Mam taką sytuację, że cały czas w medytacji usiłuję coś kontrolować. Albo oddech, albo myśli, albo to co czuję. Nawet jak próbuję odpuścić, to w sumie staram się odpuścić i to już jest kolejna forma kontroli. Czytałam gdzieś o medytacji na poddaniu się, gdzie właśnie ten element chodzi o to, żeby po prostu przestać walczyć z tym co jest. Czy ktoś praktykuje coś takiego świadomie? Bo ja nie bardzo wiem od czego zacząć.
To co opisujesz to bardzo częsta pułapka. Pytanie: czy jak siedzisz i 'odpuszczasz', to masz w głowie jakieś wyobrażenie jak to odpuszczanie ma wyglądać? Bo to jest właśnie sedno problemu.
Ja też się z tym zmagałam długo. U mnie przełom był wtedy, kiedy przestałam w ogóle nazywać to medytacją na czas siedzenia. Siadałam i po prostu byłam. Bez etykiety, że teraz medytuję. Nie wiem czy to pomoże, ale u mnie zmieniło bardzo dużo.
W wielu tradycjach to co opisujecie ma konkretną nazwę i konkretny mechanizm. W buddyzmie to jest po prostu natura samadhi, ale też jest w sufizmie to pojęcie fana czyli zaniku ego. W obu przypadkach chodzi o to, że siłą woli się tego nie osiągnie. Kontrola i poddanie się są po prostu wzajemnie sprzeczne.
Słuchajcie, ja to widzę jeszcze inaczej. Poddanie się w medytacji to dla mnie nie jest bierność. To jest aktywna zgoda na to co jest teraz, włącznie z tym, że moja głowa gada bez przerwy albo że mam napięcie w ramionach. Nie walczę z tym, ale też nie uciekam. Po prostu jest. I to jest naprawdę wymagające, wbrew pozorom.
Ojej, bardzo dziękuję za ten temat, bo sama od dawna się z tym borykam. Mam pytanie bo jestem ciekawa, czy wy kiedy medytujecie na tym poddaniu się, to czujecie coś konkretnego? U mnie często pojawia się taki dziwny lęk jakbym miała za chwilę zapaść się w coś. I wtedy zaczynam kontrolować.
to co opisuje Ilonka to klasyka, ja miałam identycznie. Czytałam że to może być związane z czakrą serca która się otwiera i dlatego jest ten dyskonfort. Ale nie wiem czy to do końca tak działa, może ktoś mądrzejszy ode mnie powie.
Mnie zastanawia jedna rzecz. Mówicie o poddaniu się i o tym żeby nie walczyć z myślami i uczuciami. Ale czy jest jakiś moment kiedy to poddanie się może być za duże? Chodzi mi o to, czy można się zagubić i po prostu rozmyć bez gruntu?
Wchodzę w ten wątek bo właśnie siedzę nad tym pytaniem od tygodnia. Próbowałam ostatnio medytacji gdzie miałam po prostu mówić w głowie 'zgadzam się' na wszystko co przychodzi. Na hałas, na myśl, na swędzenie nosa. I na początku to był taki mechaniczny odruch, ale po jakimś czasie poczułam naprawdę coś innego. Nie wiem czy to było właśnie to poddanie się, ale poczułam jakiś przestrzenny spokój.
...i po jakimś czasie przestałam to mówić mechanicznie, a zaczęłam faktycznie czuć że coś odpuszcza. Ale potem złapałam się na tym, że sprawdzam czy odpuszczam wystarczająco dobrze. I wróciłam do punktu wyjścia. Czy wy też macie takie pętle?
To co Tajemniczka opisuje chyba jest kluczowe. Że sposób samo się odkłada kiedy przestaje być potrzebne. Ja miałam podobnie z liczeniem oddechów, przestałam liczyć i nawet nie zauważyłam kiedy.
Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale jak wy w ogóle wiecie że to co czujecie to jest to 'odpuszczenie' a nie po prostu senność albo odpłynięcie myślami?
Och, to z tym kręgosłupem to mi bardzo pomogło kiedy zaczęłam, bo wcześniej leżałam i zawsze zasypiałam. Ale mam inne pytanie do Leontyny jeśli mogę, bo ona pisała o tym napięciu w ramionach. Czy w tej medytacji na poddaniu się można skupiać się specjalnie na napięciu w ciele jako na głównym obiekcie uwagi?
Wracając do pytania Kasi o rozróżnienie, ja bym dodał że można też sprawdzić co dzieje się ze strumieniem myśli. Przy senności myśli stają się chaotyczne i urywane, takie senne obrazy. Przy prawdziwym odpuszczeniu myśli mogą wciąż być, ale jakby w tle, bez tej ciągnącej siły.
Mam wrażenie że ta rozmowa cały czas krąży wokół tego samego problemu. Jak sprawdzić czy się nie sprawdza. Jak kontrolować brak kontroli. Czy to w ogóle do przebicia się przez to jest możliwe przez samą analizę czy trzeba to po prostu przesiedzieć?
A ile czasu trzeba siedzieć żeby w ogóle to poczuć? Bo ja próbowałam z tydzień po 20 minut i nic. Czy to jest kwestia miesięcy?
No właśnie, co rozumiem przez 'nic'... chyba że nic szczególnego. Siedziałam, myślałam o różnych rzeczach, potem próbowałam nie myśleć, potem się denerwowałam że myślę. I tyle. Nie wiem czy to jest to 'dużo ale nie to czego oczekuję', bo nie wiem czego oczekuję.
Mam pytanie do Malachitki, bo mnie to nurtuje. Piszesz że widzenie mechanizmu to już coś. Ale skąd wiadomo że to widzenie mechanizmu nie jest kolejną warstwą kontroli? Że umysł po prostu znalazł sobie nowe zadanie, żeby nie przestać być zajęty?
Ale Maurycy, to trochę jest odpowiedź dla tych co znają zen. A jak ktoś nie ma takiego tła to co? Mam poczucie że cały czas w tej rozmowie jest jakiś sekret który wszyscy znają ale nikt nie mówi wprost.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy ktoś z was miał tak, że to poddanie przyszło zupełnie nie w trakcie medytacji formalnej? Ja ostatnio coś poczułam jadąc autobusem i to było bardziej 'to' niż cokolwiek co czułam siedząc na poduszce.
To co Ksiezycna mówi o autobusie jest dla mnie bardzo ważne. Ja miałam podobnie, zmywając naczynia. I potem przez miesiąc próbowałam to odtworzyć przy zmywaniu i oczywiście nic. Czy to znaczy że formalna medytacja w ogóle nie jest warunkiem?
Och, to jest dla mnie bardzo ważna myśl Malachitki, bo ja zawsze myślałam że muszę siedzieć w konkretnym miejscu i konkretny czas żeby cokolwiek się wydarzyło. A tu wychodzi że to bardziej jak... ćwiczenie mięśnia który potem działa wszędzie?
To co Leontyna mówi o komentowaniu bardzo mi pasuje do własnych doświadczeń. Jak siedzę i 'mi dobrze idzie', to właśnie wtedy idzie najgorzej, bo już komentuję że idzie dobrze. Jakby obserwator był wbudowany i nie dało się go wyłączyć.
To co Malgosia87 mówi na końcu jest dla mnie kluczowe. Że to co komentuje stało się mniej ważne niż to co jest. Ale jak to odróżnić od zwykłego znieczulenia albo dysocjacji? Bo mi się zdarza że po prostu odlatuję i też mogłabym powiedzieć że komentarz przestał być ważny, ale to jest raczej ucieczka niż poddanie.
Ale ja nie rozumiem tej różnicy. Jak można być nieobecnym na pierwszym planie i jednocześnie wszystko jest wyraźne? To brzmi sprzecznie. Jak to wygląda w praktyce?
Właśnie to mnie od początku zastanawia w tym temacie. Czy poddanie to decyzja czy efekt uboczny czegoś innego? Bo gdy byłam w tym autobusie, to nic nie 'zdecydowałam'. Po prostu byłam zmęczona i przestałam walczyć z myślami. I coś się otworzyło. Ale to nie był żaden wybór.
Dokładnie to samo miałam przy zmywaniu, o którym mówiła Tajemniczka. Zmęczenie jako wejście do poddania. Zastanawiam się czy to nie jest dlatego, że wtedy ego nie ma już energii żeby się bronić. Czy ktoś próbował świadomie pracować ze zmęczeniem jako techniką?
