Wracając do tego co Kunisia napisała o 'nieswojości' - mam wrażenie że to słowo lepiej to opisuje niż 'dezorientacja'. Dezorientacja kojarzy mi się z czymś chaotycznym, a to było bardziej takie... ciche zdziwienie sobą. Nie wiedziałam czy to moje ciało to nadal ja.
Słucham tej rozmowy o integracji i mam takie poczucie że mówicie o czymś co albo czujesz albo nie. Jak ktoś nie przeszedł przez te dziwne stany to chyba w ogóle nie ma czego integrować, prawda? Albo ja po prostu nie medytuję wystarczająco głęboko żeby to poczuć.
I właśnie to jest ciekawa kwestia dla tego tematu - czy zmiana percepcji musi być dramatyczna żeby była zmianą? Bo może Grazynka doświadcza zmiany świadomości równie realnej, tylko mniej filmowej. Myśli się uspokajają to przecież znaczy że coś w tym jak odbierasz chwilę się przesuwa.
Dokładnie to. Mnie przez długi czas wydawało się że 'prawdziwa' medytacja musi wyglądać jakoś spektakularnie. Potem zaczęłam prowadzić notatki i dopiero patrząc wstecz widziałam że coś się zmieniało subtelnie. Grazynka - czy pamiętasz jak reagowałaś na stres powiedzmy rok temu versus teraz?
Wracam do tego co pytałam wcześniej o zmysły bo myślę że to jest powiązane z całą tą rozmową o percepcji. Mnie sie wydaje że kiedy dominuje jeden zmysł w medytacji to jakoś inaczej przetwarza się otoczenie poza nią tez. Jak koś ma super wzrokowe doznania to może bardziej zwraca uwagę na obrazy w zwykłym życiu? Czy to bez sensu?
Ten wątek z dominującym zmysłem jest ciekawy, bo przy pracy z kartami też to widać - jedne osoby czytają bardzo wizualnie, inne bardziej intuicyjnie przez odczucie, i to się przekłada na to jak opisują swoje stany medytacyjne gdy o tym rozmawiamy. Zastanawiam się czy to jest coś stałego dla człowieka czy można to celowo przesunąć.
To co opisujecie z tą przestrzenią to bardzo ciekawe i myślę że wpisuje się dokładnie w temat. Mnie zastanawia jedno - czy ta zmiana percepcji przestrzeni pojawia się dlatego że mózg 'rekalibruje' wejście sensoryczne, czy może jednak jest w tym coś co wykracza poza zwykłą neurologię? Pytam bo zależy mi żeby nie wpadać od razu w jedno albo drugie wyjaśnienie.
Zatrzymuję się przy tym 'bardziej realna' bo to jest motyw który wraca w literaturze o stanach zmienionych. James opisywał to jako 'noetyczność' - poczucie że dostępuje się do jakiejś głębszej prawdy. Ale chcę zapytać wprost: czy potem, po kilku dniach czy tygodniach, ta ocena się utrzymywała? Czy jednak wracało poczucie że to była tylko chwilowa zmiana odbioru?
To co mówi Astral trochę mnie przeraża. Jak to sprawdzić że się nie wchodzi w coś niezdrowego? Mówię serio, nie złośliwie - mam wrażenie że granica między 'pogłębiona percepcja' a 'oderwanie od rzeczywistości' jest dość cienka i nie wiem jak ktoś to monitoruje.
Mam podobne pytanie do Grazynki. Czy istnieje coś takiego jak zbyt szybkie wejście w głębszą praktykę? Bo czytam tu opisy rzeczy które z zewnątrz wyglądają na coś co pojawia się po latach, a nie po miesiącach.
Wracając do tej percepcji i rzeczywistości - mam wrażenie że dużo mówimy o wzroku i przestrzeni, ale mało o czasie. U mnie jedną z pierwszych zmian w praktyce było to że czas przestał być równy. Tzn. godzina medytacji potrafi czuć się jak kwadrans i na odwrót, ale co ważniejsze, zaczęłam inaczej odczuwać przeszłość w ciagu dnia - jakby była mniej ciężka. Nie wiem czy to dobry opis ale może ktoś rozumie o co mi chodzi?
U mnie zdecydowanie bardziej skrucenie. Ale to co ciekawe to że jak wychodzę ze stanu i patrzę na zegarek, to ta 'strata' czasu nie wydaje mi się stratą - jakby ten czas był gęstrzy, nie poprostu szybszy. Nie wiem czy to dobrze mówię.
Ten wątek czasu mnie zatrzymał. Bo te moje poranne dezorientacje o których mówiłam - one dotyczą właśnie czasu, nie tylko przestrzeni. Przez chwilę nie wiem nie tylko gdzie jestem, ale też kiedy. Jakby nie było kotwicy czasowej. Czy ktoś wie czy to jest opisane gdzieś jako konkretny stan?
Tylko czy to że 'ma nazwę' znaczy że jest okej? Serio pytam. Nazwa to nie jest diagnoza że bezpieczne. Wrotycz, czy rozmawiałaś z kimś poza forum o tych porannych stanach?
Słucham tej rozmowy i myślę sobie że może te zmiany percepcji o których mówimy - czasu, przestrzeni, poczucie 'bardziej realne' - może to wszystko jest jednym zjawiskiem? Tzn. że medytacja zdejmuje jakiś filtr i wtedy i czas i przestrzeń i intensywność odczuć zmieniają się razem? Czy każdy miał tylko jeden z tych elementów a nie wszystkie naraz?
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie może naiwne - jak wy w ogóle 'wchodzicie' w tę głębszą percepcję? Bo ja medytuję od jakiegoś czasu i odczuwam spokój, wyciszenie, czasem bardzo miłe stany, ale to co wy opisujecie - zmiana przestrzeni, czasu - to się u mnie nie pojawia. Czy to kwestia techniki, długości sesji, czegoś jeszcze?
Agnisia, to paradoks który znam bardzo dobrze. I nie ma na niego prostej odpowiedzi. Ale mogę powiedzieć co u mnie zmieniło - przestałam medytować żeby coś osiągnąć i zaczęłam medytować żeby po prostu być w tym. Brzmi banalnie, ale to naprawdę inna jakość intencji. Choć nadal czasem wpadam w stare myślenie.
Wracając do głównego wątku tej rozmowy - ta zmiana percepcji którą opisujemy, niezależnie od drogi do niej - czy wy ją traktujecie jako cel sam w sobie, czy jako informację o czymś? Bo widzę że mówimy dużo o tym jak to wygląda, a mało o tym co z tym potem robimy.
Ciekawe że macie takie różne podejścia. Bo właściwie to co piszecie to są dwie różne teorie - Rusalka mówi że zmiana percepcji odkrywa coś co było, a Astral że potwierdza coś aktualnego. To nie jest to samo. Czy to może zależeć od techniki albo od rodzaju samej zmiany?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale mam wrażenie że ta rozmowa trochę zakłada że zmiana percepcji to zawsze coś pozytywnego do odczytania. A co jeśli czasem jest po prostu... efektem ubocznym? Bez głębszego znaczenia?
To co Kabalista pisze o makyo sprawia że zastanawiam się - czy my tutaj właśnie nie robimy tego co buddyści odradzają? Tzn. czy nie przykładamy za dużej uwagi do tych zmian percepcji zamiast po prostu... dalej medytować?
Mnie to pytanie Agnisia uderzyło bo tak, mam wrażenie że im więcej czytam i rozmawiam o głębszych stanach, tym trudniej mi po prostu siedzieć bez oczekiwań. Trochę jak oglądanie filmów o snach świadomych - potem w każdym śnie sprawdzam czy to ten. I to paradoksalnie przeszkadza.
O matko, ja mam dokładnie to samo co Kunisia opisuje! Od kiedy czytam ten wątek to podczas medytacji zamiast być w tym siedzeniu to jestem w obserwowaniu siebie czy już coś czuję 🙂 To chyba niedobrze? Bardzo mi ulżyło że ktoś to powiedział wprost.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie że gdzieś po drodze zgubiliśmy to co Mandragorka pytała - o to co robimy z tymi zmianami percepcji po sesji, jak wracamy do zwykłego dnia. Bo to dla mnie jest najtrudniejsze. Ten moment kiedy wychodzę z medytacji i zaraz jest kawa, telefon, cokolwiek. Jak wy to przechodzicie?
Przeczytałem ostatnie kilkanaście postów i wracam do tego co Kunisia powiedziała o notatkach - że te trzy elementy czas/przestrzeń/intensywność pojawiają się razem. Mam podobne obserwacje z moich zapisków ale doszedłem do nieco innego wniosku. U mnie te trzy pojawiają się razem tylko gdy sesja jest powyżej trzydziestu minut. Poniżej - intensywność tak, ale czas i przestrzeń rzadziej. Czy ktoś sprawdzał czy długość sesji ma tu znaczenie?
To co Zenek pisze o 'technicznej konserwacji' bardzo do mnie trafia. Ja właśnie zaczęłam rozróżniać te dwa rodzaje sesji i to mi trochę odciążyło głowę. Przestałam oczekiwać że każde siedzenie musi gdzieś 'dojść'. Ale wracając do tego co Pentagrama pytała o powrót do codzienności - czy ten rytuał Wierzbiny z minutami ciszy po sesji faktycznie działa na tę percepcję czy tylko wycisza?
Ale właśnie Wierzbina dotknęłaś czegoś ważnego - czy te dwa rzeczy w ogóle da się rozróżnić? Tzn. jeśli twoja percepcja codzienności zależy od tego w jakim stanie emocjonalnym wchodzisz w dzień, to może komfort przejścia i zmiana percepcji to jest to samo zjawisko, tylko inaczej nazwane?
