Słucham tego wątku od chwili i mam pytanie do całej grupy - czy ktoś z was medytował świadomie w samolocie? Bo to chyba najbardziej ekstremalne warunki: hałas silników, brak kontroli, często stres przed lotem, ciasne siedzenia. Ciekawi mnie czy to w ogóle jest możliwe.
No to teraz czekam na odpowiedzi bo sama zadałam pytanie o samolot i Wajdelota zaczął odpowiadać, ale chcę wiedzieć czy ktoś ma konkretne doświadczenie. Nie teorię, tylko: siedziałeś w samolocie, próbowałeś medytować, i co się stało?
Ten wątek o ciszy kontra hałas jest ważny właśnie w kontekście podróży, bo kiedy jedziemy gdzieś, często trafiamy w warunki akustyczne zupełnie inne niż w domu. I albo to nas kompletnie rozkłada, albo - jak Czarownica na nocnym locie - działa na naszą korzyść. Tylko że nie wiemy z góry co nas czeka.
Właśnie to miałam na dworcu - taki równomierny gwar, nie konkretne rozmowy, tylko tło. I może właśnie dlatego coś zadziałało? A w pociągu było ciszej, ale bardziej urywkowo - raz ktoś gadał przez telefon, raz nic. I ten urywkowy hałas chyba bardziej rozpraszał niż stały szum.
To co Dominiczka mówi o urywkowym hałasie ma sens, ale ja bym dodała że przestrzeń dworca niesie w sobie inny rodzaj energii niż przedział pociągowy. Dworzec to miejsce przejścia, przepływu, wielu ścieżek które się przecinają. To samo w sobie może sprzyjać stanowi przepływu w medytacji.
Szczerze? Nie wiem czy wcześniej na ulicy próbowałam. Może by też wyszło. Ale masz rację że nigdy tak nie pomyślałam - czemu właśnie dworzec. Może dlatego że szłam bez celu, bez pośpiechu? Na ulicy raczej gdzieś idę.
To jest chyba kluczowa obserwacja - 'bez celu, bez pośpiechu'. Chodzenie jako medytacja, kinhin w tradycji zen, opiera się właśnie na tym. Nie ma znaczenia dokąd, liczy się jak. Dominiczka mogła nieświadomie trafić w tę modalność. A na ulicy jest zadanie do wykonania, więc umysł idzie w tryb planowania.
Wracając do praktycznej strony podróży - bo trochę odpłynęliśmy - czy ktoś ma jakiś sposób żeby w ogóle pamiętać o medytacji w trasie? Bo mnie to jest największym problemem. Nie że nie mogę, tylko że o tym zapominam, bo rytm dnia jest inny i brakuje zakotwiczenia.
mnie dobrze działa że jak wsiadam do pociągu albo autobusu, to zamiast od razu brac telefon to przymykam oczy na te kilka minut. Nawet jak to jset 5 minut to coś daje. Nie mówię że to medytacaj z prawdziwego zdarzenia ale przynajmniej nie zaczynam jazdy od scrollowania.
To z tym wsiadaniem i zamykaniem oczu jest ciekawe, ale mam pytanie - czy jak ktoś obok siada i zaczyna gadać, to przerywasz? Czy jesteś w stanie to jakoś zignorować?
Wracam do alarmu o którym mówiłam - może problem nie jest w alarmie samym w sobie, tylko że alarm jest oderwany od czegokolwiek. Idzi mówi że wiąże to z wsiadaniem, Wiedunka z kawą w domu. Może ja po prostu nie mam żadnej kotwicy w podróży, do której mogłabym to przypiąć?
Trzy minuty w łazience to lepszy pomysł niż żaden. Serio. Nie musisz mieć poduszki, świeczki i półgodzinnej ciszy. Jak mam gorszy dzień to i ja robię tyle co pięć oddechów świadomych i to jest moja 'medytacja' na tamten moment.
To mi otwiera oczy trochę, bo sama się łapię na tym że jak nie mam warunków do 'prawdziwej' medytacji w podróży, to w ogóle rezygnuję. A może właśnie to jest mój główny problem? Nie warunki, tylko to że je idealizuję?
Dominiczka trafia w sedno. To jest klasyczna pułapka perfekcjonizmu w praktyce. I paradoksalnie podróż, która wydaje się przeszkodą, może być najlepszym treningiem właśnie dlatego, że odbiera ci złudzenie idealnych warunków. Co robisz kiedy ich nie ma? To jest prawdziwe pytanie.
Ten wątek jest ważny, bo dotyka czegoś głębszego - stosunku do własnej praktyki w ogóle. W podróży wszystkie nasze mechanizmy obronne i nawyki wychodzą wyraźniej, bo brakuje zewnętrznych podpórek. Nie ma ulubionej poduszki, nie ma kąta przy oknie, nie ma rytuału parzenia herbaty przed. I wtedy okazuje się czy praktyka jest zakorzeniona wewnętrznie, czy zależy od dekoracji. To dobre pytanie do postawienia sobie nie tylko na wyjeździe.
Słucham tego wątku od dłuższego czasu i mam głupie pytanie - bo nigdy nie medytowałam regularnie - jak w ogóle wiadomo że to co się robi to jest medytacja, a nie po prostu siedzenie i myślenie o niczym szczególnym? Skąd ten sygnał?
Właśnie to 'intencja wracania' jest dla mnie teraz najważniejsze z całej tej rozmowy. Bo na dworcu nie miałam żadnej intencji, to był przypadek. Zastanawiam się teraz czy gdybym następnym razem wyszła z intencją, to byłoby inne doświadczenie czy podobne. Ktoś próbował robić coś celowo co wcześniej wyszło przypadkowo?
Intencja robi ogromną różnicę i to nie jest tylko poczucie - mózg inaczej przetwarza to samo doświadczenie kiedy wchodzi w nie z nastawieniem uwagi. Na dworcu byłaś po prostu zmęczona i usiadłaś. Gdybyś usiadła z myślą 'teraz przez pięć minut jestem przy oddechu', mechanizm byłby zupełnie inny. Pytanie jest takie - jak wyglądała ta sytuacja na dworcu? Siedziałaś, oddychałaś, i co się działo z uwagą?
To co opisujesz to jest bardzo ciekawy stan i nie powiedziałbym od razu, że to 'tylko zmęczenie'. Jest taki efekt który pojawia się kiedy umysł odpuszcza aktywne planowanie i kontrolowanie - coś w rodzaju trybu domyślnego, ale nie błądzenia myślami, tylko spokojnego obserwowania. Zdarza się to właśnie w miejscach publicznych gdzie jest dużo bodźców, bo paradoksalnie umysł przestaje walczyć z ciszą i po prostu płynie. Pytanie do ciebie: czy to było nieprzyjemne, neutralne, czy może nawet odczuwałaś coś w rodzaju ulgi?
To co mówisz o uldze w miejscu które normalnie przytłacza - to jest dla mnie sygnał że coś jednak zadziałało. Nieważne czy to 'liczy się' jako medytacja według jakiejkolwiek definicji. Ciało zrobiło coś dobrego dla siebie. I teraz pytanie jest może inne - nie jak odtworzyć 'medytację na dworcu', tylko jak to co tam się stało wbudować w podróż świadomie.
To mi się podoba ta metafora z siedzeniem przy wodzie. Ale mam pytanie bo mnie nurtuje od jakiegoś czasu - jak to wygląda w autobusie czy pociągu na długiej trasie? Bo ja na przykład jak jadę kilka godzin to albo śpię albo patrzę w telefon i nigdy mi nie przyszło do głowy żeby to było dobre miejsce na cokolwiek takiego.
Właśnie, rytm pociągu angażuje pewnie czakrę podstawy, bo to jest coś gruntującego - wibracje, regularność, poczucie ruchu. Dlatego jest takie odprężające. To nie przypadek że podróż koleją jest w wielu tradycjach traktowana jako czas przejścia i refleksji.
Zostawię czakry na bok bo to osobny temat, ale Idzi trafił na coś realnego - badania nad wpływem rytmicznych bodźców na stan uwagi są i pokazują że regularne wibracje mogą ułatwiać wejście w stany większego spokoju. Pociąg robi to za ciebie, nie musisz nic robić. Pytanie które mam do wszystkich w tym wątku: czy ktoś próbował to potraktować intencjonalnie, nie tylko przypadkowo?
Ja próbowałam intencjonalnie w autobusie i kompletnie mi nie wyszło bo siedziała obok mnie kobieta z głośną muzyką z telefonu bez słuchawek i po prostu gotowałam się ze złości. Jak w takich sytuacjach w ogóle odpuścić?
Mnie też to interesuje bo jak jestem zdenerwowany to ostatnia rzecz o której myślę to medytacja. Jak ktoś mówi 'obserwuj emocje' to dla mnie to jest jak powiedzieć 'po prostu się uspokój'. Brzmi łatwo, znaczy nic.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś kiedyś miał tak że po takiej przypadkowej chwili spokoju w podróży, tej nieoczekiwanej, coś się zmieniło na resztę dnia? Bo mi się raz zdarzyło na lotnisku i potem cały lot był inny, spokojniejszy, ale nie wiem czy to związek czy przypadek.
Nikt nie odpowiedział na moje pytanie a bardzo mnie to ciekawi - czy ktoś poza mną miał tak że ta jedna nieoczekiwana chwila spokoju w podróży jakoś potem prowadziła? Bo u mnie na tym lotnisku to było dosłownie może pięć minut siedzenia w ciszy, a potem przez cały lot byłam jakoś inaczej nastawiona. Jakby coś przestawiło.
