To jest jedno z ważniejszych pytań w tej całej dyskusji, szczerze. Bo moment po wypuszczeniu jest bardzo delikatny i wielu ludzi go roztrwoni przez to że zaczyna coś z nim robić. Mam wrażenie że najczęstszym błędem jest wstawanie właśnie wtedy kiedy otwarcie jest świeże.
To co opisuje Ilonka jest bardzo powszechne i moim zdaniem ma konkretne źródło. Kiedy otwieramy się bardziej niż zwykle, pojawia się coś co można nazwać lękiem przed otwartością. Instynkt każe zamknąć drzwi które właśnie się otworzyły. Wstanie to zamknięcie.
Ale jak się ustawia tę intencję żeby potem nie przeszkadzała? Bo słyszę że intencja jest ważna, ale jak ją postawię to myślę o niej przez całą medytację i to jest kolejna forma kontroli. Jak się ją stawia i zapomina?
Dodam do tego co Leontyna mówi, bo to pasuje do czegoś co obserwuję w sobie. Ta intencja na początku działa jak anchor, coś co mówi ciału i umysłowi w jakim kierunku idziemy. Ale potem ciało musi przejąć, bo umysł zrobi z tego zadanie do odhaczenia.
Czytam od dłuższego czasu i nie pisałam, ale to co Tajemniczka opisuje z tym byciem między skórą a oddechem, to pierwszy raz czytam o medytacji i rozumiem co ktoś ma na myśli. Mam pytanie, czy to przychodzi samo czy jakoś trzeba się w to wciągnąć?
Wracam do swojego pytania o to co po wypuszczeniu, bo myślę że nie do końca je rozwinęłam. Chodzi mi też o to, czy ta ulga i spokój które potem mam, czy to jest stan który można budować? Czy każdorazowo trzeba to przepracować od nowa, czy z czasem jest łatwiej?
Uczciwa odpowiedź jest taka że trochę jedno i drugie. Z czasem próg oporu jest niższy, ciało pamięta że wypuszczenie nie boli. Ale każda sesja jest nowa, bo to co trzymasz dziś nie jest tym samym co trzymałaś miesiąc temu. Nie ma stałego wyrobionego kanału, raczej rosnące zaufanie.
