Zaczęłam od prostego pytania do siebie: co to właściwie znaczy 'obserwować myśl'? Bo przez długi czas myślałam, że medytacja to wyciszenie głowy, zero myśli, cisza. A potem gdzieś przeczytałam o tym, że chodzi raczej o dystans - że myśl się pojawia, ale ty jej nie gonisz. I to mi trochę zmieniło perspektywę. Tylko że w praktyce to jest znacznie trudniejsze niż w teorii. Siedzę, pojawia się myśl o pracy, i zanim się zorientuję, już jestem w środku scenariusza na jutro. Ktoś tutaj wypracował jakiś sposób na to, żeby faktycznie zostać obserwatorem, a nie uczestnikiem własnych myśli?
Mnie też to dotyczy. Niby wiem że mam 'patrzeć' na myśl, ale jak? Przez chwilę mi to wychodzi i zaraz znowu wciągam się w jakieś rozkminy. Czytałam że chodzi o to żeby traktować myśli jak chmury na niebie - przychodzą i odchodzą. Ale u mnie te chmury jakoś bardzo się przyklejają 🙂
To z tymi chmurami brzmi pięknie na papierze, ale Genowefka67 masz rację że w praktyce to nie działa tak gładko. Ja próbowałam też wyobrażać sobie myśli jako liście płynące po rzece, tak jak się gdzieś czyta. I trochę mi to pomagało, ale głównie na początku sesji. Potem i tak odpływałam razem z tym liściem 🙂 Ciekawi mnie jedno - czy ten dystans do myśli w ogóle da się 'wypracować', czy to raczej przychodzi samo z czasem?
Wtrącę się bo to jest temat bliski mi ostatnio. Chodzę na warsztaty czakrowe i tam prowadząca mówi, że problem z obserwowaniem myśli często wynika z tego, że czakra korony albo trzecia czakra oka nie jest dostatecznie otwarta - i że przez to nie mamy tego 'wyższego spojrzenia' na własny umysł. Zastanawiam się czy ktoś to wiąże z pracą na czakrach albo z jakąś energetyczną przyczyną tego, że się utożsamiamy z myślami?
Słucham tej rozmowy z ciekawością, bo sama na co dzień zupełnie inaczej podchodzę do ezoteryki. Ale to pytanie o dystans do myśli jest dla mnie ciekawe nawet poza kontekstem duchowym. Bo przecież to samo zjawisko opisują psychologowie, nie tylko medytacyjni nauczyciele. Zastanawia mnie - jak wy w praktyce rozróżniacie moment, gdy jesteście obserwatorem, od momentu gdy już jesteście 'wciągnięci'? Czy jest jakaś wyraźna granica, czy to raczej spostrzegacie po fakcie?
To co Sigilia napisała o 'momencie powrotu' - to mi trafia. Bo też miałam przez długi czas poczucie winy gdy się 'zgubiam' w myślach. A może to jest właśnie sedno, że zauważanie że odpłynęłam to jest ta uważność? Tylko że mam pytanie - co robić zaraz po tym zauważeniu? Wracać do oddechu, czy po prostu znowu patrzeć bez oceniania?
To jest naprawdę ważne rozróżnienie. Oddech jako kotwica to technika konkretna - masz punkt odniesienia, do którego wracasz. To dobrze działa zwłaszcza na początku, bo daje umysłowi coś namacalnego. Natomiast to 'bycie tu i teraz bez wracania' to bardziej zaawansowana postawa, gdzie kotwicą jest sama świadomość, nie obiekt. Dla mnie osobiście oddech był kluczowy przez długi czas, dopiero potem zaczęłam rozumieć to bez kotwicy. Milenka04 może po prostu jesteś w etapie, gdzie oddech jest pomocniejszy?
Ciekawe to z tym oddechem. Mam pytanie do Dziedzilii i w ogóle do wszystkich - czy wy wtenczas skupiacie się na samym odczuciu fizycznym oddechu, czy bardziej na rytmie, czy może na czymś innym? Bo ja próbowałam kilku sposobów i nie wiem który jest 'właściwy', jeśli w ogóle taki jest.
Nie ma jednego właściwego sposobu, to chyba pierwsza rzecz którą warto przyjąć. Widziałam to na różnych warsztatach - ktoś świetnie skupia się na klatce piersiowej, ktoś inny na nostrylach, ktoś na brzuchu. To nie jest ważne gdzie, ważne że wracasz. Ale wracając do głównego tematu - dystans do myśli - mam wrażenie że tu rozmawiacie o technikach, a nie o samej naturze tego dystansu. Bo mnie bardziej ciekawi: czym w ogóle jest ten 'obserwator'? Kto obserwuje myśli?
To pytanie mnie bardzo... hmm, bardzo mnie wciąga 🙂 Bo z perspektywy czakrowej mówiłoby się że obserwator to wyższe ja albo nadświadomość. Ale rozumiem że to może nie każdemu odpowiadać. Alinka jak ty to interpretujesz poza kontekstem ezoterycznym? Ciekawi mnie twój punkt widzenia skoro podchodzisz do tego bardziej sceptycznie.
Lubię tę odpowiedź Alinki, bo jest uczciwa. Ja przez dłuższy czas szukałam jakiejś jednej spójnej teorii - raz szłam w stronę buddyjską, raz w energetyczną. Teraz mam do tego spokojniejsze podejście - praktyka mi pokazuje że coś działa, niekoniecznie muszę wiedzieć dlaczego. Ale to pytanie Florki o to 'kto obserwuje' jest dla mnie ważne. Bo gdy medytuję i pojawia się myśl, i nagle jest chwila, gdy jakby cofam się o krok od tej myśli - to co to jest? Nie potrafię tego nazwać inaczej niż że 'coś się rozluźnia'.
Czytam was od początku i mam dość proste pytanie, może głupie ale zapytam - czy ten dystans do myśli to samo przychodzi z czasem jak się regularnie medytuje, czy trzeba jakoś specjalnie tego szukać? Bo ja próbuje medytować od paru miesięcy ale jakoś nie czuje żebym robiła postępy w tym 'obserwowaniu'. Siedzę, oddycham, i mysli leca jedna za drugą i nic 🙂
Mnie też zastanawia to pytanie Edytki. Chyba przez długi czas szukałam jakiegoś wyraźnego progu, po przekroczeniu którego wiadomo 'a, mam już ten dystans'. I chyba takiego progu nie ma, przynajmniej u mnie nie było.
O ten ułamek sekundy - tak! Właśnie tak to u mnie wygląda. I za każdym razem jestem trochę zaskoczona, jakby to był niespodziewany gość. Nie wiem czy to 'ten' dystans o którym mówią nauczyciele medytacji, ale coś tam jest.
Właśnie to opisywanie 'ułamka sekundy' jest mi bardzo bliskie. Notowałam to sobie przez jakiś czas i widziałam, że te przerwy się wydłużają - nie dramatycznie, ale jednak. Problem był taki, że jak tylko zaczęłam je zauważać i się z nich cieszyć, to... przestawały się pojawiać. Jakby samo zwracanie uwagi na efekty psuło efekty.
a to jest tak denerwujące, tak? Bo z jednej strony chcesz śledzić postępy, a z drugiej to śledzenie samo w sobie staje się myślą, w którą się angażujesz. Czy próbowałaś przestać notować i zobaczyć co się dzieje?
Ja mam takie skojarzenie z tym co Sigilia opisuje - prowadząca na warsztatach mówiła że obserwowanie własnych postępów to też forma przywiązania do ego i że właśnie to blokuje. Że jak przestajemy mierzyć, to coś się rozluźnia. Nie wiem czy to prawda, ale jakoś mi to siedzi.
Nie wiem czy umysł 'wie' w tym sensie, ale coś w tym jest. Jak za bardzo starasz się być spokojną, to spokój ucieka. Chyba każdy to zna z doświadczenia, nie trzeba teorii żeby to poczuć.
Czyli to jest trochę jak z zasypianiem? Jak bardzo chcesz zasnąc to nie możesz, a jak przestajesz się starac to samo przychodzi? Tak mniej więcej to rozumiecie?
Ale jak to pogodzić? Bo z jednej strony mówi się 'praktykuj regularnie, ćwicz' a z drugiej 'nie staraj się za bardzo'. Czuję że te dwie rzeczy są w sprzeczności. Jak wy to u siebie rozwiązujecie?
To ma sens ale dla mnie najtrudniejszy jest właśnie ten moment kiedy już siedzę i zaczyna się ta 'nie kontroluj' część. Bo mój umysł i tak zaczyna oceniać czy dobrze nie kontroluje 🙂 Czy ktoś ma na to jakiś patent?
To jest właściwie odpowiedź na to o czym rozmawiałyśmy kilkanaście postów wyżej z Alinką, ten problem obserwatora obserwującego obserwatora. Bo w pewnym momencie ta spirala się zatrzymuje nie dlatego że ją przerwałaś siłą, tylko dlatego że po prostu... przestaje być ciekawa? Trudno to opisać.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie z zupełnie innej beczki - czy wasze znaki zodiaku mają coś wspólnego z tym jak łatwo wam przychodzi ten dystans? Bo słyszałam że znaki wodne mają łatwiej z tego typu praktykami wewnętrznymi, a znaki ognia bardziej walczą. Zastanawiam się czy to ma jakieś odzwierciedlenie w waszym doświadczeniu.
'Lepkie myśli' - o tak, to dobre określenie. U mnie też tak jest, przychodzi myśl i od razu ciągnie za sobą emocję, a emocja kolejną myśl i tak dalej. Jak wy w ogóle radzicie sobie z tą kleistością? Bo samo mówienie sobie 'to tylko myśl' jakoś nie wystarcza.
A to ciekawe bo właściwie to co opisuje Florka to jest reset, nie walka z myślą. I może właśnie o to chodzi w tym dystansie - nie o to żeby siedzieć i znosić, ale żeby w ogóle zmienić warunki? Tylko że to trochę brzmi jak uciekanie, nie?
To jest chyba jedno z trudniejszych pytań w tej praktyce. Notowałam to u siebie przez dłuższy czas i widziałam że czasem to samo działanie - czyli wstanie i przerwa - raz było ucieczką a raz faktycznym restem. Różnica była w intencji, ale intencję też można sobie opowiedzieć na wiele sposobów. Jak wy to w ogóle oceniacie u siebie?
Właśnie to mnie trapi od dawna, bo czytałam różne podejścia i jedni mówią 'siedź z trudną myślą do końca', inni mówią 'nie musisz być herosem, daj sobie przerwę'. I nie wiem komu wierzyć. A Sigilia - ta intencja, o której piszesz, da się w ogóle uczciwie ocenić w środku sesji?
