Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz, może Leszczynka albo ktoś kto praktykuje dłużej odpowie - czy ta większa łagodność wobec siebie z czasem rozlewa się też na innych? Czy raczej to są osobne rzeczy?
To co Leszczynka mówi o rozlewaniu się łagodności na innych bardzo mi się zgadza. Zastanawiam się tylko - czy to jest tak, że naprawdę zmieniamy nasze reakcje, czy może po prostu przestajemy je tak mocno przeżywać? Bo to dla mnie dosyć istotna różnica.
To ciekawe rozróżnienie, Anastazjo. Z tego co wiem, badania nad medytacją compassion pokazują że chodzi raczej o pierwsze - zmiana w samym procesie oceniania, nie tylko wyciszenie reakcji. Ale tu chętnie posłucham kogoś z własnym doświadczeniem, bo teoria teorią.
Wracając do tego co Anastazja pytała - u mnie to nie było wyciszenie. Jakby... zanim zaczęłam praktykować, kiedy ktoś mi robił coś głupiego, to od razu wewnętrznie oceniałam tę osobę. Teraz jest chwila między bodźcem a reakcją i w tej chwili pojawia się coś w stylu 'no cóż, pewnie ma swój powód'. Nie wiem czy to medytacja, ale wcześniej tego nie było.
Ja nie jestem na etapie żeby zauważać takie subtelne zmiany wobec innych, ale to co Leszczynka opisuje brzmi jak to o czym czytałam - jakaś pauza między myślą a reakcją. Czy to od razu się pojawia czy to przychodzi dopiero po dłuższym czasie praktyki?
A ja mam takie praktyczne pytanie - te wasze zmiany w relacjach z innymi ludźmi, to rozumiecie. Ale czy ktoś zauważył zmianę w tym jak reaguje na swoje własne błędy? Bo to jest mój konkretny problem - jak coś sknociłam to nie mogę przestać o tym myśleć.
To ciekawe co Runolog mówi o regularności, bo ja właśnie mam problem z wytrwaniem. Zaczynam z zapałem, kilka dni i potem mi odpada. Czy macie jakiś trick na to żeby nie rzucać?
Ja siedzę na łóżku z poduszką pod plecami i nikomu to nie przeszkadza. Nie ma chyba jednej właściwej pozycji. Chociaż jak jest mi za wygodnie to zasypiام...
Wrocene do tego co Anastazja pytała - czy ta łagodnosc na innych sie przenosi. Bo u mnie zona mowi ze jestem spokojniejszy, ale ja sam nie wiem czy to spokój czy po prostu mi sie odechciewa reagowac. Czy to roznica?
To co Leszczynka opisuje z tą pauzą - chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czy to znaczy że w momencie kiedy ktoś cię zdenerwuje, to zanim się odzywasz, pojawia się jakaś wewnętrzna przestrzeń? Bo brzmi to dość abstrakcyjnie, nie wiem czy bym to w ogóle zauważyła u siebie.
Tak właśnie. Nie jest to coś spektakularnego, bardziej takie... ułamek sekundy kiedy możesz wybrać co zrobisz. Wcześniej u mnie tej opcji w ogóle nie było, reakcja była automatyczna. Ciężko to opisać słowami, szczerze.
Ale żeby do tego dojść to trzeba dużo ćwiczyć tę konkretną medytację miłości do siebie, czy ogólnie jakąkolwiek medytację? Pytam bo sama siedzę bardziej przy medytacjach z oddechem i zastanawiam się czy to daje podobny efekt.
Dobra, ale ja mam głupie pytanie - ta medytacja miłości do siebie, to co się właściwie robi w jej trakcie? Bo jak słyszę 'miłość do siebie' to nie wiem czy trzeba coś wizualizować, coś powtarzać, czy po prostu siedzieć i myśleć życzliwie o sobie?
Ja robiłem te frazy i szczerze to na poczatku czulem sie glupkowato. Jakbys sam do siebie mowil komplementy na glos. Czy to normalne ze na poczatku to troche dziwne?
No właśnie, ten opór to mój główny problem. Jak zaczynam te frazy to zaraz w głowie pojawia mi się głos który mówi 'tak, jasne, ale coś ty takiego zrobiłaś że zasługujesz na takie słowa'. I siedzę potem i zamiast medytować to kłócę się sama z sobą w głowie.
A czy ktoś próbował z nagraniem prowadzonej medytacji właśnie dla samoacceptacji? Bo mi dużo łatwiej jak ktoś mnie przez to prowadzi głosem niż jak siedzę sama w ciszy i próbuję pamiętać co mam robić.
Przepraszam że się wtrącę do tej kwestii nagrań - czy macie jakiś sposób na to żeby sprawdzić że nagranie jest dobre a nie jakiś bełkot? Pytam bo kilka razy trafiłam na rzeczy które potem zostały skrytykowane przez znajomych że to nie prawdziwa medytacja.
Bardzo dziękuję za tę rozmowę bo tyle się nauczyłam czytając! Mam pytanko - czy ta medytacja miłości do siebie może pomóc też z takimi snami kiedy śni ci się że coś robisz źle albo że inni cię oceniają? Bo mam wrażenie że to co jest w głowie na jawie przechodzi potem do snów.
Dzidka, nie wiem czy mogę odpowiedzieć konkretnie o snach bo to trochę inna dziedzina, ale sama zauważyłam że jak zaczynam wieczorną medytację, to sny są spokojniejsze ogólnie. Czy to związek przyczynowo-skutkowy, nie wiem. Ale kilka osób mi mówiło coś podobnego.
Dzidka, ja też mam te sny z oceanianiem i też sie zastanawiam czy medytacja cos z tym robi. Ale mam pytanie do wszystkich - jak robicie te wieczorne medytacje to ile przed snem? Bo nie wiem czy zaraz przed zasnieciem czy z jakimś odstępem.
Mam wątpliwość co do tego wieczornego rytmu przy medytacji z miłością do siebie. Mnie ona działa lepiej rano, kiedy umysł jest świeży i ten wewnętrzny krytyk jeszcze się nie rozgrzał na dobre. Wieczorem to już mam tyle myśli z dnia że ciężej mi się skupić na czymkolwiek pozytywnym.
Hej, wracajac do tego co mowilem wczesniej o poczuciu glupkowatosci przy tych frazach - Leszczynka napisala ze to normalnie i ze to mija. Ale mam pytanie: czy ten moment kiedy przestaje byc sztuczne to taki wyrazny moment kiedy nagle czujesz ze to prawda, czy raczej jakos po cichu przestajesz sie nad tym zastanawiac?
A można w ogóle zapytać jakie to są te frazy? Bo cały czas o tym mówicie ale ja nie wiem co konkretnie się powtarza. Czy to są jakieś ustalone zdania czy każdy sobie układa własne?
Słuchajcie, wróćmy na chwilę do tej kwestii wewnętrznego krytyka bo Apolonka opisała to tak dobrze że się rozpoznałam. U mnie ten głos nie mówi że nie zasługuję - on raczej mówi że to co robię to jakiś new age i nie ma sensu. I nie wiem jak z tym pracować.
Ja miałam coś podobnego i mi pomogło nagranie właśnie dlatego że kiedy jest głos z zewnątrz to mam na czym się skupić zamiast na własnych myślach. Sylwunia, próbowałaś z nagraniem akurat w tych momentach kiedy ten krytyk wchodzi?
Słucham tej rozmowy i mam jedno zastrzeżenie. Dużo mówicie o narzędziach - nagrania, frazy, rano czy wieczór - ale mam wrażenie że pomijamy coś podstawowego. Ta medytacja na miłość do siebie działa tylko jeśli w ogóle chcesz siebie polubić. I nie mówię że ktoś tu nie chce, ale widzę że część z was siedzi i walczy z oporem a potem pyta o lepsze nagranie zamiast zapytać skąd ten opór w ogóle.
I nie mówię że ktoś tu jest w złej wierze - ale martwi mnie trochę że skupiamy się na technikach zanim w ogóle zapytamy siebie: czy ja naprawdę chcę siebie zaakceptować? Bo czasem jest w tym jakiś opór którego frazy nie przeskoczą.
