Ostatnio coraz częściej słyszę o tym, że ludzie używają kadzideł, olejków czy innych aromatów podczas medytacji i zastanawiam się, czy to rzeczywiście coś zmienia, czy to tylko otoczka. Sam od jakiegoś czasu zapalam drzewo sandałowe przed siadaniem do praktyki i mam wrażenie, że szybciej się wyciszam, ale nie wiem, czy to efekt zapachu, czy po prostu rytuał zapalania kadzidła działa jak sygnał dla umysłu. Czy ktoś świadomie eksperymentował z różnymi zapachami i zauważył realną różnicę w tym, jak głęboko wchodzi w stan medytacyjny?
To ciekawe, bo ja mam podobnie z lawendą. Ale właśnie zastanawiam się, czy to jest coś głębszego, czy zwykłe skojarzenie. Znaczy, używam lawendy od dawna przy medytacji, więc siłą rzeczy mój mózg może kojarzyć ten zapach ze stanem spokoju. Jakbym zaczął używać, nie wiem, zapachu kawy, i robił to przez miesiąc przed medytacją, to pewnie kawa też by zaczęła mnie wyciszać. Masz może jakiś sposób, żeby to rozróżnić?
Ja praktykuję regularnie i powiem szczerze, że zapach robi różnicę, ale nie każdy jednakowo. Frankincense faktycznie działa na mnie inaczej niż np. eukaliptus. Z eukaliptusem jestem bardziej czujna, uważna, ale nie schodzę w głębsze warstwy. Z żywicami jest odwrotnie, szybciej odpuszczam myśli. Nie wiem, czy to jest koincydencja, czy coś realnego, dlatego zaczęłam prowadzić notatki. Ale mam pytanie do Protazy, bo skoro eksperymentujesz z sandałem, to czy próbowałeś kiedyś medytować w tym samym miejscu, o tej samej porze, ale bez żadnego zapachu? Żeby mieć punkt odniesienia?
Wchodzę do dyskusji, bo temat mnie chwyta. Zawsze używałam zapachów intuicyjnie, bez żadnego systemu, i nigdy nie wpadłam na to, żeby to porównywać. Hela, to jest naprawdę dobry pomysł z tymi notatkami. Mam pytanie do wszystkich, bo mnie nurtuje coś innego: czy zapach ma znaczenie tylko na wejściu, tzn. ułatwia wejście w stan, czy może też wpływa na to, co się dzieje w trakcie? Bo ja czasem czuję, że w trakcie głębszej sesji w ogóle przestaję czuć zapach, jakby gdzieś znikał.
O, właśnie! Ja też to mam! Zaczynam sesję i czuję intensywnie np. kadzidło, a potem w pewnym momencie jakby znika i zostaję już tylko z ciszą. Nie wiedziałam, czy to normalne, czy może problem z węchem 🙂 Bardzo się cieszę, że ktoś to poruszył. Ale teraz się zastanawiam, czy to znaczy, że osiągnęłam głębszy stan, czy może po prostu nozdrza się przyzwyczajają do zapachu i go przestają rejestrować?
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale jestem ciekawa, bo dopiero zaczynam z medytacją. Czy jest jakiś zapach, który szczególnie polecacie na start? Czytałam gdzieś o lawendzie i sandałowcu, ale nie wiem, od czego zacząć i czy to w ogóle konieczne, żeby używać czegoś podczas medytacji.
Dobra, ale właśnie mam pytanie, bo nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli zapach to tylko kotwica, czyli skojarzenie, to po co w ogóle bawić się w coraz to nowe aromaty? Czy nie lepiej wybrać jeden i przy nim zostać, żeby wzmacniać to skojarzenie? Bo wyobrażam sobie, że jak co chwilę zmieniam zapach, to żaden nie nabiera tej mocy, prawda?
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony brzmi to sensownie, bo zapach rzeczywiście wpływa na nastrój, to jest fizjologia, węch idzie bezpośrednio do układu limbicznego i tak dalej. Ale z drugiej strony trochę mi to pachnie (no dobra, to przypadkowy kalambur) takim samoupewnianiem się, że coś działa, bo chcemy, żeby działało. Skąd wiemy, że to nie jest zwykłe placebo?
Ja właśnie robiłam taki eksperyment, nieświadomie zresztą. Kiedyś zabrakło mi kadzidła i użyłam olejku cytrusowego, który normalnie kojarzę z porankiem i przebudzeniem. Medytacja była zupełnie inna, bardziej trzeźwa, obecna, ale bez tego poczucia głębi, które mam przy żywicach. Zanotowałam to sobie i powtórzyłam kilka razy celowo. Za każdym razem podobnie. Więc albo cytrusy naprawdę inaczej działają na mój system nerwowy, albo skojarzenia są u mnie bardzo silne. Nie wiem, jak to rozstrzygnąć.
Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że pewne zapachy dosłownie zmieniają częstotliwość fal mózgowych, tak jak niektóre dźwięki? Czytałam coś o tym, że binaural beats mają wpływać na stan alfa i theta, i pytam się, czy aromaty mogą działać podobnie. Czy to ma sens, czy to za duże uproszczenie?
Są badania z EEG pokazujące, że niektóre olejki eteryczne, np. lawenda, korelują ze wzrostem aktywności fal alfa podczas relaksacji, ale to rzeczywiście mechanizm pośredni, przez autonomiczny układ nerwowy, a nie bezpośredni jak w przypadku stymulacji akustycznej. Nie twierdzę, że to oznacza, że zapach jest słabszy, bo układ limbiczny to ważna strukturalnie rzecz i emocje często otwierają drzwi, których intelekt nie otwiera. Ale Pankracy ma rację, że to różne ścieżki do podobnego efektu.
Wróciłam do wątku Aurelindii i chcę dopytać, bo mnie to nurtuje od jakiegoś czasu: czy zapach może działać inaczej w zależności od pory dnia? Bo ja mam tak, że ten sam olejek rano i wieczorem daje mi zupełnie różne odczucia podczas medytacji. Rano z lawendą jestem bardziej czujna niż zrelaksowana, wieczorem ta sama lawenda wprowadza mnie w coś głębszego. Czy to możliwe, że rytm dobowy wpływa na to, jak reagujemy na zapachy podczas praktyki?
To naprawdę ciekawe spostrzeżenie i ma sens z perspektywy chronobiologii. Nasz układ nerwowy jest rano nastawiony na aktywację, kortyzol osiąga szczyt około 8-9 rano, a wieczorem dominuje parasympatyczny tryb pracy. Zapach nie zmienia się, ale zmienia się grunt, na który pada. Rano lawenda może po prostu nie wystarczyć, żeby przesunąć układ z trybu pobudzenia, wieczorem robi to dużo sprawniej, bo układ jest już wstępnie wyciszony. Ale mam pytanie do Ciebie: czy próbowałaś silniejszych żywic rano i porównywałaś z lawendą?
Właśnie, jakość to kluczowa sprawa i mnie to ciągnie do pytania, które mam od dawna: czy jest jakaś zasadnicza różnica między olejkami eterycznymi a kadzidłem w formie żywicy lub stożka? Bo mam wrażenie, że żywica pali mi się na węgielku inaczej niż olejek z dyfuzora i że głębokość stanu jest różna. Ale nie wiem, czy to dym jako taki, czy jednak sam zapach, czy może ta mała ceremonialność związana z rozpalaniem węgla.
Ale czekaj, Pankracy, to nie do końca trzyma się kupy. Lawenda obniża tętno i zmniejsza kortyzon w badaniach laboratoryjnych, gdzie badani nie zawsze wiedzą, czym są poddawani. Więc zapach robi coś niezależnie od kontekstu. Pytanie jest raczej o to, ile procent efektu to fizjologia, a ile to skojarzenia i nastawienie.
No ale to sprawia, że cały temat staje się niepraktyczny, bo co z tego, że frankincense jest do medytacji, skoro mnie się kojarzy z kościołem z dzieciństwa i natychmiast wywołuje stres? Mam szukać czegoś zupełnie neutralnego, żeby nie uruchamiać żadnych skojarzeń? Albo w ogóle porzucić zapachy?
No tak, cierpliwości mi brakuje, to prawda, ale przynajmniej wiem, że to ma sens. Tylko pytanie ile tych powtórzeń potrzeba, żeby nowe skojarzenie zaczęło dominować? Bo mam wrażenie, że dziecięce wspomnienia są mocniejsze niż te z ostatniego tygodnia.
To co mówi Denarka98 jest bardzo realne. Ale zastanawiam się, czy może zamiast próbować przepisywać coś głęboko zakorzenionego, nie lepiej po prostu wybrać zapach z czystym slate, coś, czego wcześniej nie używałaś i zacząć budować skojarzenie od zera? Dla mnie kadzidło japońskie było właśnie takim zapachem, nie miałam do niego żadnej historii i budowanie rytualnego skojarzenia poszło szybko.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od początku. Czy ktoś próbował odwrócić całą logikę i celowo użyć zapachu, który wywołuje bardzo silne, pozytywne wspomnienie z dzieciństwa, nie religijne, nie kościelne, ale np. zapach ogrodu babci albo sosny? I sprawdzić, czy to wprowadza w inny rodzaj wyciszenia niż zapachy zaprojektowane do medytacji?
To jest naprawdę ważna różnica, Madzialena to dobrze wychwytuje. Nostalgia to emocja, medytacja skupiająca raczej od emocji odchodzi. Ale z drugiej strony w pewnych tradycjach, np. w medytacji miłującej dobroci, emocje są punktem wejścia, nie przeszkodą. Więc może zależy od rodzaju praktyki?
To co Zdzichu57 powiedział na końcu jest dla mnie kluczowe i chcę do tego wrócić. Pytanie o głębokość stanu rzeczywiście zakłada pewną hierarchię, ale nie sądzę, żeby to było błędne założenie. Różne tradycje opisują stany medytacyjne jako warstwy, od powierzchownej uważności po coś, co jest już zupełnie innym poziomem ciszy. Pytanie brzmi, czy zapach może być dźwignią do tych głębszych warstw, czy tylko do tych pierwszych. I moje doświadczenie mówi mi, że tak, ale tylko jeśli zapach stał się już warunkiem kotwiącym. Bez tego kotwiącego działania zostaje na poziomie relaksacji.
No właśnie to kotwiczenie mnie ciekawi. Czy to działa na zasadzie, że im dłużej używasz tego samego zapachu, tym szybciej ciało wchodzi w stan, bo zna już tę drogę? Bo to by wyjaśniało, dlaczego dla kogoś z roczną praktyką jeden zapach robi różnicę, a dla nowicjusza nie.
Dobra, ale skoro to warunkowanie, to ile czasu to zajmuje? Pytam konkretnie, bo widzę tu dużo teorii, a chciałabym wiedzieć, czy mówmy o tygodniach, miesiącach. Mam wrażenie, że zanim cokolwiek zakotwię, już zmienię metodę.
No właśnie to mnie zastanawia w tym całym wątku. Skoro efekt zapachu da się wytłumaczyć neurologicznie i behawioralnie, to w jakim sensie jest to jeszcze ezoteryczne? Pytam bez złośliwości, naprawdę chcę zrozumieć, co tu jest tym duchem, a co jest po prostu chemią mózgu.
Ale czy nie jest tak, że sam fakt, że coś działa przez chemię mózgu, nie wyklucza, że jednocześnie działa na poziomie energetycznym? Mam wrażenie, że te dwa opisy mogą być po prostu różnymi językami opisującymi to samo zjawisko. Albo nie?
To rozróżnienie, o które pyta Wiciokrzew77, jest w praktyce magicznej i rytualnej naprawdę trudne do utrzymania, bo rytuał właśnie zaciera tę granicę między subiektywnym a obiektywnym. Oczyszczasz przestrzeń intencją i substancją, a efektem jest zmieniony stan twojego umysłu w tej przestrzeni. Czy to jest zmiana przestrzeni, czy zmiana ciebie? Nie wiem, czy da się to rozdzielić. I nie wiem, czy trzeba.
Dokładnie tak to rozumiem, Jacek73. I z tego wynika coś ważnego dla samej praktyki: jeśli twój zapach jest dobrze zakotwiczony, możesz medytować głębiej w warunkach, które normalnie by to utrudniały. Hałaśliwe miejsce, obcy pokój, podróż. Zapach staje się sygnałem dla układu nerwowego: to jest czas i miejsce. Ciało odpowiada, zanim umysł zdąży zacząć negocjować.
