To rozróżnienie Leokadii jest ważne, ale rozumiem intencję Guslarza. Mam w notatkach że ktoś na webinarze mówił o tym, że staw vs mięsień to inny charakter sygnału bólowego - mięsień to taka 'gęstość', staw to bardziej 'ostrość'. Czy ktoś z was tak to odczuwa w praktyce medytacyjnej?
Zenek, to jest dobre ujęcie. Ja bym to nawet rozszerzył - DOMS ma tę cechę że ból zmienia się przy ruchu, więc podczas siedzenia masz jedno jego oblicze, ale jak wstajesz to zupełnie inne. Ta zmienność jest sama w sobie ciekawym obiektem obserwacji.
O tej zmienności to nigdy tak nie myślałam. Zawsze mi przeszkadzało że ból 'nie stoi w miejscu' podczas medytacji i myślałam że to problem. A to może być po prostu kolejna rzecz do zauważania?
Ja mam podobnie, te 15-20 minut i potem mnie zaczyna swędzieć nos albo myślę o obiedzie. Przy zakwasach to jeszcze trudniej bo dochodzi to fizyczne dyskomfort. Edek, czy te dłuższe sesje to efekt lat praktyki czy od razu tak siedziałeś dłużej?
Zdecydowanie efekt lat i to nie linearny. Były okresy że siedziałem godzinę dziennie i okresy że pięć minut i rezygnowałem. Przy DOMS-ie szczerze mówiąc nie przedłużam sesji na siłę - wolę krótszą ale przytomną niż długą w półśnie albo w walce z bólem.
To co Edek mówi o krótszej ale przytomnej - to mi daje do myślenia. Bo ja zawsze miałam w głowie że 'prawdziwa' medytacja musi trwać długo. Skąd w ogóle to przekonanie? Ktoś mi to kiedyś powiedział czy sama wymyśliłam?
To z czasem trwania to jest mit który naprawdę robi krzywdę. Szczególnie początkującym. Znam osoby które rzuciły praktykę bo 'nie umiały' medytować 45 minut. A to bez sensu, szczególnie przy bólu fizycznym który jest dodatkowym utrudnieniem.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno pytanie które mnie nurtuje - czy jest jakiś moment przy DOMS-ie kiedy po prostu nie należy medytować? Że ból jest na tyle silny że to po prostu nie ma sensu lub wręcz jest kontraproduktywne?
Dobrze że Edek to powiedział, bo to jest chyba najbardziej dorosła obserwacja w tym wątku. Że jest granica i że jej przekraczanie na siłę to nie jest większa duchowość, tylko upór.
Mam pytanie do Edka i Leokadii - jak rozpoznać że jesteś przy tej granicy zanim zaczniesz sesję? Czy to jest coś co wiesz z góry, czy dopiero po próbie?
Zenek, odpowiem szczerze - u mnie to jest częściowo jedno i drugie. Znam swoje ciało na tyle, że po bardzo intensywnym treningu wiem już rano, że sesja będzie ciężka albo bezcelowa. Ale zdarzało mi się mylić w obie strony - myślałem że dam radę, a potem siedziałem i wkurzałem się na siebie. I odwrotnie - rezygnowałem z góry, a mogłem spróbować. Chyba nie ma tu złotej reguły.
To co mówisz o myleniu się w obie strony to ciekawe. Mam w notatkach kilka przypadków kiedy decydowałem z góry i potem żałowałem. Czyli to doświadczenie które buduje się latami, a nie coś co można zaplanować z góry?
To pytanie Stokroteczki jest dobre, ale trochę się boję odpowiedzi na zasadzie prostego wskaźnika. Bo ciało każdego z nas mówi inaczej. Ja bym raczej odwróciła pytanie - co czujesz gdy WYOBRAŻASZ sobie że siadasz do medytacji przy tym bólu? Jeśli sama myśl wywołuje opór, to już coś mówi.
Słucham tej rozmowy i trochę mi się wydaje, że wy wszyscy zakładacie, że medytacja przy bólu to zawsze jest coś do pokonania. A może czasem to sygnał żeby odpuścić i tyle? Nie każdy ból musi być 'obiektem obserwacji'. Mogę się mylić, ale tak mi to wychodzi.
Pentaklista, tak, zdecydowanie jest ta granica, choć trudno ją opisać słowami. Obserwowanie bólu to dla mnie takie... cofnięcie się o krok od niego. Jestem świadomy że boli, ale nie jestem tym bólem. Natomiast gdy bół zaczyna dominować całą uwagę i nie daję rady nawet przez chwilę 'wyjść' z tego poczucia - to jest właśnie ta granica o której mówię. Wtedy naprawdę lepsza jest herbata i leżenie.
Edek, to rozróżnienie między 'obserwuję ból' a 'jestem tym bólem' - to brzmi pięknie w teorii, ale jak to wygląda w praktyce? Czy to się dzieje od razu czy trzeba jakiś czas żeby w ogóle znaleźć ten 'krok do tyłu'?
Czyli jakby te pierwsze minuty są takim testem? To by tłumaczyło dlaczego ja często po 3 minutach albo łapię rytm albo kompletnie odpływam - może to jest właśnie ten moment decyzji ciała a nie umysłu.
A mnie bardziej interesuje co robić gdy DOMS jest tak silny że naprawdę nie możesz usiąść prosto. Pytam serio, bo po niektórych treningach mam tak, że każda pozycja boli. Medytacja w leżeniu to nadal medytacja?
Ten wątek o leżeniu to mnie zastanawia - czy przy DOMS-ie leżenie nie pogarsza sprawy? Bo mi się zdaje, że jak leżę i skupiam się na bólu mięśni to bardziej go czuję niż gdy jestem w ruchu. Może to tylko moje.
Właśnie, to co mówi Pentaklista to ma sens. Jak chodzę po zakwasach to prawie nie czuję, ale jak siadam - i to dopiero boli. Może ta medytacja przy DOMS to jest po prostu trudniejsza niż myślę i nie ma co się oszukiwać?
Edek, a czy ty masz wrażenie że przy bardzo silnym DOMS-ie w nogach ta medytacja siedząca w ogóle ma sens? Bo mnie się wydaje że jak mięśnie ud tak krzyczą, to te pierwsze minuty 'testu' które opisywałeś to jest jedna wielka walka z pozycją a nie z umysłem. Może wtedy lepiej po prostu poczekać dzień?
