Właśnie to jest ciekawe - że samo minęło po przerwie i rozmowie. Ale zastanawiam się czy to nie jest coś czego dzieci w szkole nigdy by nie powiedziały nauczycielowi. Bo 'nie wiem gdzie jest moje ciało' brzmi dla dziecka pewnie trochę głupio albo straszno.
No tak, ale wróćmy do pytania Igorka o tę 'neutralną' wersję medytacji dla szkół. Bo jeśli taka wersja istnieje - i może być prowadzona poprawnie - to może dyskusja nie powinna być czy szkoła ma to robić, ale jak i z jakimi zabezpieczeniami?
Ja słyszałam o szkołach w Skandynawii gdzie robią coś w stylu 'pauza uważności' - kilka minut ciszy i skupienia na oddechu, bez żadnego kontekstu duchowego. Podobno wyniki są dobre jeśli chodzi o koncentrację uczniów. Ale nie wiem czy to są twarde badania czy tylko anegdoty.
Dokładnie to samo mi chodzi po głowie. Każde badanie nad mindfulness dla dzieci które widziałam - a widziałam kilka - skupia się na pozytywnych efektach. Ale kto pyta dzieci rok po zakończeniu programu czy nadal medytują i jak się z tym czują? Tego nie wiem.
Wróćmy na chwilę do Wiciokrzew - bo jej historia z córką i tym 'odpływaniem' jest dla mnie kluczowa. Czy po tym zdarzeniu zmieniłaś coś w sposobie prowadzenia medytacji z nią? Czy robicie coś inaczej teraz?
Tak, zrezygnowałam z zamkniętych oczu całkowicie przynajmniej na razie. Robimy ćwiczenia z otwartymi oczami - skupianie wzroku na jednym punkcie, obserwowanie oddechu bez zamykania powiek. Córka mówi że tak jest jej lepiej i nie ma tego poczucia 'odpływania'. Może kiedyś wrócimy do zamkniętych oczu ale bez pośpiechu.
To jest bardzo konkretna adaptacja, dzięki. Nie wiedziałem że można medytować z otwartymi oczami w sposób który nadal jest skuteczny. Myślałem że to kluczowy element.
To może jest też coś dla szkół - jeśli w ogóle mają prowadzić cokolwiek podobnego, to z otwartymi oczami i bez nacisku na 'głębokie skupienie'. Bardziej jako chwila ciszy i spokoju niż formalna medytacja.
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale czy ktoś z was w ogóle zapytał dzieci co one o tym myślą? Bo rozmawiamy tutaj dużo o tym co rodzice czują, co szkoła robi, co badania mówią - a opinia samych dzieci jest raczej pomijana. A przynajmniej ja jej tu nie słyszę.
No i właśnie to mnie uderza najbardziej - mówimy o dzieciach, ale bez dzieci. Ktoś tu zapytał czy ktokolwiek w ogóle pyta same dzieci co o tym myślą i to jest chyba najważniejsza rzecz jaką tu powiedziano. Bo można mieć najlepiej zaprojektowany program, badania, adaptacje z otwartymi oczami - ale jeśli dziecko siedzi i czuje się niekomfortowo i nie wie jak to powiedzieć, to co nam z tego wszystkiego?
Właśnie to 'odpływanie' - moja córka ma osiem lat i naprawdę nie miała słów żeby to opisać inaczej. Dopiero jak ją zapytałam czy to było jak zasypianie czy jak coś innego, zaczęła mówić więcej. Myślę że dzieci potrzebują żeby dorosły im dał jakieś punkty odniesienia, ale nie sugerował odpowiedzi. To trudna sztuka.
To co mówisz o dawaniu punktów odniesienia bez sugerowania odpowiedzi - to brzmi prosto ale w praktyce jest strasznie trudne. Bo jak pytasz 'czy czułaś się jakbyś zasypiała?' to już sugerujesz. Jak inaczej to robiłaś? Bo naprawdę jestem ciekawa tej rozmowy z córką.
To jest piękna technika, ale pytanie czy każdy rodzic albo tym bardziej nauczyciel jest w stanie to zrobić spontanicznie. Bo chyba większość dorosłych zapytałaby po prostu 'czy w porządku?' i na tym by się skończyło. A potem by nie wiedziała że coś się działo.
No tak, ale to jest trochę okrężna droga. Szkolenie nauczycieli żeby umieli prowadzić medytację i żeby umieli rozmawiać z dziećmi o stanach wewnętrznych - to brzmi jak całkiem spory projekt. Pytam szczerze: czy jakaś szkoła w Polsce to kiedykolwiek zrobiła porządnie? Nie jakiś jednorazowy warsztat, ale prawdziwy program?
Och, ja mam coś do dodania! Moja kuzynka - ma teraz dwadzieścia trzy lata - mówiła mi że w podstawówce mieli coś takiego przez jakiś czas, jakieś ćwiczenia oddechowe. Ona to zapamiętała bardzo pozytywnie, mówi że do dziś czasem tak robi jak jest zdenerwowana. Ale to był chyba tylko jeden rok i potem zrezygnowali, nie wiem dlaczego.
Słuchajcie, a ja mam pytanie może trochę z boku - czy te ćwiczenia oddechowe które się robi w przedszkolach, no wiesz, 'dmuchamy na piórko', 'nadmuchujemy balon' - to też jest jakaś forma mindfulness? Bo jeśli tak, to może dzieci mają z tym kontakt dużo wcześniej niż myślimy i to nie jest żadna nowość?
Ale Igorek93 to jest właściwie odpowiedź na pytanie gdzie jest ta granica, prawda? Dmuchanie na piórko - okej. Obserwowanie własnych myśli - tu już trzeba uważać. Chodzi o ten moment kiedy prosimy dziecko żeby weszło do swojego wnętrza, a nie tylko żeby skupiło się na zewnętrznym działaniu.
I właśnie dlatego zaczęłyśmy z córką od takich zewnętrznych rzeczy - słuchanie dźwięków w pokoju, czucie podłogi pod stopami, patrzenie na płomień świecy. Dopiero potem, powoli, zaczęłyśmy mówić o tym co się dzieje w środku. I robiłyśmy to razem, ja też opisywałam co czuję, żeby nie czuła się sama w tej obserwacji.
To co opisujesz brzmi jak coś co powinno być w każdym poradniku dla rodziców którzy chcą wprowadzić dziecko w medytację. Masz gdzieś to spisane albo to jest coś co wymyśliłaś sama po drodze? Bo szczerze - ta rozmowa dała mi więcej praktycznych wskazówek niż pół roku czytania artykułów.
Dołączam się do tego - i wracając do tytułu tego wątku, bo chyba trochę od niego odpłynęliśmy: wydaje mi się że odpowiedź na pytanie 'czy to bezpieczne' nie jest 'tak' ani 'nie', tylko 'zależy jak'. I ta rozmowa chyba najlepiej pokazuje co to 'jak' oznacza w praktyce. Czy ktoś się z tym nie zgadza?
Zapisałam sobie tę obserwację Wiciokrzew o zewnętrznych punktach wyjścia - dźwięki, podłoga, świeca. I teraz myślę że to jest właściwie bardzo konkretna odpowiedź na pytanie tytułowe. Bezpieczne jest wtedy kiedy zaczyna się od zewnątrz i idzie do środka stopniowo, a nie od razu wrzuca dziecko w introspekcję. Ktoś to gdzieś tak wprost sformułował czy to jest moje własne podsumowanie tego co tu padło?
Ten trzeci mnie zastanawia. 'Przypomnij sobie coś miłego' - to brzmi niewinnie, ale co jeśli dziecko nie ma gotowego wspomnienia które jest jednoznacznie miłe? Albo co jeśli mu do głowy przyjdzie coś trudnego zanim znajdzie to miłe? To jest chyba bardziej ryzykowny punkt startowy niż słuchanie dźwięków, prawda?
Ale czy to znaczy że wszystkie techniki wizualizacyjne są ryzykowne dla dzieci? Bo ja kojarzyłam że właśnie wizualizacje - bezpieczne miejsce, ulubiony kąt - są polecane jako coś łagodnego. Teraz nie wiem co o tym myśleć.
To jest chyba największy problem z całą tą dyskusją o szkołach - że te same słowa mogą oznaczać zupełnie różne rzeczy zależnie od tego kto to prowadzi. Jak rodzic albo dyrektor słyszy 'medytacja w szkole' to nie wie czy chodzi o pięć minut ciszy z oddechem czy o głęboką wizualizację. I może dlatego reakcje są albo za bardzo entuzjastyczne albo za bardzo panikowe.
Moje dzieci chodzą do dwóch różnych szkół i żadna nie wysłała czegoś takiego. Raz była jakaś krótka wzmianka w gazetce szkolnej że będą 'ćwiczenia wyciszające przed sprawdzianem' i tyle. Nie wiem co to dokładnie znaczyło, dzieci powiedziały że siedzieli cicho przez chwilę.
To właśnie ten brak komunikacji jest moim zdaniem większym problemem niż sama medytacja. Jeśli szkoła coś robi z dziećmi - nawet rzecz absolutnie niewinną - a rodzic się o tym dowiaduje od dziecka po fakcie, to już jest kłopot. Nie dlatego że to złe, tylko dlatego że rodzic nie może być partnerem w tym procesie. A my wcześniej tu gadałysmy o tym że obecność rodzica albo chociaż wspólna rozmowa po tym ma znaczenie.
Zapytałam kuzynkę! Odpisała mi dziś wieczorem. Mówi że to były konkretnie ćwiczenia oddechowe, nie medytacja jako taka - nauczycielka mówiła 'wdech cztery sekundy, zatrzymaj, wydech'. Robiły to przed klasówkami. Kuzynka pamięta że bardzo jej to pomagało i że nikt nigdy nie pytał o zgode rodziców ani nic nie tłumaczył. Po prostu było.
