Mam pytanie do ludzi, którzy tu medytują — czy ktoś z was ma ADHD i jakoś sobie z tym radzi podczas praktyki? Pytam bo sam mam ten problem od lat i klasyczna medytacja siedząca kompletnie do mnie nie przemawia. Siedzę, próbuję skupić się na oddechu, a po 30 sekundach mój umysł jest już gdzieś zupełnie indziej. Słyszałem, że są jakieś specyficzne podejścia dla takich osób, ale nie wiem od czego zacząć. Ktoś próbował czegoś co faktycznie działało?
To akurat ciekawy temat bo faktycznie klasyczne instrukcje w stylu 'siedź i obserwuj oddech przez 20 minut' mogą być dla kogoś z ADHD wręcz frustrujące. Zanim powiem co wiem — powiedz mi, czy masz zdiagnozowane ADHD, czy bardziej czujesz, że tak funkcjonujesz? Bo to trochę zmienia podejście do doboru techniki.
Rozumiem tę frustrację i chcę od razu powiedzieć — problem nie leży w tobie, tylko w tym, że większość popularnych technik medytacyjnych pochodzi z tradycji, które projektowały praktykę dla zupełnie innego typu umysłu. Dla kogoś z ADHD medytacja w ruchu może być dużo skuteczniejsza niż siedząca cisza. Masz jakieś doświadczenia z tai chi, jogą albo chodzeniem uważnym?
Próbowałem chodzenia, ale nie wiedziałem że to ma jakąś konkretną technikę. Po prostu chodziłem i myślałem o tym żeby myśleć o chodzeniu, co brzmi głupio jak to piszę 🙂 Czy jest jakaś konkretna instrukcja jak to robić żeby to miało sens?
Nie brzmi głupio, dokładnie o to chodzi. Podstawowa wersja: chodzisz powoli, skupiasz uwagę na odczuciach w stopie — unoszenie, przesuwanie, stawianie. Jak myśl się pojawi, nie walczysz z nią, tylko wracasz do stopy. Dla kogoś z ADHD ważne jest żeby nie robić z tego kolejnej rzeczy do 'zaliczenia'. Jak wrócisz 50 razy do stopy zamiast 5, to nie jest porażka — to jest praktyka.
Właśnie to jest klucz — to wracanie. Widziałam u wielu osób, że traktują każde oderwanie uwagi jako dowód, że medytacja 'nie działa na nich'. A to jest dokładnie odwrotnie. To powracanie to jest mięsień który ćwiczysz. Bogumił, jak często próbowałeś i jak długo za każdym razem?
10-15 minut na start to już sporo jak na ADHD, serio. Czytałam że lepiej zacząć od 3 minut dziennie, ale za to CODZIENNIE. Regularność ważniejsza od długości. Mózg z ADHD potrzebuje tej regularności żeby w ogóle zacząć cokolwiek kojarzyć z rutyną.
A czy ktoś próbował medytacji z dźwiękiem albo mantry? Mnie pomaga że mam jakiś punkt skupienia który jest dźwiękowy, bo wzrokowe i czuciowe mi uciekają. Ciekawa jestem czy to ma sens dla ADHD czy to tylko moje odczucie.
Nie ma tu ortodoksji której trzeba pilnować. To co działa, działa. Warto jednak rozróżnić — biały szum jako tło to nie jest medytacja sama w sobie, raczej pomoc w redukcji rozpraszaczy. Śpiewające misy to już inna sprawa, możesz skupiać się aktywnie na zaniku dźwięku, na overtones — to jest coś co umysł z ADHD może 'gonić' w dobry sposób.
Hej, wchodzę w teamt bo mam podobny problem — nie mam ADHD zdiagnozowanego ale mam bardzo rozproszony umysł i klasyczna medytacja mnie kompletnie rozstraja. Jedno pytanie — ta medytacja chodzona, trzeba to robić w ciszy i w domu czy można na przykład w parku? Bo w parku mam więcej wrażeń ale może to jeszcze gorzej?
Park jest jak najbardziej w porządku, szczególnie dla osób z ADHD. Sensoryczne bogactwo otoczenia — ptaki, wiatr, zapach ziemi — może paradoksalnie pomagać, bo umysł ma gdzie 'wylądować'. Warunek: idziesz powoli i intencjonalnie, nie spieszysz się do czegoś. To nie spacer rekreacyjny. Uwaga wędruje do dźwięku ptaka? Dobrze, zaobserwuj to, a potem wróć do kroków.
Ja bym tutaj dodała jedno ostrzeżenie — dla niektórych osób zbyt dużo bodźców w otoczeniu sprawia, że medytacja w parku staje się zwykłym spacerem i po 5 minutach zupełnie zapominają że mieli coś obserwować. Dlatego na początku może lepiej zacząć w domu od tygodnia, żeby w ogóle poczuć czym ta praktyka jest, zanim się wyjdzie na zewnątrz. Co myślisz Bogumił, wolałbyś zacząć w warunkach kontrolowanych?
To bardzo ważna rzecz którą właśnie powiedziałeś — że wyjście z domu jest motywatorem. Dla ADHD struktura i ruch często idą w parze. Może spróbuj połączyć — wychodzisz do parku, ale masz ustaloną konkretną trasę, stałą, i tę samą trasę chodzisz każdym razem. Stałość trasy przy zmienności bodźców to dobry balans.
Ta stała trasa to dobry pomysł, bo eliminuje decyzję — nie musisz myśleć gdzie idziesz, tylko idziesz. Bogumił, a jak długa jest ta twoja typowa trasa jak już wychodzisz? Bo myślę że to może mieć znaczenie dla tego ile minut medytacji realnie z tego wychodzi.
No właśnie to jest mój problem — jak wychodzę to zazwyczaj chodzę długo, bo mi się nie chce wracać 🙂 Może z 40-50 minut. Ale to nie jest w żadnym stopniu skupione, to jest właśnie zwykły spacer. Tereska pisała że te 3 minuty codziennie są ważniejsze — to może powinienem wyznaczyć sobie taką krótką pętlę i tylko tę robić?
Tak, dokładnie o to mi chodziło. Tylko pamiętaj że te 3 minuty to nie jest czas spaceru, tylko czas aktywnej uwagi. Możesz chodzić dłużej, ale mieć takie jedno konkretne okno kiedy naprawdę skupiasz się na stopach. Reszta może być zwykłym spacerem — to nie jest zdrada 🙂
To bardzo praktyczne podejście i widziałam że działa. Taka fizyczna kotwica w przestrzeni — wchodzisz w ten odcinek i 'włączasz' uwagę. Bogumił, masz jakieś konkretne miejsce na tej swojej trasie, do którego masz jakiś stosunek emocjonalny? Drzewo, ławka, cokolwiek?
A czy ktoś zastanawia się nad tym że siedzenie na tej ławce też mogłoby być medytacją? Nie musi być ruch. Pytam bo Bogumił pisał wcześniej że klasyczna siedząca medytacja go irytuje — ale może problem był z warunkami, a nie z samym siedzeniem?
Właśnie tak to u mnie działa — dźwięk tła robi całą robotę. Jak jest za cicho, mój mózg sam zaczyna sobie produkować 'szum' w postaci myśli i nie ma jak tego zatrzymać. Bogumił, a próbowałeś kiedyś po prostu siedzieć i słuchać rzeki? Bez żadnej techniki, bez liczenia oddechu?
I to jest bardzo ważna obserwacja którą sam właśnie zrobiłeś. To jest dokładnie to czym jest mindfulness — bycie obecnym, niezależnie od tego jak do tego dojdziesz. Problem z 'nic nie robię, tylko siedzę' jest taki, że bez pewnej intencji to łatwo przechodzi w zamyślenie. Czy kiedy siedziałeś nad tą rzeką, masz poczucie że byłeś skupiony na tym co słyszysz, czy raczej myśli odpływały?
Ale to jest dokładnie medytacja. Serio. To co opisujesz to jest klasyczny cykl — uwaga, oderwanie, powrót. Fakt że to robisz naturalnie nad rzeką bez żadnej instrukcji to jest dobry znak. Pytanie tylko jak to zrobić żeby to się zdarzało częściej i bardziej świadomie.
Mam pytanie bo wcześniej Wajdelota pisał że dźwięk jako kotwica to inna kategoria niż samo tło. Czy siedzenie przy rzece i aktywne słuchanie to właśnie ta różnica? Tzn. zamiast 'słyszę rzekę w tle' mam 'aktywnie śledzę dźwięk rzeki'?
To trochę jak z muzyką — jak słuchasz całego kawałka naraz, słyszysz szum, ale jak zaczniesz śledzić tylko bęben albo tylko gitarę, nagle jesteś w środku. Podobna zasada z przyrodą chyba?
I co ważne — możesz to robić absolutnie wszędzie. W parku, w autobusie, przy kawie. Bogumił, próbowałeś kiedyś jakiejkolwiek medytacji poza domem i poza 'oficjalnym' kontekstem? Bo mam wrażenie że twój problem może być właśnie z tym rytuałem 'teraz siadam do medytacji', a nie z samą medytacją.
To ciekawe pytanie Joasi bo właściwie nigdy nie myślałem o tym że 'oficjalny' kontekst może być problemem. Jak próbowałem medytować to zawsze bylo: siadam, zegar, zamykam oczy. I od razu czułem presję że coś mam osiągnąc. Nad rzeką po prostu siadam bez żadnych oczekiwań.
I to jest właśnie clue. Brak kontekstu = brak presji = brak oporu. Bogumił, a gdybyś teraz spróbował dodać do tego siedzenia przy rzece TYLKO jedno — intencję przed siadaniem, dosłownie jedno zdanie w myślach: 'przez chwilę słucham' — czy to by coś zmieniło, czy by to zabiło ten naturalny stan?
Ale czy 'sound noting' które Reginka opisywała to już jest struktura? Bo dla mnie to brzmi raczej jak zabawa, nie jak ćwiczenie. Może to jest właśnie ten środek — coś co angażuje uwagę ale nie czuje się jak obowiązek?
