Medytuję od kilku lat i całkiem niedawno dostałam diagnozę - spektrum autyzmu. Zaczęłam się zastanawiać, czy moje doświadczenia z medytacją są jakoś inne niż u neurotypowych osób. U mnie np. klasyczna medytacja z koncentracją na oddechu często kończy się tym, że zamiast wyciszenia mam narastający dyskomfort - jakbym nagle stała się zbyt świadoma własnego ciała i każdego oddechu, co w pewnym momencie zaczyna mnie przytłaczać. Słyszałam, że to częste u autyków. Ktoś z was ma podobne doświadczenia albo zna kogoś w spektrum, kto medytuje?
Ja nie jestem w spektrum, ale pracowałam z kilkoma osobami na warsztatach i rzeczywiście mówiły podobne rzeczy co ty. Ale według mnie problem jest inny - klasyczna medytacja oddechowa jest po prostu nieodpowiednia dla osób z nadwrażliwością sensoryczną, niezależnie od diagnozy. Może spróbuj medytacji ruchowej albo z dźwiękiem? Mis tybetańskich czy czegoś w tym stylu. Dźwięk daje punkt zaczepienia, który nie jest tak 'wewnętrzny'.
Leokadia, to bardzo ciekawe co piszesz o poczuciu czasu. Czytałam kiedyś, że osoby w spektrum mogą mieć coś w rodzaju inaczej ustrukturyzowanego doświadczenia czasu - mniej linearnego. I teraz myślę sobie, że może medytacja u was nie jest gorsza, tylko po prostu wygląda zupełnie inaczej i porównywanie jej do wzorca neurotypowego nie ma sensu. Ale mam pytanie - czy ty w ogóle czujesz, że medytacja ci coś daje, mimo tego dyskomfortu?
Leokadia, pytasz czy to jeszcze medytacja - a skąd w ogóle przekonanie, że medytacja musi wyglądać jak siedzenie w ciszy? Tradycje wschodnie mają całe mnóstwo form, od chodzącej zen po mantrowanie. Autystyczne stimowanie - to ciągłe kołysanie, pocieranie, powtarzalne ruchy - jest przez neurotypowych traktowane jako coś złego, a w istocie spełnia bardzo podobną funkcję co właśnie repetytywne praktyki medytacyjne. To nie jest moje wymysły, to mówią sami badacze autyzmu.
Przepraszam, że się wtrącam, bo temat jest dla mnie nowy, ale Leokadia - to co opisujesz z sortowaniem kamieni i monotonnym śpiewem bardzo mi przypomina to, co czuję przy afirmacjach nagranych na pętlę. Nie mam diagnozy, ale mam taką dziwność, że powtarzalność mnie uspokaja, a 'zwykła' medytacja z prowadzeniem głosowym mnie rozprасza. Czy to może być jakiś wspólny mianownik niezależnie od spektrum?
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś innym - jak to się ma do pracy z energią? Przy bioenergoterapii ważna jest świadomość ciała, odczuwanie przepływu energii. Leokadia, czy ty to w ogóle czujesz? Pytam poważnie, bo niektóre osoby z nadwrażliwością sensoryczną opisują intensywniejsze doznania energetyczne, inne mówią, że w ogóle nie mają dostępu do tych odczuć.
Leokadia, ale czy nie jest tak, że po prostu trzeba się nauczyć lepiej nazywać te doznania? Mam wrażenie, że to kwestia praktyki i słownictwa, nie samego autyzmu. Wiem, że to może zabrzmieć ostro, ale naprawdę nie wiem, czy diagnoza zmienia coś fundamentalnie w samej praktyce duchowej.
Wchodzę w tę rozmowę bo sama mam ADHD, nie autyzm, ale dużo rzeczy tu napisanych mnie dotyczy. Leokadia, masz coś swojego wypracowanego? Jakiś własny protokół, bo tak to chyba można nazwać? Bo ja eksperymentowałam latami i w końcu mam coś co działa, ale to absolutnie nic nie przypomina tego, co piszą poradniki.
Leokadia, to co piszesz o notatkach to jest piękne i zarazem smutne jednocześnie - bo wyobrażam sobie, ile prób i błędów za tym stoi. Ale mam pytanie do pozostałych - czy ktoś z was prowadził lub uczestniczył w grupach medytacyjnych, gdzie była osoba w spektrum? Jak to wyglądało w praktyce grupowej?
Ja nie miałam takiego doświadczenia w grupie, ale czytam ten wątek od początku i zastanawiam się czy te trudności z 'klasyczną' medytacją mogą też wynikać z tego, że bardzo dużo popularnych technik jest napisanych przez konkretny typ umysłu dla konkretnego typu umysłu i nikt tego nigdy głośno nie powiedzał. Leokadia, czy trafiałaś na jakieś materiały pisane specjalnie z myślą o osobach w spektrum?
Leokadia, to co piszesz o tym anglojęzycznym opisie - możesz podać jakieś słowa kluczowe albo jak to szukałaś? Bo ja szukałam po polsku i prawie nic nie ma. 'Autyzm i medytacja' to w polskim internecie pustynia.
Właśnie to mnie zastanawia - czemu w polskich środowiskach duchowych w ogóle nie mówi się o neurodywersyjności? Nawet tutaj ten wątek jest chyba jedyny w swoim rodzaju. Jakby ta perspektywa nie istniała.
ale czy nie uważasz, że to może być problem z tym, że środowisko autystyczne i środowisko duchowe po prostu rzadko się pokrywają? Może te osoby nie szukają duchowości jako takiej, tylko narzędzi do regulacji, i dlatego piszą o tym inaczej?
To jest bardzo ciekawa kwestia z tym językiem. Bo jeśli ktoś mówi 'robię to dla regulacji układu nerwowego' a ktoś inny mówi 'medytuję' - może to być dokładnie ten sam stan, opisany przez dwa różne systemy pojęciowe. Leokadia, jak ty to czujesz - czy te dwa języki opisują u ciebie to samo, czy coś innego?
To jest chyba najtrudniejsze pytanie jakie tu padło. Szczerze - nie wiem. Mam wrażenie, że stan jest ten sam, ale intencja może być różna. Jak sortuję kamienie żeby się wyciszyć z przeciążenia sensorycznego, to może jest bliżej regulacji. Jak robię to z poczuciem, że wchodzę w kontakt z czymś szerszym, to czuję to jako medytację. Ale nie jestem pewna, czy to rzeczywiście różne stany czy tylko różne ramy myślowe nałożone na to samo.
A czy ta różnica w intencji w ogóle jest taka ważna? Bo czytam to co pisze Leokadia i myślę, że może to jest właśnie ten problem ze standardowymi instrukcjami - one zakładają, że wiesz z góry po co siadasz. A co jeśli u kogoś odkrycie 'po co' przychodzi po fakcie?
Właśnie, zastanawiam się czy ta potrzeba klasyfikowania nie jest bardziej problemem naszej kultury niż samej praktyki. Czytam ten wątek i mam wrażenie, że Leokadia przez te lata samodzielnie wypracowała coś, co jest spójne i głębokie, a my próbujemy to wcisnąć w gotowe szufladki.
Wioletka, ale te szufladki mają też praktyczne znaczenie - jeśli chcesz porozmawiać o swojej praktyce z kimkolwiek, nauczycielem, grupą, to potrzebujesz wspólnego języka. I tu właśnie jest problem, o którym mówi Leokadia - ten wspólny język jest pisany pod jeden typ doświadczenia.
Dokładnie to. I to nie jest abstrakcyjny problem filozoficzny - to jest konkretna sytuacja, kiedy siedzisz na warsztacie i prowadząca mówi 'skup się na oddechu, odsuń myśli' i ty dosłownie nie możesz tego zrobić bo twój układ nerwowy nie działa w ten sposób. I potem wychodzisz z poczuciem, że nie potrafisz medytować. A potrafisz - tylko nie tak.
Leokadia, a czy rozmawiałaś kiedyś z kimś prowadzącym taki warsztat po fakcie? Co mówili gdy tłumaczyłaś, jak to u ciebie działa?
No ale skąd mieliby tę wiedzę? To nie jest część standardowego szkolenia w żadnej tradycji. Chyba że ktoś świadomie to uzupełniał. Może problem jest bardziej systemowy - brak edukacji na tym poziomie.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie, może naiwne - czy jest w ogóle jakaś tradycja medytacyjna, która waszym zdaniem lepiej pasuje do autystycznego doświadczenia? Bo Leokadia mówiła o monotonnym śpiewie, sortowaniu, powtarzalności - i mi to brzmi trochę jak niektóre praktyki kontemplacyjne, bardzo ustrukturyzowane, z powtórzeniami.
Leokadia, coś mnie zastanawia w tej predyktywności o której mówisz. Czyli twierdzisz, że im bardziej ustrukturyzowana praktyka, tym łatwiej? Bo to by tłumaczyło dlaczego te luźne, 'organiczne' prowadzenia medytacji mogą być taką barierą. Ale czy to zawsze tak działa, czy zależy od dnia, od stanu układu nerwowego?
Zależy od dnia zdecydowanie. Kiedy jestem już przeciążona, potrzebuję maksymalnej przewidywalności - wtedy ta sztywna struktura jest zbawienna. Kiedy jestem w miarę wyregulowana, mogę sobie pozwolić na coś bardziej otwartego. Problem polega na tym, że warsztaty nie pytają cię przed wejściem jak się czujesz i nie dostosowują programu do stanu uczestników.
To co Leokadia opisuje brzmi trochę jak potrzeba regulacji wejścia, zanim w ogóle zacznie się praktyka. Że warunek wstępny jest inny. Zastanawiam się, czy to specyficznie autystyczne, czy może po prostu bardziej widoczne, bo u osób neurotopowych jakoś się samo reguluje nieświadomie przed sesją?
Słuchajcie, chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Leokadia mówi o tym, że jej układ nerwowy potrzebuje innego wejścia w stan medytacyjny, a nie że nie może wejść w ten stan w ogóle? Bo to jest dość istotna różnica i mam wrażenie, że przez kilka postów trochę to mieszamy.
Ta metafora z drogowskazem jest świetna. I teraz pytanie do reszty - czy ktoś tutaj wie o jakichś zasobach, praktykach, podejściach, które naprawdę biorą pod uwagę tę różnicę? Nie 'każdy w swoim tempie', ale faktycznie inne wejście?
