Ja właśnie mam ten problem, że po medytacji czuję się dziwnie przez jakiś czas. Nie gorzej dokładnie, ale jakby trochę przytłumiona. Czy to jest to o czym mówi Agatowa? Czy to normalny etap?
Ja mam odwrotnie, po medytacji czuję się chwilowo bardziej nerwowa, jakby ta cisza mnie nakręcała. Czy to jest ten sam mechanizm czy coś innego? Bo z jednej strony słyszę że medytacja uspokaja, a z drugiej moje ciało tego nie rozumie.
Wracam do tej jogi restauracyjnej bo Gizelka wcześniej o niej wspomniała i jestem ciekawa, to jest coś co się robi w domu czy tylko na zajęciach? I czy potrzeba jakiegoś sprzętu? Pytam bo szukam czegoś do spróbowania.
Czytam ten temat od początku i mam pytanie które może jest głupie, ale czy przy wypaleniu w ogóle powinno się zaczynać nową praktykę medytacyjną, czy lepiej najpierw jakoś funkcjonalnie się pozbierać? Bo mam wrażenie że sama próba uczenia się czegoś nowego jak jest się wypalonym to jest kolejny wysiłek.
Bo mam wrażenie że jak zacznę i zrobię źle, to zaszkodzę sobie bardziej niż pomogę. I wtedy będę miała poczucie że nawet to mi nie wyszło.
To co opisujesz, to leżenie i słuchanie ciszy, to brzmi tak prosto że aż nie wierzę że może działać. Ale właśnie to mnie trochę uspokaja, bo sama myśl że muszę coś robić prawidłowo bardzo mi ciąży. Czy to leżenie to robiłaś w konkretnym miejscu czy po prostu gdzie byłaś?
Właściwie to co Gizelka opisuje ma bardzo solidne oparcie, bo izolacja sensoryczna w pozycji leżącej aktywuje układ przywspółczulny podobnie jak formalna medytacja. Mózg nie sprawdza metki na tym co robimy. Sprawdza stan ciała. Więc to nie jest mniej wartościowe, to jest po prostu inne wejście do tego samego miejsca.
Mam pytanie do Asterki, bo ona wcześniej mówiła o tym że po medytacji jest bardziej nerwowa przez chwilę. Czy ta nerwowość to jest taka że masz nachodzące myśli, czy bardziej że czujesz napięcie w ciele? Bo to dość istotna różnica w tym co się może dziać.
Ja kiedyś miałam ten sam błąd z alarmem. Teraz nastawiam dwa, jeden na koniec sesji, drugi pięć minut późnij i ten drugi to jest ten na wstawanie. Prosta zmiana a naprawdę czuć różnicę w tym jak wychodzę z siedzenia.
A wracając do tego co mówiła Otylka o przetwarzaniu w ciele, to czy to znaczy że medytacja to nie jest tylko sprawa umysłu? Bo ja zawsze myślałam że chodzi o wyciszenie myśli i tyle.
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć że chyba zbyt dosłownie traktowałam tę całą 'technikę'. Jakbym myślała że trzeba zrobić coś jak przepis krok po kroku. A tu wychodzi że różne osoby dochodzą inaczej.
Mam takie pytanie z boku, bo siedzę i czytam i zastanawiam się, czy ktoś z was używał przy tej pracy z wypaleniem jakichś kamieni albo czegoś fizycznego co trzymało w trakcie medytacji? Nie wiem czy to głupie pytanie przy tym temacie.
A to może ma znaczenie jaki kamień? Bo czytałam że różne mają różne właściwości, i przy wypaleniu podobno lepsze są te uspokajające. Czy to ma tu zastosowanie?
Mogę się tu wtrącić, bo kamienie to mój temat. Przy wypaleniu faktycznie polecałabym coś z grupy ziemnych, nie dlatego że magicznie wyleczy, ale że faktura i ciężar wielu z nich po prostu sprzyjają uziemieniu. Czarny turmalin, hematyt, obsydian. Ale Zenek ma rację, to nie jest warunek konieczny.
Ciekawe że ta rozmowa o kamieniu trafia tak blisko tego co robiłam bez żadnej teorii. Ja miałam zwykłą kostkę do gry, plastikową, bo leżała na szafce. Trzymałam ją w dłoni i naciskałam krawędzie. Nie dlatego że coś wiedziałam, ale dlatego że ból uwagi był nie do zniesienia i potrzebowałam czegoś fizycznego.
Gizelka, to co opisujesz z tą kostką, to jest dla mnie ważne. Bo ja też mam problem że w medytacji odpływam natychmiast i może właśnie czegoś takiego mi brakuje, żeby nie dać się myślom. Czy ta kostka była cały czas w dłoni, czy kładłaś ją jak się ustabilizowałaś?
To brzmi jak takie fizyczne kotwiczenie. Pytam bo gdzieś czytałam o technike 5-4-3-2-1 przy lęku, gdzie liczysz rzeczy które widzisz, słyszysz, czujesz. Czy to jest podobne? Bo może jest jakiś łącznik między tym co mówi Gizelka a tym.
Słucham tego i myślę że może właśnie dlatego po mojej medytacji jestem bardziej napięta, bo nie mam żadnego takiego zakotwiczenia. Siedzę i walczę z myślami zamiast im dać jakiś odpowiednik fizyczny. Czy dobrze to rozumiem?
Mam pytanie trochę z innej strony. Mówimy dużo o tym co pomaga w trakcie albo po medytacji, ale co z tym żeby w ogóle zacząć siadać jak się jest wypalona? Bo ja mam ten problem że przez wypalenie odkładam medytację, bo czuję że nie dam rady, i potem jest błędne koło.
To jest ciekawe bo dla mnie słowo 'medytacja' niesie ze sobą całą listę wymagań i może właśnie od tego się duszę. A jak to nazwiesz inaczej, to wymagania znikają?
Wchodzę tu bo ten wątek z etykietą bardzo mi siedzi. Przy rytuałach mam podobnie, jak coś nazwiemy 'rytuałem', to nagle trzeba to zrobić poprawnie. A jak to samo nazywamy po prostu wieczornym siedzeniem z herbatą i intencją, to idzie samo. Może z medytacją przy wypaleniu jest dokładnie tak samo.
Słucham tego o etykietach i myślę że ja też mam ten problem, tylko nie z medytacją, tylko z samą sobie dawaniem pozwolenia na odpoczynek w ogóle. Jakby leżenie bez celu było czymś zabronionym. Czy to się łączy z wypaleniem, czy to osobny temat?
Wracając do pytania Sodalitki o samo zaczynanie, bo to mnie też dotyczy. Gizelka mówiła że mówiła sobie 'po prostu się kładę'. Ale co jeśli ktoś i tak w głowie wie że to jest ta medytacja, bo przecież ma intencję? Czy oszukiwanie własnego mózgu etykietą w ogóle działa?
Ja z kolei nie mam problemu z etykietą, mam problem że siadam i po dwóch minutach już jestem gdzieś indziej myślami i nie wiem że odpłynąłem dopóki nie wróce. Czy to co Gizelka mówiła o kostce pomogłoby też na takie odpływanie bez świadomości że się odpływa? Bo mam wrażenie że nie zdążę sięgnąć po kamień skoro nie wiem że odpłynąłem.
