Ostatnio dużo podróżuję służbowo i zauważyłam, że moja codzienna praktyka medytacji totalnie się posypała. W domu mam swój kącik, świecę, ciszy, spokój - a tu nagle hotel, dworce, samoloty, hałas zewsząd. Próbowałam kilka razy siadać w pokoju hotelowym i jakoś nie szło, zupełnie inaczej niż w domu. Czy ktoś ma sposób na medytację kiedy warunki są za każdym razem inne? Jak wy to robicie kiedy jesteście poza domem przez kilka dni albo tygodni?
Właściwie to przestrzeń zewnętrzna jest drugorzędna, ważniejsza jest przestrzeń wewnętrzna. Ja medytuję dosłownie wszędzie i nie mam żadnych problemów. Kluczem jest praca z czakrą serca, która tworzy swoisty bąbel energetyczny wokół ciebie - wtedy hałas z zewnątrz po prostu przestaje docierać. Może spróbuj zanim zaczniesz medytację przez chwilę skupić się właśnie na okolicy serca?
Nie chodzi o ignorowanie, tylko o podejście do tego. Jak siedzisz i próbujesz 'wyłączyć głowę' to z góry przegrywasz. Medytacja to nie jest walka z myślami. A w nowych warunkach te myśli są silniejsze bo mózg jest bardziej pobudzony - nowe miejsce, nowe bodźce, to naturalne. Może zamiast starać się wyciszyć, po prostu obserwuj co się dzieje?
A to ciekawe co mówisz Czarownica. Ja do medytacji dopiero zaczynam się przymierzać i trochę się bałem właśnie tego - że jak pojadę do brata na drugi koniec Polski to wszystko się posypie. Czy to znaczy że lepiej zacząć od razu ćwicząc w różnych miejscach, żeby nie przywiązywać się do jednego kącika?
Ale jak długo to trwa zanim człowiek jest w stanie medytować w dowolnym miejscu? Bo ja próbuję już kilka tygodni i u mnie w domu ciągle mi nie wychodzi, a wy mówicie o podróżach i hotelach... Trochę to frustrujące szczerze.
Wiedunka to brzmi jak zablokowana czakra podstawy, serio. Jak jest problem z zakorzenieneim i spokojnym siedzeniem w miejscu, to często właśnie tam trzeba zajrzeć. Ja jak miałam podobne objawy to skupiałam się na wizualizacji czerwonego światła u podstawy kręgosłupa i po jakimś czasie zrobiło się lepiej.
Jest różnica między 'to mi pomogło, może spróbuj' a 'masz zablokowaną czakrę'. Pierwsze jest okej, drugie to już diagnoza bez podstaw.
Wracając do tematu podróży, bo to jest ciekawy wątek - w tradycjach kontemplacyjnych podróż była często traktowana jako szczególna okazja do praktyki, nie przeszkoda. Pielgrzymi medytowali w drodze, nie czekając na dotarcie do celu. Jest coś w samym ruchu i zmienności co może sprzyjać pewnym stanom uwagi, jeśli się to odpowiednio ukierunkuje. Mam pytanie do autorki: czy próbowałaś kiedyś jakiejś formy medytacji w ruchu, na przykład uważnego chodzenia?
To co opisujesz to właśnie jest mindfulness w ruchu. Ja nie jestem ekspertem od medytacji ale wiem że chodzi o tę uważność na chwilę obecną, a tę można ćwiczyć dosłownie na każdym kroku - nie tylko siedząc z zamkniętymi oczami. Może dlatego ci nie wychodzi w hotelu że masz zbyt sztywne wyobrażenie o tym jak medytacja powinna wyglądać?
A ja w ogóle nie wiedziałem że można medytować w ruchu. Zawsze myślałem że to jest tylko siedząca poza ze skrzyżowanymi nogami. Co jeszcze można robić poza chodzeniem? Zastanawiam się czy da się to jakoś wpleść w normalne czynności w podróży, w pociągu albo na lotnisku.
Hej, a jak to jest z tymi opóźnieniami i stresem w podróży? Bo ja jak jestem zestresowana to chyba ostatnią rzeczą jaką robię to medytacja, tylko chodzę w kółko i sprawdzam telefon. Jak wy w ogóle przełączacie się w tamten tryb kiedy wokół jest chaos?
Właśnie to. I tu jest ważna rzecz - nie chodzi o to, żeby w środku chaosu nagle usiąść i medytować przez dwadzieścia minut. Chodzi o to, żeby mieć kilka zakotwiczonych reakcji, które możesz uruchomić w każdych warunkach. Dziwozona, mam pytanie - czy kiedykolwiek udało ci się uspokoić świadomie w stresującej sytuacji, jakkolwiek, nie koniecznie przez medytację?
Dokładnie to chciałam powiedzieć. I właśnie dlatego mi się podoba że Dominiczka opisała ten moment na dworcu - szła, skupiła się na kroku i oddechu i coś się uspokoiło. Nikt jej nie mówił że to 'jest medytacja', a to był czysty mindfulness. Może za bardzo się skupiamy na nazewnictwie?
To kwestia definicji, ale też czegoś więcej. Kiedy mówimy 'medytacja' bez dookreślenia, każdy wyobraża sobie co innego - ktoś pozę lotosu, ktoś skan ciała, ktoś mantrę. Dlatego właśnie w podróży warto odpuścić wyobrażenie o tym jak to powinno wyglądać. Pytanie do Dominiczki - ten moment na dworcu był spontaniczny, czy próbowałaś go jakoś powtórzyć?
'myślałam o tym że próbuję się skupić' - to jest właśnie to. Jak tylko zaczynamy obserwować siebie z zewnątrz i oceniać, to wypadamy z tej chwili. Na dworcu szłaś i po prostu byłaś - w pociągu już chciałaś 'zrobić medytację'. To jest różnica.
A to ciekawe, bo ja bym pomyślał że w pociągu jest łatwiej niż na dworcu - jest spokojniej, siedzisz, masz czas. A tu wychodzi na to, że to celowość przeszkadza? Trochę paradoks.
Ja bym tu jeszcze dodała że energia miejsca ma znaczenie. Dworzec ma specyficzną energię ruchu, przepływu - i może dlatego Dominiczce tam wyszło. Pociąg jest zamknięty, mieszają się energie różnych pasażerów i to może utrudniać. Może warto było usiąść z kamieniem który chroni przed obcymi energiami?
Wracając do tego co mówił Wajdelota wcześniej - jeśli kilka tygodni to mało, to ile mam w ogóle ćwiczyć żeby zobaczyć jakiś efekt? Bo mi się wydaje że wkładam w to wysiłek i nic.
Dwadzieścia minut wieczorem z timerem przed snem brzmi jak przepis na frustrację szczerze mówiąc. Wieczorem głowa jest zmęczona i pełna wszystkiego co było w ciągu dnia. Timer dokłada presję. Próbowałaś kiedyś rano, choćby pięć minut, zanim zaczniesz codzienne sprawy?
Sorki że wchodzę w wątek Wiedunki, ale mam podobnie - też wieczorami mi nie wychodzi, zasypiam albo mi głowa pracuje. Czy to znaczy że rano naprawdę jest lepiej dla większości ludzi, czy to też zależy od osoby?
Zależy od osoby, ale wieczór tuż przed snem to rzeczywiście trudny czas. Ciało jest gotowe do snu, więc albo śpisz, albo walczysz ze snem i z myślami jednocześnie. Rano mózg jest świeższy. Ale jest też opcja środkowa - krótka przerwa w ciągu dnia, pięć minut, byle nie z timerem nastawionym na dwadzieścia.
Właśnie sobie uświadamiam że cały ten wątek z Wiedunką i porankami to trochę inny temat, ale jednocześnie czuję że to ma związek - jak nie możesz medytować w domu wieczorem, to hotel w podróży i wszystkie te trudności są jeszcze większe, prawda? Może najpierw trzeba to ogarnąć w domu żeby w ogóle myśleć o podróżach?
Dominiczka, masz rację że to jest powiązane - i właśnie dlatego medytacja w podróży jest tak dobrym testem. Jak w domu nie wychodzi, to na wyjeździe wychodzi jeszcze trudniej, bo dochodzą nowe zmienne. Ale możliwe też odwrotne - że właśnie zmiana otoczenia pomaga niektórym wyjść z utartych schematów. Wiedunka, mam do ciebie pytanie zanim pójdziemy dalej - czy kiedy mówisz że 'wkładasz wysiłek', to co konkretnie robisz żeby się skupić? Bo to może być klucz.
To mi trochę przypomina ten moment na dworcu - nie próbowałam 'nie myśleć', po prostu szłam i te myśli gdzieś były z tyłu, ale nie walczyłam z nimi. Może dlatego wyszło? Ale to było spontaniczne, nie wiem jak to powtórzyć celowo.
I tu jest sedno tego co Dominiczka opisuje od początku wątku. Spontaniczność na dworcu kontra intencjonalność w pociągu. W tradycjach kontemplacyjnych to zjawisko jest bardzo dobrze opisane - stan który przychodzi sam jest często głębszy niż ten który próbujemy wywołać siłą. Ale to nie znaczy że intencjonalna praktyka jest bez wartości - ona buduje grunt pod te spontaniczne momenty. Pytanie do Dominiczki: ile czasu minęło między tym momentem na dworcu a próbą w pociągu? Godziny, dni?
Notatki to akurat dobry pomysł i nie tylko dla Wiedunki - wracając do tematu podróży, to właśnie na wyjeździe brakuje tej ciągłości obserwacji. W domu przynajmniej jest jakaś rutyna, jakiś punkt odniesienia. W podróży wszystko się zmienia - pora, miejsce, poziom zmęczenia. Może dlatego tak ciężko ocenić czy w ogóle coś się dzieje.
Ja bym wróciła do tego co mówiłam o energii miejsca, bo Hania_W zadała mi pytanie i nie odpowiedziałam do końca. Owszem, fizyczne czynniki jak hałas czy ciasnota mają znaczenie - ale to nie jest albo-albo. Subtelne energie i warunki fizyczne współistnieją. Dworzec ma energię przepływu właśnie dlatego, że tysiące ludzi idą przez niego z zamiarem, z ruchem. Pociąg jest inny - zamknięta przestrzeń, emocje pasażerów, często lęk przed spóźnieniem, zmęczenie. Tego nie wyczyszczą słuchawki z szumem białym.
