A czy to pulsowanie może być jakimś energetycznym zjawiskiem? Pytam bo gdzieś czytałem o czakrach i przepływie energii przez ciało i brzmi to podobnie.
no właśnie jakieś ciepło i takie jakby drżenie pod skórą. Nie bólowe, po prostu dziwne. Ale nie panikowałem, tylko byłem ciekawy.
To brzmi jak coś, co ja też czułam raz i nie wiedziałam co z tym zrobić. Edek, jak ty reagujesz kiedy podczas sesji pojawia się coś nieoczekiwanego? Przerywasz, czy zostajiesz z tym?
Zostaje, jeśli nie czuję że coś jest niepokojącego. Zasada jest prosta - obserwuję czy intensywność rośnie czy maleje. Jak maleje albo zostaje na tym samym poziomie, zostaję. Jak narasta i staje się trudna do zniesienia, kończę spokojnie, bez dramatyzowania.
To podejście 'obserwuję czy narasta czy maleje' bardzo mi się podoba, Edek. Ale mam jedno pytanie - co robisz z myślami, które przychodzą w trakcie tej obserwacji? Bo mi się zdarzało, że zamiast obserwować ból czy to dziwne pulsowanie, zaczynałam analizować co to może być i gubiłam samą praktykę.
A ile razy można tak wracać zanim to zacznie być skuteczne? Bo mi się wydaje że cały czas odpływam i wracam, odpływam i wracam i czuję że nic z tego nie wychodzi.
Edek poruszał to wcześniej chyba - że ból podczas DOMS-u może być wejściem do praktyki zamiast przeszkodą. Guslarz, próbowałeś potraktować tę obolałość jako punkt startowy, a nie coś do przetrwania?
Właśnie o to chciałam zapytać - bo jak próbuję skupić się na bolesnym miejscu to albo to za mocne i odpływam myślami o bólu, albo jest za słabe i odpływam w ogóle gdzieś indziej. Czy jest jakaś złota środkowa droga?
To ciekawe porównanie z latarką. Tylko zastanawiam się czy dla kogoś zupełnie początkującego to nie jest zbyt subtelne żeby wiedzieć gdzie ta granica jest. Bazylka, ty mówiłaś że jesteś na początku - czy jak słyszysz takie opisy to mają dla ciebie sens?
A ja wskakuję od razu i jakoś mi idzie 🙂 Ale serio, ta rada z myciem rąk to jest coś co sama robiłam intuicyjnie zanim w ogóle wiedziałam że to jest mindfulness. Może to dlatego łatwiej mi to skupienie w praktyce?
A czy to może być tak, że skupianie się na bólu podczas medytacji sprawia że się go bardziej świadomie zapamiętuje? Pytam bo mi się wydaje że po takiej sesji bardziej pamiętam gdzie mnie bolało niż przed nią.
To co Hydromanta opisuje brzmi dla mnie jak dobry objaw, nie zły. Świadomość ciała sama w sobie ma wartość, nawet jeśli nie przekłada się od razu na ulgę. Przez lata myślałem że celem jest pozbycie się dyskomfortu - i to było złe założenie. Celem jest raczej inne bycie z tym dyskomfortem.
Edek to 'inne bycie' - możesz powiedzieć więcej jak to wygląda w praktyce? Bo brzmi pięknie ale nie wiem jak to osiągnąć kiedy łydka pali i wszystko co chcę to żeby przestała 🙂
To 'inne bycie' z bólem - spróbuję to jakoś opisać, choć tu słowa trochę kuleją. Kiedy łydka pali i chcesz żeby przestała, to jesteś w relacji walki z doznaniem. Chcesz żeby było inaczej niż jest. To bycie, o którym mówię, to jest moment kiedy przestajesz chcieć żeby było inaczej - nie dlatego że boli mniej, ale dlatego że zmieniasz pozycję obserwatora. Ale żeby to osiągnąć, to nie jest kwestia decyzji. To przychodzi samo, po czasie, jak coś puścisz.
Ale jak 'puścić'? To brzmi jak coś co ma się stać, a nie coś co się robi. Nie rozumiem jak celowo przestać chcieć żeby bolało mniej, skoro to naturalne że chcę.
Dobra, to już mam dwa poziomy do obserwowania - sam ból i to że chcę żeby nie bolało. A potem pewnie jeszcze trzeci poziom że obserwuję te dwa pierwsze? To się nie skończy.
Guslarz ma dobry punkt mimo że zadał to ironicznie. Bo to jest realne ryzyko - że medytacja zamienia się w takie metaobserwowanie obserwowania i człowiek siedzi i główkuje zamiast po prostu być. Edek, jak to u siebie rozwiązałeś?
To jest ciekawe że wyjście przyszło przez znużenie, a nie przez wgląd. Czyli jakby umysł sam się zmęczył kombinowaniem i odpuścił. Mam wrażenie że o tym rzadko się mówi - że czasem medytacja działa właśnie przez wyczerpanie mechanizmu myślenia, nie przez jego kontrolę.
O, to tłumaczy czemu mi czasem idzie lepiej kiedy jestem po prostu za zmęczona żeby analizować. Myślałam że to błąd, że siedzę półprzytomna, a tu wychodzi że to może być wręcz pomocne?
Mnie też to się zdarza, że nie wiem czy medytuję czy prawie śpię. Szczególnie jak mam zakwasy i leżę, bo to idealna pozycja do zaśnięcia. Może to jest w ogóle problem z pozycją leżącą przy DOMS-ie?
Pozycja to rzeczywiście temat. Przy bardzo silnym DOMS-ie leżenie ma sens bo siedząca może być po prostu niemożliwa, ale leżenie ma tę wadę o której Bazylka mówi - granica ze snem jest cienka. Ja w takich sytuacjach kładę dłonie na brzuchu, żebra pod nimi, i ten kontakt z ruchem oddechu pomaga utrzymać czujność. Jakaś fizyczna kotwica.
To jest dobry pomysł z dłońmi, nie pomyślałm o tym. Ale wracając do tego co Edek mówił wcześniej o 'puszczaniu' - czy to jest coś co czujesz fizycznie? Jakieś rozluźnienie? Bo szukam jakiegoś sygnału że to się dzieje.
To z napięciem szczęki to bardzo powszechne, szczególnie przy bólu. Ciało automatycznie się zaciska jakby chciało się obronić przed doznaniem. I to jest właśnie to o czym mówi Edek - zmiana relacji z bólem widoczna w ciele, nie tylko w głowie.
To w takim razie po co w ogóle medytować przy zakwasach, skoro ból i tak zostaje? Rozumiem że napięcie szczęki odpuści, ale to trochę mało jak dla mnie.
Dołączam bo właśnie wróciłam do treningów i mam ten problem co Edek opisuje na początku wątku. Ale chciałam zapytać o coś innego - czy te metody działają też przy bólu który jest ostrzejszy, nie taki stały? Bo mój DOMS to czasem takie nagłe ukłucie jak wstaję, a nie ciągłe palenie.
To co Edek napisał o 'zamieszkiwaniu' bólu ciągłego kontra nagłe ukłucia - to mi trochę otworzyło oczy. Bo rzeczywiście mój problem jest właśnie taki, że nim zacznę cokolwiek obserwować, to już po wszystkim. Więc to ogólne tło spokoju ma być jakby buforem przed tym ukłuciem?
A skoro już jesteśmy przy typach bólu - co z bólem stawów? Bo mi po treningu bardziej dokucza kolano niż mięśnie i nie wiem czy to w ogóle ten sam temat.
