To jest bardzo trzeźwa obserwacja i właściwie trochę zmienia moje myślenie o tym temacie. Do tej pory oceniałem techniki same w sobie, ale warunki w których są stosowane to zupełnie oddzielna zmienna. Ta sama technika może być bezpieczna w gabinecie terapeutycznym i ryzykowna w sali lekcyjnej.
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale właśnie przypomniałam sobie że moja córka wróciła raz z lekcji i powiedziała że 'pani kazała im siedzieć w ciszy i nic nie myśleć i ona się bała'. Czy to mogła być jakaś forma medytacji? I czy to że się bała jest sygnałem że coś poszło nie tak, czy to normalna reakcja?
Właśnie się zastanawiam - czy istnieje coś takiego jak przeciwwskazania do medytacji u dzieci? Bo u dorosłych wiem że mówi się na przykład o ostrożności przy depresji czy traumie. A u dzieci? Czy prowadzący w szkole w ogóle o tym myśli?
Skoro już mamy listę kryteriów i przeciwwskazania - to może ktoś powie wprost: czy medytacja dla dzieci jest bezpieczna czy nie? Bo ta rozmowa toczy się od bardzo dawna i mam wrażenie że krążymy wokół odpowiedzi nie dając jej wprost.
Myslę że Czaromira chce prostej odpowiedzi ale ta prosta odpowiedź po prostu nie istnieje. 'Medytacja dla dzieci' to nie jest jedna rzecz. Proste oddychanie z uważnością - tak, bezpieczne dla większości dzieci. Prowadzona wizualizacja z sugestywnym prowadzącym bez przygotowania rodziców i bez możliwości wyjścia - już dużo mniej. To naprawdę zależy od tego co konkretnie.
Zgadzam się z tym co napisała Wiciokrzew i mam teraz pytanie do całej grupy: czy zebrałyśmy wystarczająco dużo kryteriów żeby ktoś kto przyjdzie do tego wątku po raz pierwszy mógł samodzielnie ocenić program który ma przed sobą? Bo to byłoby chyba najlepsze co możemy tu zrobić.
Tylko że to wymaga zupełnie innego podejścia niż standardowe lekcje. W szkole prawie wszystko jest obowiązkowe. Jeśli nagle coś jest opcjonalne, dzieci mogą traktować to jako przerwę a nie praktykę. I nie wiem czy to problem czy nie.
Ja widziałam jak to działa w praktyce na obozie, nie w szkole, ale grupa mieszana wiekowo. Prowadząca na początku mówiła wyraźnie: możecie uczestniczyć, możecie obserwować, mozecie rysować cicho. I przez cały czas nikt nikomu nie przeszkadzał. Ale to była naprawdę dobra prowadząca i mała grupa.
No właśnie - mała grupa. Ile osób liczyła ta grupa? Bo to chyba robi całą różnicę i cały czas mówimy o szkole jakby każda klasa miała piętnaście osób.
Mój syn chodzi na jakieś zajęcia z jogi dla dzieci poza szkołą i tam właśnie tak to wygląda - nikt nie zmusza, każdy robi tyle ile chce. I wraca zadowolony. W szkole chyba nigdy by tak nie było bo on strasznie reaguje na ocenianie.
Myślę że warto. I to jest właśnie ten punkt który powinien być na liście kryteriów - nie 'czy prowadzący ma kurs' ale 'jaki konkretnie kurs i czy obejmował pracę z dziećmi w trudnych sytuacjach'. Bo kursy są bardzo różne.
Ale jak rodzic ma to sprawdzić? Nie wyślę dziecka na zajęcia i zanim zapiszę będę odpytywać prowadzącego z programu kursu który skończył? Trochę to nierealne. Czy jest jakiś prostszy sposób żeby ocenić czy komuś można zaufać?
