Och, to co Malachitka opisuje o rozluźnieniu w piersiach, to ja chyba miałam coś takiego raz, ale nie wiedziałam co to jest i nie zwróciłam uwagi. Czy to znaczy że powinnam bardziej obserwować te odczucia w ciele podczas medytacji? Czy to jest jakiś sygnał?
Ten paradoks który Ilonka opisuje jest w zasadzie sednem całego wątku. I mam wrażenie że próbujemy go rozwiązać na poziomie który go stworzył. Może warto zapytać inaczej: nie 'jak być gotową' tylko 'co stoi na przeszkodzie że już nie jest'.
No ale to jest kolejne pytanie które nie ma odpowiedzi którą da się zastosować. Ludziom którzy tu piszą jak Ilonka, potrzebne jest coś konkretnego. Nie filozofia tylko jakieś ćwiczenie albo punkt oparcia. Czy ktokolwiek ma coś praktycznego?
Wracając do tego co mówiła Ksiezycna o autobusie i zmęczeniu, bo chcę zapytać wprost: czy myślisz że medytacja formalna w ogóle ci pomogła w tamtym momencie, czy to był przypadek który mógłby się zdarzyć każdemu bez żadnej praktyki?
To pytanie Tarninka trafia prosto w to, nad czym sama się zastanawiałam. Szczerze? Nie wiem. Myślę, że praktyka zbudowała we mnie coś w rodzaju... znajomości terenu. Jakby wcześniejsze medytacje nauczyły mnie rozpoznawać że wchodzę w jakiś inny stan, nawet jeśli nie wiem jak to nazwać. Bez tego pewnie bym to zignorowała albo zaczęła analizować. Ale czy to był efekt praktyki czy przypadek? Naprawdę nie wiem jak to oddzielić.
To co mówisz o 'znajomości terenu' jest ciekawe, bo sugeruje że praktyka nie powoduje poddania, tylko przygotowuje grunt. Ale wtedy rodzi się pytanie czy można w ogóle przygotowywać grunt pod coś co z definicji nie może być zaplanowane?
Słucham tej rozmowy o intencji i zastanawiam się czy nie wpadamy w pułapkę zakładania że intencja jest zawsze świadoma. Może wietrzysz pokój bo czujesz że trzeba, bez formułowania celu. Czy wtedy intencja istnieje? I czy poddanie wymaga braku intencji czy tylko braku przywiązania do efektu?
Próbowałam właśnie tego co Maurycy opisuje, siedzenia bez celu i mam pytanie do Malachitki i Leontyny, bo wy macie więcej doświadczenia. Co zrobić z momentem kiedy się orientujesz że właśnie obserwujesz czy już 'jest'? Bo to obserwowanie chyba samo w sobie wraca do kontrolowania.
Wtrącę się z czymś z innej strony, bo ta rozmowa o orientowaniu się przypomina mi coś z pracy z kartami. Kiedy ciągnę kartę i za bardzo chcę żeby była konkretna, to nawet jak wypadnie trafnie, nie potrafię tego przyjąć, bo już oceniałam zanim zobaczyłam. To może być ten sam mechanizm, nie?
Mam wrażenie że ta rozmowa krąży wokół jednej rzeczy i nikt jej wprost nie mówi. Poddanie w medytacji jest po prostu trudne bo mózg jest zaprojektowany żeby przewidywać i kontrolować. To nie jest kwestia techniki ani nastawienia. To jest sprzeczne z biologią. Może dlatego tak rzadko się zdarza spontanicznie?
Czytam ten wątek od dawna i rzadko piszę, ale to co Kajus powiedział o zasypianiu mnie zatrzymało. Ja właściwie najbliższe temu poddaniu czuję się właśnie na granicy snu. Czy to się liczy? Czy medytacja graniczna ze snem to w ogóle medytacja?
Może się tak kojarzyć, bo słowo 'kontrola' robimy zbyt pojemnym. Przytomność to nie jest to samo co kontrolowanie. Przytomna to znaczy że wiem gdzie jestem, słyszę odgłosy, czuję ciało. Ale nie próbuję nic z tym robić. To jest ta różnica. Sen nie jest lepszy, jest po prostu inny, bo świadomość tam gaśnie.
To co Tarninka mówi o rozpoznaniu bez słów wydaje mi się ważne. Może jednak jest jakaś wspólna 'mapa' tego doświadczenia, nawet jeśli samo doświadczenie jest nieopisywalne. Pytanie czy ta mapa pomaga dotrzeć do miejsca czy tylko daje złudzenie że wiemy gdzie idziemy.
Nie wszystko jest pułapką. Myślę że gdzieś w tej rozmowie zaczęliśmy traktować każdy ruch umysłu jako coś podejrzanego. A to też jest postawa, i też jest kontrolująca. Może niekiedy pocieszenie jest po prostu pocieszeniem.
Do tego co Selenaa powiedziała o różnych rodzajach poddania, dodam że w pracy intuicyjnej też to widzę. Kiedy czytam dla kogoś i osoba jest emocjonalnie otwarta ale mentalnie kontroluje każde słowo, to zupełnie inaczej przebiega niż odwrotnie. Jakby ta sama bariera miała różne warstwy.
Wchodzę tu bo to pytanie Magnolki mnie zatrzymało. Mam dokładnie takie podejrzenie od dawna. Że jak siedzę bardzo 'poprawnie', prosto, pilnuję oddechu, to nawet jak po godzinie coś zaczyna puszczać emocjonalnie, to wola już weszła w tryb pilnowania i nie odpuszcza. Jakby forma blokowała treść.
Jest coś pomiędzy i to jest właśnie ta granica którą chyba każdy musi znaleźć sam. Dla mnie to było odkrycie że przytomność nie musi mieć napięcia. Zaczęłam medytować w pozycji półleżącej, plecy oparte, ale głowa nie opada. To nie jest leżenie, ale nie jest też siedzenie z mobilizacją. I wtedy coś zaczęło się rozluźniać bez zasypiania. Ale mam pytanie do ciebie, Iga60, bo to ważne, czy jak zasypiasz to poprzedza to jakiś etap? Jest chwila miękkości zanim odpłyniesz?
Ale to znaczy że właściwie nie da się tego praktykować? Bo jak nie można ani łapać ani nie łapać, to co mamy robić, nic? Przepraszam że wprost, ale to brzmi jak kolejna pętla bez wyjścia.
Wracając do tego co Iga mówiła o woli i emocjach, bo mam wrażenie że zgubiliśmy ten wątek. Zastanawiam sie czy hipnagogia to jest poddanie woli czy poddanie uwagi. Bo to są różne rzeczy według mnie. Wola w sensie 'ja decyduję co robię' a uwaga w sensie 'ja wybieram gdzie patrzę'. Nie wiem czy zasypianie naprawdę dotyka którejś z nich.
Jest pewna rzecz którą chcę tu powiedzieć bo widzę że krążymy. Ta rozmowa sama w sobie jest przykładem kontroli. Analizujemy poddanie, kategoryzujemy je, szukamy mapy. I to jest piękne i ważne, ale jest moment kiedy mapa przestaje pomagać i zaczyna zastępować drogę. Nie mówię żebyśmy przestali, tylko żeby mieć to z tyłu głowy.
Czytam tę całą rozmowę od początku i mam jedno pytanie które mnie trapi od dawna. Czy poddanie się w medytacji to musi być cicha, bierna rzecz? Bo u mnie czasem przychodzi przez płacz, albo przez głęboki oddech który jakby wyrwał się sam. Czy to też jest poddanie czy to jest jeszcze reakcja?
To jest bardzo dobre pytanie. I myślę że to zdecydowanie jest poddanie, tylko cielesne i emocjonalne naraz. Płacz który 'wyrwał się sam' to znaczy że coś przestało być trzymane. To nie jest reakcja w sensie obronnym, to jest wypuszczenie. Różnica jest w tym czy coś z siebie robisz czy coś się przez ciebie dzieje.
Dokładnie to samo obserwuję kiedy czytam dla kogoś. Ten płacz który 'się wyrwał' jest inny energetycznie niż płakanie z wysiłku. W pierwszym czuć otwarcie, w drugim zamknięcie mimo wilgoci. Ksiezycna, czy po tym płaczu czujesz ulgę czy raczej wyczerpanie?
to brzmi jak właśnie to. Ulga po wypuszczeniu jest jednym z tych markerów o których trudno mówić wprost ale które rozpoznajesz od środka. I to że pytasz czy to jest prawdziwe poddanie zamiast po prostu zatrzymać się w tej uldze, to jest ciekawe samo w sobie.
A co jeśli ta ulga też może stać się czymś czego szukamy? To znaczy zaczynamy medytować i nieświadomie czekamy na ten płacz, na tę ulgę, bo wiemy że po niej jest spokój. I wtedy płacz przestaje być wypuszczeniem a zaczyna być strategią. Brzmi może paranoicznie ale zastanawiam się nad tym u siebie.
Ale to co Maurycy pisze o zapraszaniu, to jak w ogóle sprawdzić czy się zaprasza? Bo nie wiem jak mam kontrolować to czy zapraszam czy nie. Wydaje mi się że nie czekam, a może jednak czekam i nie wiem o tym.
Słucham tej rozmowy o zapraszaniu i myślę o czymś innym. Mnie bardziej chodzi o to co jest po tym wypuszczeniu. Jak już to przyjdzie, jak się wypłacze albo głęboko odetchnie, co się z tym zrobić? Siedzieć dalej? Wstać? Właśnie wtedy nie wiem co z sobą zrobić.
