Chroniło. Mechanizmy obronne zawsze czemuś służą. Pytanie czy wciąż służą temu samemu celowi, czy może sytuacja, która je wywołała, już dawno minęła, a one zostały. I właśnie to może medytacja pomaga sprawdzić.
I wracając do pytania z tytułu - to chyba jest jeden z powodów, dla których medytujący wyglądają na 'bardziej emocyjnych'. Bo nagle to ciało i reszta zaczynają aktualizować informacje, które głowa miała od dawna. I to wychodzi na zewnątrz.
Przepraszam że wchodzę bo czytałam tę rozmowę od początku i mam pytanie - czy ta synchronizacja o której mówi Seba to coś, co czuć w trakcie medytacji, czy raczej potem, w codziennym życiu?
I chyba właśnie to jest odpowiedź na pytanie Wahadlarki z początku. Nie 'czy medytujący są bardziej emocyjni', tylko czy są bardziej obecni w swoich emocjach. A to wygląda inaczej z zewnątrz niż czuje się od środka.
To co napisała Cykoria jakoś mnie zatrzymało. 'Bardziej obecni w swoich emocjach' - to jest inne niż 'bardziej emocyjni'. Ale czy to nie wychodzi na to samo z zewnątrz? Bo jeśli ktoś obserwuje mnie i widzi, że płaczę na filmie, który wcześniej mnie nie ruszał, to dla niego jestem bardziej emocjonalna. Niezależnie od tego, jak to czuję od środka.
No tak, ale chyba chodzi o to, żebyśmy my sami wiedzieli, co się dzieje, a nie żebyśmy wyglądali konkretnie dla otoczenia. Choć rozumiem, że to ważne - bo to otoczenie potem pyta 'co ci jest'.
Skąd wiadomo - to jest dobre pytanie. Chyba po tym, czy te reakcje są dla ciebie zrozumiałe, gdy się pojawiają. Płakanie na filmie może być uwalnianiem czegoś, co czekało. Ale może też być znakiem, że jesteś przeciążona. Różnica jest w tym, jak się czujesz po, nie w trakcie.
Ja bym tu dorzuciła jeszcze jeden sygnał - czy masz poczucie, że masz nad tym jakąś kontrolę. Tzn. nie kontrolę w sensie 'zatrzymuję emocje', ale że jesteś w stanie usiąść z tym, co czujesz, bez uciekania. Bo jak nie masz żadnej kotwicy, to może to być za szybko.
To co Feliks opisuje to chyba jeden z bardziej podstępnych etapów praktyki. Bo wyglądasz spokojnie, może nawet sam wierzysz, że jesteś spokojny, a potem coś małego puszcza wszystko naraz. I to właśnie jest moment, kiedy można pomyśleć, że medytacja 'nie działa' albo 'zepsuła' coś.
oj tak właśnie to miałam. coś małego i boom. myślałam ze zwariowałam. i wtedy przestałam medytować na jakis czas bo się boiłam
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się - czy jest jakiś sposób, żeby w ogóle się do tego przygotować? Tzn. zanim zacznie się wychodzić coś dużego. Czy to jest w ogóle możliwe?
To z tą kotwicą brzmi sensownie. Ja miałam okres, że wstawałam z medytacji i od razu wpadałam w codzienność - telefon, obowiązki - i teraz widzę, że to mogło być właśnie ucieczką przed tym, co wychodziło. Jakby przeskakiwałam przez moment, który był ważny.
