Wracając do tego co mówiła Amethysta o poczuciu winy - myślę że u mnie to wynika z tego że jak coś nie działa, zakładam od razu że to moja wina. Nie że metoda nie pasuje, tylko że ja coś robię źle. Czy to jest częste u innych?
Mam pytanie do Elwirki albo Bernadetki - czy to ćwiczenie robi się kiedyś rutynowe w złym sensie? To znaczy - przychodzisz, wymieniasz te same rzeczy, odganiasz ten sam spokój i po jakimś czasie to jest już mechaniczne a nie prawdziwe?
A to szukanie czegoś nowego - robiłaś je w czasie samej medytacji, czy przed? Bo nie wiem czy mogę coś 'zaplanować' zanim usiądę, czy to ma być spontaniczne.
To co napisała Bernadetka o zasadzie niepowtarzania - czy to nie sprawia że w końcu szukasz coraz bardziej wymyślonych rzeczy? Bo wyobrażam sobie że po miesiącu codziennej praktyki wychodzi się z oczywistych rzeczy i trzeba szukać naprawdę głęboko. I zastanawiam się czy to nadal jest wdzięczność, czy bardziej ćwiczenie kreatywności.
Właśnie to pytanie o granicę między wdzięcznością a uważnością mnie uderzyło. Bo jeśli siedzisz z fakturą ściany i naprawdę ją czujesz, to technicznie to jest mindfulness bez żadnego wartościowania. Wdzięczność to chyba dopiero moment kiedy pojawia się coś w stylu 'dobrze że to jest'. Czy u ciebie Bernadetka ten moment zawsze przychodzi, czy czasem siedzisz z rzeczą i to jest tylko... obserwacja?
