To co mówi kuzynka Telieny jest interesujące z jeszcze jednego powodu - że to zapamiętała po tylu latach i nadal używa. Ale ile osób z tej klasy już tego nie robi i w ogóle nie pamięta? Bo to jest problem z anegdotycznymi przykładami - pamiętamy tych co im coś dało, a ci dla których to było obojętne po prostu milczą.
Tylko że szkoła od zawsze wkracza w obszar emocji dziecka - oceny, stres przed sprawdzianem, relacje z rówieśnikami. Jeśli już i tak to robi, to może lepiej żeby to robiła świadomie i z jakimś sposóbm niż żeby udawała że emocje nie istnieją? To chyba jest argument za, nie przeciw.
Mam takie wrażenie że ta rozmowa cały czas chodzi wokół pytania kto ma prawo i kompetencje żeby to prowadzić, a nie tyle czy to samo w sobie jest bezpieczne. Może warto by to rozdzielić? Bo moje pytanie na początku było o bezpieczeństwo dla dziecka, a kończymy na kwestii szkolenia nauczycieli i zgody rodziców.
Filomena ma rację i chyba właśnie w tym tkwi sedno. Dla mnie medytacja z córką w domu jest bezpieczna bo jestem obok, znam ją, mogę zareagować. Ta sama technika w klasie trzydziestu dzieci z nauczycielem który nie jest na to przygotowany - nie wiem czy bezpieczna. Więc odpowiedź brzmi: technika jest neutralna, kontekst decyduje o tym czy jest bezpieczna. I to chyba jest odpowiedź na tytuł tego wątku.
To co Wiciokrzew napisała na końcu chyba najlepiej to ujmuje - ta sama technika, dwa różne konteksty, dwa różne poziomy bezpieczeństwa. Ale zastanawiam się czy to w ogóle jest specyficzne dla medytacji, czy dotyczy wszystkich praktyk wymagających pewnej wrażliwości. Bo przecież czytanie w grupie też może być stresujące dla jednego dziecka a neutralne dla innego.
Mam pytanie może trochę z innej strony - czy ktoś z was w ogóle medytował jako dziecko, bez żadnej formalnej nauki, po prostu sam z siebie? Bo ja pamiętam że jako mała siedziałam czasem przy oknie i 'patrzyłam w nicość' i nikt mi nie mówił że to coś szczególnego. Zastanawiam się czy dzieci nie robią czegoś podobnego naturalnie.
Och, ja też miałam takie miejsce! Pod schodami u babci. Teraz się zastanawiam czy to dlatego medytacja zawsze mi przychodziła w miarę naturalnie. Ale Filomena ma rację - tamto nikt mi nie kazał robić. To była moja decyzja i mój czas. To chyba ważne.
To co mówicie o spontanicznej ciszy u dzieci jest ciekawe ale nie przekonuje mnie że formalna medytacja jest tym samym. Siedzenie za szafą i słuchanie własnego oddechu w klasie z instrukcją i oceną otoczenia - to są różne rzeczy. W jednym dziecko ma pełną kontrolę, w drugim nie ma żadnej.
Mam to teraz zapisane w notatce bo to mi się wydaje ważne kryterium - ćwiczenia z otwartymi oczami kontra zamkniętymi. Czy są inne takie konkretne wskaźniki które odróżniają bezpieczniejszy program od tego który może być problematyczny? Bo szukam czegoś co mogłabym sprawdzić zanim się zgodzę albo nie.
Wiek to na pewno coś ważnego ale ja myśle że dojrzałość emocjonalna jest ważniejsza niż metryka. Znam dorosłych którym pewne techniki by zaszkodziły i znam dzieci które są niesamowicie świadome siebie. To nie jest prosta linia wiekowa.
Ale jak szkoła ma ocenić dojrzałość emocjonalną każdego dziecka przed ćwiczeniem? To nie jest realne w klasie trzydziestu osób. Może właśnie dlatego wiek jest lepszym kryterium - niedoskonałym, ale przynajmniej praktycznym?
To brzmi rozsądnie ale mam pytanie do tego - czy 'bezpieczne dla szerokiego spektrum' to nie jest po prostu mało skuteczne dla kogokolwiek? Bo jeśli idziemy na jak najmniejszy wspólny mianownik to może zostać coś tak łagodnego że nie robi żadnej różnicy?
No właśnie to jest pytanie które mnie nurtuje od początku tej rozmowy - w którym momencie ćwiczenie oddechowe staje się medytacją? Czy to zależy od intencji prowadzącego, od tego jak to nazwiemy, od tego co dziecko przeżywa w środku? Bo jeśli to tylko kwestia nazwy to cała ta debata jest trochę o słowach.
Ale czy to nie jest trochę takie omijanie problemu przez zmianę etykietki? Jakby mówiąc dzieciom 'to nie jest medytacja, to tylko oddychanie' unikamy rozmowy o tym czy medytacja jest w szkole w porządku czy nie. Może lepiej byłoby powiedzieć wprost co się robi i dlaczego, niż chować to pod neutralną nazwą?
Zmienia, i to sporo. Jeśli ukrywamy przed dzieckiem co naprawdę robimy, to odbieramy mu możliwość świadomej zgody. Dziecko ma prawo wiedzieć że ktoś go uczy pewnej praktyki, nawet jeśli ta praktyka jest łagodna. Przezroczystość to nie jest detal.
Mam w notatkach że ktoś wcześniej wspominał o kryteriach bezpiecznego programu. Czy brak informowania rodziców byłby jednym z sygnałów ostrzegawczych? Bo to mi się wydaje dość oczywiste - jeśli szkoła ukrywa że wprowadza jakieś ćwiczenia wyciszające, to coś jest nie tak niezależnie od tego czy sama technika jest bezpieczna.
Właśnie o to mi chodziło kiedy pisałam wcześniej o moich dzieciach. Nie chodzi o to że jestem przeciwna - po prostu chciałabym wiedzieć. Jak dziecko wraca do domu i mówi 'robiliśmy dziś dziwne ćwiczenia z oddychaniem i miałam zamknąć oczy i myśleć o niczym' to chcę rozumieć co to było i czy to normalne. Czy to jest nieracjonalne z mojej strony?
Właśnie to mi sie wydaje kluczowe - czy prowadzący potrafi powiedzieć po ludzku co robi i jaki efekt chce osiągnąć. Jak zaczyna mówić mgliście albo nie chce odpowiadać na konkretne pytania, to jest sygnał niezależnie od tego co twierdzi że ta technika robi. To dotyczy zresztą nie tylko szkół ale też wszelkich kursów dla dzieci.
Wróćmy na chwilę do wieku bo Dadzbog wcześniej to poruszył i myślę że nie dokończyliśmy tego wątku. Jeśli przyjmiemy że proste ćwiczenia oddechowe są bezpieczne dla szerokiego spektrum dzieci, to od którego momentu zaczynamy mówić o technikach które wymagają większej ostrożności? Czy to jest kwestia konkretnych ćwiczeń, czy jednak wieku, czy czegoś innego?
Sugestywność to jest słowo klucz. Oddech to fakt fizyczny - czujesz jak wchodzi i wychodzi. Wizualizacja z narratorem to jest ktoś kto wchodzi do twojego obrazu wewnętrznego i nim kieruje. To jest fundamentalna różnica jeśli chodzi o kto ma kontrolę nad tym co się dzieje.
O, tego wcześniej nie pomyślałam a teraz kiedy Jacek to tak ująl to ma sens. Mój syn raz wrócił z jakiegoś warsztatu i powiedział że 'nauczycielka powiedziała mi żebym wyobraził sobie że jestem drzewem i czuję ziemię'. I on to zrobił i podobało mu się. Ale faktycznie - to był jej obraz, nie jego.
Zapisałam sobie dwa kryteria które wyłoniły się z tej rozmowy: kontrola po stronie dziecka versus po stronie prowadzącego, i możliwość wyjścia bez presji. Czy są jeszcze inne które ktoś by dorzucił? Bo chcę mieć coś konkretnego do sprawdzenia jak będę oceniać program.
To co Marcysia pisze o czasie po ćwiczeniu to jest naprawde mądre i niedoceniane. Sama robiłam kiedyś medytacje z grupą dorosłych i zawsze najtrudniejsza część to było wyjście z tego - nie wejście. Dzieci pewnie tym bardziej potrzebują jakiegoś mostu powrotnego do normalności. Ciekawe czy szkoły w ogóle to uwzględniają w tych programach.
To co Wiciokrzew napisała o 'moście powrotnym' jest kluczowe i myślę że warto to rozwinąć. Bo ja się zastanawiam - co dokładnie powinno się dziać po ćwiczeniu z dziećmi? Czy wystarczy chwila ciszy, czy to musi być jakaś konkretna rozmowa? Bo widziałem różne podejścia i nie wiem które z nich faktycznie pomaga dziecku 'wylądować'.
Ale czy szkoła w ogóle ma zasoby żeby to dobrze przeprowadzić? Bo ja jak słyszę 'czas na rozmowę po ćwiczeniu' to wyobrażam sobie klasę trzydziestu dzieci i nauczyciela który ma dwadzieścia minut przed następną lekcją. To nie jest sytuacja w której można zadbać o każde dziecko z osobna.
No właśnie, to jest realna przeszkoda a nie teoretyczna. Jak uczyłam grupę dorosłych to po każdej medytacji mieliśmy przynajmniej kwadrans na rozmowę i czasem to był ważniejszy czas niż sama praktyka. W szkole tego po prostu nie ma. I to nie jest zarzut do nauczycieli - po prostu system nie jest na to zbudowany.
Czyli wychodzi na to że szkolna medytacja ma z zasady ograniczone warunki do tego żeby była przeprowadzona tak jak powinna? To może warto dorzucić do listy kryteriów: czy program jest dostosowany do realiów szkoły, a nie do warunków idealnych.
