszymi celami? Pytam, bo znam osoby które zmniejszały wymagania i nadal się oceniały za te trzy oddechy. Gdzie jest granica między 'mała praktyka' a 'przeprosiłam się z robieniem czegokolwiek'?
A ja mam takie głupie pytanie. Czy muzyka do medytacji pomaga czy przeszkadza przy takim wypaleniu? Bo czytałam gdzieś że sama cisza może być za trudna dla zmęczonego umysłu.
