Czy ktoś próbował medytacji jako wsparcia przy walce z uzależnieniami behawioralnymi? Pytam o konkretne rzeczy jak kompulsywne przeglądanie telefonu, objadanie się, hazard, zakupy... nie wiem czy to w ogóle może pomagać, bo przecież uzależnienie to coś głębszego niż tylko zły nawyk. Sama mam problem z wieczornym scrollowaniem i czuję się z tym bezsilna. Nic nie pomaga - postanowienia, blokady aplikacji... myślę że może trzeba sięgnąć głębiej.
Myślę że trafiony temat. Uzależnienia behawioralne to nie tylko nawyk, to często taka dziura w środku, którą człowiek czymś wypełnia. I medytacja może pomagać właśnie dlatego, że uczy siedzieć z tą dziurą, nie uciekać. Tylko pytanie jak zacząć, skoro sam bodziec jest wszędzie - telefon leży na wyciągnięcie ręki. Czy próbowałaś w ogóle jakiejkolwiek medytacji do tej pory?
Scrollowanie wieczorami to mój sport narodowy, więc pytam z czystej ciekawości - jak medytacja ma pomóc jak się już jest przed tym ekranem? To nie jest tak, że się człowiek zastanawia i mówi 'a, właśnie, będę teraz medytować'. Raczej nie myśli w ogóle, tylko klika.
Znam ten etap, to normalne. Ale wróćmy do sedna - czy chodzi ci o to, żeby medytacja zastąpiła ten odruch sięgania po telefon, czy żebyś bardziej rozumiała skąd on w ogóle się bierze? Bo to są dwa różne zastosowania i wymagają innych podejść.
to że po 3 minutach uciekają myśli nie znaczy że to nie działa - to znaczy że właśnie medytujesz, tylko o tym nie wiesz. Mózg ucieka, ty wracasz, mózg ucieka, ty wracasz - to jest ćwiczenie. Pytanie jak przy uzależnieniu behawioralnym to przekłada się na ten konkretny moment kiedy sięgasz po telefon. Czy ten odruch jest świadomy, czy jakbyś wybudzała się po fakcie?
Mnie ciekawi inna rzecz - czy ktoś z was ma doświadczenie z RAIN? To jest technika mindfulness opracowana właśnie pod kątem silnych impulsów, rozpoznajesz, akceptujesz, badasz i nie identyfikujesz się. Słyszałam że osoby wychodzące z różnych nałogów jej używają ale nie wiem czy ktoś to faktycznie sprawdzał.
No właśnie, to mnie zastanawia - jak ktoś jest na początku i dopiero walczy z jakimś przymusowym zachowaniem, to czy proste siedzenie w ciszy nie jest kompletnie bezużyteczne? Sama kiedy zaczynałam medytować to miałam wtedy akurat ciężki czas i ta cisza była wręcz gorsza niż telefon, bo wyłaziły wszystkie myśli na wierzch.
To co opisuje Bursztynka_G to jest właściwie mechanizm który warto rozumieć. Cisza nie jest neutralna. Dla kogoś kto jest uzależniony od stymulacji cisza to nieprzyjemny stan, więc pierwsza medytacja może wzmocnić chęć ucieczki a nie ją osłabić. Nie oznacza to że medytacja nie działa, tylko że wejście w nią od razu jako antidotum na nałóg to może być za dużo na raz. Nie twierdzę że nie warto próbować, mówię że oczekiwania warto ustawiać realistycznie.
Czytałam kiedyś że uzależnienia behawioralne i sny mają podobny mechanizm - obie rzeczy to ucieczka od czegoś co jest nieprzetworzone. W snach to wychodzi nieświadomie, w uzależnieniu jest to bardziej kontrolowane ale cel ten sam. Ciekawe czy medytacja która pracuje ze snami i ich treścią mogłaby pomagać też przy nałogach. Czy ktoś to łączył?
Wracając do meritum - moje doświadczenie jest takie, że medytacja nie zabiła u mnie żadnego nałogu bezpośrednio, ale dała takie ułamki sekund między bodźcem a reakcją. Jakby spowalnia trochę automatyzm. I w tym ułamku masz chwilę na wybór. Wcześniej tego ułamka nie było, wszystko działo się szybko. Nie wiem jak to opisać inaczej.
Powiem szczerze, bo tu pada dużo teorii - ja miałam przez kilka lat bardzo silne kompulsywne zakupy, wydawałam pieniądze których nie miałam. I medytacja była częścią wyjścia z tego, ale nie jedyną. Kluczowe było nie to że siadałam i medytowałam kiedy miałam chęć na zakupy, ale to że codziennie rano robiłam krótką praktykę i powoli zaczęłam rozpoznawać stan ciała który poprzedza ten impuls. Takie napięcie w klatce. I to było po kilku tygodniach regularnej praktyki, nie po jednej sesji.
To co opisuje Anetta.1 to jest w gruncie rzeczy trening interocepcji, czyli świadomości sygnałów z własnego ciała. I to akurat jest udokumentowane że pomaga przy uzależnieniach - nie jako cudowne lekarstwo, ale jako jeden z elementów. Medytacja buduje tę zdolność. Tylko muszę powiedzieć wprost - jeśli uzależnienie jest poważne, medytacja sama nie wystarczy i nie powinna być jedyną ścieżką.
Dobra, ale mam pytanie do Anetta.1 - mówiłaś że czasem i tak szłaś i kupowałaś mimo tych ćwiczeń. I co wtedy? Czułaś się gorzej bo 'zawiodłaś' metodę, czy jakoś inaczej to przeżywałaś?
To co mówi Anetta.1 o traktowaniu potknięć jako informacji - to brzmi pięknie w teorii, ale jak to zrobić żeby nie był to po prostu autooszukiwanie się? Jakby 'no okej, znowu scrollowałam godzinę, ale za to się dużo dowiedziałam o sobie'.
to jest dokładnie to pytanie, które warto sobie zadać. Według mnie różnica jest taka - czy po tej 'informacji' cokolwiek się zmienia w kolejnym cyklu, czy nie. Jeśli nic się nie zmienia, to faktycznie może być racjonalizacja. Jeśli coś - choćby małego - to jednak nauka.
Ale tu jest jeszcze jeden problem. Uzależnienia behawioralne mają to do siebie że mózg jest geniuszem w budowaniu uzasadnień. Więc skąd wiesz że 'zmieniło się coś małego' to nie jest kolejna wersja 'mam wymówkę'? Serio pytam, nie prowokuję.
Wróćmy na chwilę do tego RAIN, bo mnie to zainteresowało. Nefrytka mówiłaś że jest dobre ale tylko jak już ma się jakieś podstawy - co to znaczy w praktyce? Miesiąc medytacji? Rok? Jakiś konkretny poziom?
To znaczy że od uzależnienia behawioralnego nie da się zacząć medytować? Trzeba najpierw jakoś opanować sam nawyk siedzenia?
Ale skoro efekty przychodzą z opóźnieniem to jak w ogóle wiedzieć że to działa? Pytam serio bo ja jestem typem co jak coś nie daje rezultatu to rzucam po tygodniu.
Zapisywać co? Każde sięgnięcie po telefon? Bo to będzie gruba księga 🙂
haha, ale serio - nie wszystko, raczej momenty kiedy poczułaś impuls i coś z nim zrobiłaś inaczej niż zwykle. Nawet jeśli to było że zastanowiłaś się przez sekundę zanim wzięłaś telefon. To jest właśnie ta przestrzeń o której mówił Tytus00 wcześniej.
Ja właśnie tak robiłam na początku i to pomogło. Ale uwaga - samo zapisywanie bez jakiegoś kontekstu (czyli tej codziennej praktyki) niewiele dawało. To szło razem. Zapis był lustrem, medytacja była tym co zmieniało to co w lustro było widać.
Okej, ale wróćmy jeszcze do Leny - bo ona mówiła że nie może wytrzymać 3 minut medytacji prowadzonej. To jest punkt startowy dla kogoś kto chce to połączyć z walką z nawykiem scrollowania. Od czego w ogóle zacząć w takiej sytuacji? Krótsze sesje? Inne podejście?
Bo ostatni post trochę urwał w połowie - Nefrytka mówiłaś że ktoś kto nie może wytrzymać 3 minut prowadzonej medytacji powinien inaczej zacząć. Ale jak? Bo to brzmi jakby Lena miała problem z samą medytacją zanim w ogóle dojdzie do uzależnienia.
Szczerze? Powiedziałabym żeby w ogóle nie zaczynała od medytacji siedzenia. To brzmi przewrotnie, ale jeśli umysł jest tak mocno przyzwyczajony do bodźców że 3 minuty ciszy to za dużo - to sama cisza jest na początku problemem, nie rozwiązaniem. Lepiej zacząć od czegoś co ma strukturę. Chodzenie w skupieniu. Jedzenie bez telefonu. Dosłownie jedna czynność bez multitaskingu.
To znaczy że mam najpierw nauczyć się jeść śniadanie bez telefonu, a potem dopiero próbować medytować? Brzmi... prosto, ale jednocześnie jakby to był inny temat.
Okej ale to co mówi Nefrytka - że jedzenie śniadania bez telefonu to już jest medytacja - to nie jest trochę zbyt łatwa wymówka żeby powiedzieć 'medytuję' i w sumie nic nie zmieniać? Serio pytam.
