Mam takie obserwacje, że odkąd regularnie medytuję, to jakby wszystko bardziej do mnie dociera. Jakiś smutny film - płaczę. Ktoś jest niemił w sklepie - zostaje mi to na cały dzień. Przed medytacją byłam bardziej... gruboskórna? Chciałam zapytać, czy to u was podobnie, bo zaczęłam się zastanawiać, czy medytacja mnie nie rozmiękczyła za bardzo. Teoretycznie miało mi być lepiej, a tu nagle wszystko przeżywam intensywniej.
U mnie było dokładnie tak samo na początku. Przez pierwsze miesiące miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak, bo reagowałam na rzeczy, które wcześniej spływały po mnie. Ale potem ktoś mi wyjaśnił, że to nie jest tak, że stajesz się bardziej emocjonalna - tylko że przestajesz tłumić. Wszystko, co wcześniej chowałaś, zaczyna wychodzić. Ciekawe jest to pytanie, czy to oznacza, że jesteś słabsza, czy po prostu bardziej świadoma. Co o tym myślicie?
No właśnie nie powiedziałbym, że to jest 'rozmiękczenie'. To określenie sugeruje, że wcześniejszy stan był lepszy. A może wcześniej po prostu byłaś znieczulona? Nie zarzucam nic, serio pytam - bo jak ktoś mówi, że przed medytacją był gruboskórny, to ja słyszę, że miał zbudowaną tarczę obronną, a nie że był silniejszy.
To, co opisujesz z tym urzędem, to już trochę inne zjawisko - bardziej empatyczne przesiąkanie niż sama emocjonalność. Sam przez to przechodziłem. Zacząłem medytować, po jakimś czasie poczułem się jak gąbka w zatłoczonych miejscach. Dopiero kiedy dodałem do praktyki coś na uziemienie - mi pomógł spacer po lesie zaraz po medytacji rano - to się wyrównało. Ale pytanie do autorki wątku - jak długo medytujesz i jaki to rodzaj medytacji?
Hm, ale mnie zastanawia jedno - czy ta zwiększona wrażliwość to jest efekt samej medytacji, czy może po prostu coś się dzieje w życiu, a medytacja to tylko katalizator? Bo ja miałam taki okres, że wszystko we mnie buzowało i gotowe było się przelać, a medytacja jakby otworzyła zawór. Czy ktoś próbował rozróżnić te dwie rzeczy?
To jest dobre pytanie, Sagea, bo to trudno oddzielić. Medytacja otwiera kanały percepcji, które były zamknięte, ale to, co przez te kanały płynie, pochodzi z twojego życia, nie z samej praktyki. Moim zdaniem błędem jest mówienie, że 'medytacja mnie rozhuśtała', bo to tak jakby powiedzieć, że szklanka jest winna temu, że herbata jest gorąca.
Wrażliwość emocjonalna i reaktywność emocjonalna to nie jest to samo. Można być bardzo wrażliwym, czyli dużo czuć, ale nie rzucać się na wszystko. Medytacja raczej zwiększa wrażliwość, ale dobra praktyka równolegle buduje zdolność do nieautomatycznego reagowania. Jeśli po pół roku medytacji czujesz więcej, ale za każdym razem cię to zalewa - to sygnał, że brakuje jeszcze tego drugiego elementu.
To mnie ciekawi, bo mam znajomego, który medytuje od lat i jest spokojny jak skała. I jestem mu odrobinę zazdrosny, bo sam po medytacji czuję jakiś czas skupienie, ale emocje i tak wracają szybko. Czy to znaczy, że muszę więcej czasu, czy że robię coś inaczej? Albo że po prostu jesteśmy różni?
Mnie to 'przestał walczyć' brzmi jak clue całej sprawy. Bo może problem nie jest w tym, że ktoś jest bardziej emocjonalny po medytacji, tylko w tym, że zaczyna oceniać swoje emocje - że ta jest dobra, tamta zła, ta jest dowodem, że medytacja działa, tamta że nie działa. I to ocenianie samo w sobie dokłada warstwy napięcia.
hej, przepraszam że się wtrącam, ale chciałam zapytac - bo dopiero zaczynam z medytacją - czy to normalne że po medytacji czasem wychodzi się w gorszym nastroju niż się weszło? Mi tak było ostatnio i trochę mnie to zdziwiło, myślałam że to zawsze powinno pomagac
Dobrze, że to padło, bo wracając do mojego pierwotnego pytania - czy ktoś faktycznie doświadczył, że ta większa wrażliwość po jakimś czasie się stabilizuje i zostaje jako zasób, a nie jako problem? Bo trochę mi tu wychodzi, że to jest jakiś etap, przez który się przechodzi, i chcę wiedzieć, czy jest światło w tunelu.
Tak, jest światło. U mnie ta stabilizacja przyszła po mniej więcej roku regularnej praktyki. Ale nie wróciłam do poprzedniej gruboskórności - zostałam wrażliwa, tylko że teraz ta wrażliwość nie jest jak otwarta rana, tylko jak czułe sposób. Choć wolę to ująć jako 'antena' - czuję więcej, ale nie muszę na wszystko reagować od razu.
To, co napisała Wozka90 o 'czułym narzędziu' zamiast 'otwartej rany' - to jest chyba najlepszy opis tej transformacji, jaki tu padł. Ale chciałbym dopytać: czy ten moment przejścia był wyraźny, czy bardziej zorientowałaś się z perspektywy czasu, że już jest inaczej?
To 'dotknięcie jako informacja' brzmi pięknie w teorii, ale jak to wygląda w praktyce? Bo ja dalej mam problem z tym, żeby w środku emocji ocenić, czy to jest informacja, którą powinnam wziąć pod uwagę, czy po prostu moje ego reaguje na coś błahego.
Okej, to jak się tej mikrochwili nauczyć w praktyce? Bo rozumiem ideę, ale co konkretnie ćwiczyć, żeby to miało sens poza poduszką do medytacji?
Ja próbowałam z tym ciałem i faktycznie coś w tym jest. Jak złapię, że coś się ściska w klatce albo napina ramiona, to już jestem o krok przed samą reakcją. Ale mam pytanie - co jak ktoś ma problem z połączeniem z ciałem? Bo nie u wszystkich to działa tak prosto.
Ja mam właśnie ten problem - zupełnie nie czuję, gdzie emocje siedzą w ciele. Medytuję od niedawna i te wszystkie instrukcje 'poczuj to w sercu, w brzuchu' brzmią dla mnie jak coś dla innych ludzi. Czy to mija z praktyką?
a czy jak się zaczyna czuć więcej w ciele to nie jest tak ze nagle człowiek jest bardziej chory i bardziej bolą go różne rzeczy? bo mi się wydaje że odkąd medytuje to bardziej słyszę jak cos mi dolega, wcześniej chyba po prostu ignorowałam
To wracając do głównego wątku - mamy tu kilka wątków naraz: emocjonalność, ciało, te mikrochwile świadomości. Ale mam wrażenie, że pierwotne pytanie dotyczyło czegoś innego - czy medytujący są bardziej emocyjni jako tacy, jako ludzie, nie tylko w środku praktyki. I nadal nie wiem, czy jest na to jakaś prosta odpowiedź.
Moim zdaniem nie ma prostej odpowiedzi, bo to zależy czego szukasz w porównaniu. Bardziej emocyjni niż niemedytujący? Może. Bardziej emocyjni niż sami byli wcześniej? Prawie na pewno, przynajmniej przez jakiś czas. Ale to 'bardziej emocyjni' nie znaczy 'gorzej radzący sobie z emocjami' - i tu chyba leży nieporozumienie w całej dyskusji.
Czytam ten wątek od początku i właśnie to zdanie Cykorii mnie zatrzymało. Bo chyba wszyscy tutaj mówiliśmy o wrażliwości jakby to był problem do rozwiązania, a nie właściwość. Może to jest zmiana perspektywy, której szukamy?
A ten urząd skarbowy to może być dobry test w sumie. Nie wiem, czy wróciłaś z jakimiś wnioskami - czy stosowałaś cokolwiek z tego, o czym tu gadamy, w takich sytuacjach?
Dobry trop. I w ogóle mnie zastanawia - czy są jakieś konkretne sytuacje, w których ta wrażliwość po medytacji wyraźnie pomogła? Nie tylko utrudniała, ale realnie dała ci coś, czego byś bez niej nie zobaczyła lub nie poczuła?
To jest właśnie ten przykład, którego mi brakowało w tej dyskusji. Bo tu nie chodzi o to, że emocja zniknęła, tylko że nie przejęła sterowania. I to jest chyba odpowiedź na pytanie Florki o zmianę perspektywy - wrażliwość nie znika, ona po prostu przestaje być szefem.
Ale chwila - bo Wahadlarka napisała 'nieświadomie może'. I to mnie zastanawia. Czy to ćwiczenie naprawdę zadziałało, czy po prostu byłaś zmęczona kolejką i nie miałaś energii na pełną reakcję? Pytam szczerze, bo sama mam problem z odróżnieniem tych dwóch stanów u siebie.
To jest dla mnie ważne rozróżnienie - nieświadome a świadome. Bo dużo osób myśli, że medytacja ma działać automatycznie, jak tabletka. A tutaj Wahadlarka opisuje coś innego: moment rozpoznania i wyboru. Mały, ale jednak wybór. I to jest chyba sedno tego, o czym gadamy od kilkudziesięciu postów.
czytam i mysle ze moze dlatego czasem po medytacji czuje się smutna bez powodu? ze jakby wchodze w ten tryb obserwatora i potem nie wiem co z tym smutkiem, bo go nie 'przezyłam' tylko 'zobaczyłam'? nie wiem czy to ma sens
