Mam taki problem, który pojawia się u mnie cyklicznie i nie wiem jak sobie z nim radzić. Chodzi o medytację w kontekście DOMS-u, czyli tego opóźnionego bólu mięśniowego po treningu. Wracam do regularnej praktyki fizycznej po dłuższej przerwie i co jakiś czas mam po prostu zakwasy w nogach, plecach, ramionach. Siedzenie w bezruchu przez 20-30 minut staje się wtedy nie praktyką, tylko walką z dyskomfortem. Próbowałem różnych pozycji, ale i tak po kilku minutach ból zaczyna dominować nad koncentracją. Ktoś miał podobnie i znalazł jakiś sposób na to, żeby nie rezygnować z medytacji na te kilka dni?
Znam to dobrze, sam przez to przechodziłem. Moim zdaniem kluczowa jest wtedy praca z czakrą podstawy i czakrą splotu słonecznego, bo przy bólu mięśniowym energy flow w tych punktach jest zablokowany. Jak skupisz oddech na tych obszarach, ból trochę odpuszcza. Przynajmniej u mnie tak działało.
O, ciekawy temat! Ja w sumie nie miałam z tym problemu od strony zakwasów, ale teraz jestem ciekawa - Ryszard, a skąd wiesz, że to akurat te czakry? Pytam serio, bo jak mnie coś boli, to zazwyczaj skupiam się na tym miejscu bezpośrednio, nie na jakimś centrum energetycznym.
Przepraszam że wchodzę, ale właśnie mam takie pytanie do Edka - czy medytacja w leżeniu jest w ogóle ok? Bo słyszałam, że się wtedy zasypia i to nie ma sensu. A przy zakwasach leżenie wydaje się logiczne.
Też mnie to interesuje. Leżenie mi się kojarzy z jogą nidra, ale nie wiem czy to to samo co medytacja. Może ktoś mi wyjaśni różnicę, bo trochę się gubię w tych pojęciach.
Mam w notatkach zapisany jeden sposób, który testowałem jakiś czas temu przy podobnej sytuacji. Nie przy zakwasach konkretnie, ale przy bólu pleców po pracy fizycznej. Zamiast walczyć z bólem podczas medytacji, próbowałem go obserwować jak obiekt. Tzn. nie 'mnie boli', tylko 'jest ból w lewym udzie, jest pulsujący, ma temperaturę'. To trochę jak skanowanie ciała, ale chodzi o oderwanie się od właściciela bólu. Nie wiem czy to jest metoda mindfulness czy coś innego, ale mi pomagało.
tak, i to kilka razy. Mam nawet notatkę, że w takich przypadkach pomagało mi cofnięcie uwagi do oddechu na chwilę, żeby 'zresetować' skupienie, a potem wracanie do bólu. Jakby robić to na zmianę zamiast tkwić przy bólu non stop.
A może po prostu nie medytować jak boli i tyle? Serio pytam. Jak ma boleć i nie działać, to po co? Czy jest jakiś konkretny powód, żeby nie zrobić przerwy na te 2-3 dni?
ja mam pytanei do Edka właściwie - czy próbowałeś meditować w wodzie? tzn w wannie? czytałam gdzieś że ciepła woda rozluznią misnienie i wtedy jest łatwiej siedziec spokojnie. nie wiem czy to ma podstawy ale może warto spróbować 🙂
Słyszałem o medytacji w wannie, ale chyba chodzi o takie flotation tanki, nie domową wannę. To zupełnie inna skala. W zwykłej wannie woda by ostygła, trzeba by uzupełniać, poza tym pozycja leżąca w wannie nie jest jakoś szczególnie wygodna dla kręgosłupa.
Wracając do tego co Zenek pisał o obserwowaniu bólu - mam pytanie, czy to nie jest trochę niebezpieczne? Mam na myśli, że ból jest sygnałem, że coś jest nie tak. Jak go ignorujemy przez obserwowanie, to czy nie przegapimy momentu kiedy coś naprawdę wymaga uwagi?
To co Zenek napisał o różnicy między obserwowaniem a ignorowaniem bólu ma sens, ale mam pytanie - jak praktycznie wygląda to 'cofanie się do oddechu' kiedy ból jest naprawdę intensywny? Bo rozumiem zasadę, ale wyobrażam sobie, że jak coś mocno boli, to oddech też bywa płytki i spięty. Czy wtedy oddech w ogóle działa jako kotwica?
Dodałbym do tego, że płytki oddech przy bólu to nie problem, tylko informacja. Jak zauważysz, że oddech się spłycił, to już jesteś świadkiem, a nie ofiarą sytuacji. Przynajmniej tak to u mnie działało. Chociaż przyznam, że przy zakwasach nóg to mi zajęło dobrą chwilę, żeby w ogóle dojść do tego miejsca.
Okej, czyli rozumiem, że nie chodzi o to, żeby oddychać jakoś specjalnie, tylko żeby w ogóle zauważyć, że się oddycha? Przepraszam za proste pytanie, ale chcę się upewnić, że dobrze to rozumiem.
Dobra, ale wróćmy do podstaw - Edek, ile czasu zajmuje ci teraz jedna sesja przy tych zakwasach? Bo rozmawiacie o technikach, ale nie wiem czy on medytuje 10 minut czy godzinę. To chyba robi różnicę, nie?
Dobre pytanie, powinienem był to powiedzieć wcześniej. Zazwyczaj siadam na 25-30 minut, ale przy zakwasach skróciłem do 15, żeby nie walczyć z bólem przez pół godziny. I to chyba był dobry ruch, bo te 15 minut dawało radę, a 25 kończyło się frustracją.
O, to ciekawe! Czyli skracanie sesji przy dyskomforcie jest okej? Zawsze miałam wrażenie, że jak skracam, to jakby odpuszczam. Ale może to nie to samo.
Właśnie czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie do Edka - czy ten powrót po przerwie, o którym pisałeś na początku, był powrotem po tygodniu, miesiącu? Bo to może zmieniać perspektywę na całą tę dyskusję. Zakwasy jako powód przerwy brzmią inaczej, jeśli była to przerwa dwutygodniowa, a inaczej jeśli kilkumiesięczna.
No to rozumiem, że ten dyskomfort był podwójny - i ciało odbudowywało się po przerwie od ruchu, i umysł od medytacji. Czy miałeś wrażenie, że te dwa powroty jakoś ze sobą kolidowały, czy raczej jeden pomagał drugiemu?
Szczerze? Trochę kolidowały. Ciało było tak zajęte regeneracją, że siedzenie w bezruchu z nim było dziwne. Ale z drugiej strony medytacja chyba trochę pomagała mi nie obsesyjnie monitorować każdego mięśnia, co przy powrocie do treningu bywa u mnie problemem.
Przepraszam, że się wtrącę, bo nie jestem ekspertem od medytacji - ale czy to możliwe, że te zakwasy przy powrocie do medytacji były nawet przydatne? Znaczy, dały ci jakiś konkretny obiekt do obserwacji zamiast błądzenia myślami. Takie pytanie z boku.
Czyli ból może paradoksalnie ułatwiać koncentrację? To brzmi trochę kontrlogicznie, ale rozumiem o co chodzi. Mnie przy zwykłej medytacji właśnie przeszkadza to, że za dużo myślę o wszystkim innym. Przy bólu przynajmniej jest coś konkretnego.
Tylko uważałabym z wyciąganiem z tego wniosku, że ból jest 'pomocny'. To działa w specyficznych okolicznościach i u konkretnych osób. Nie chciałabym, żeby ktoś stąd wyszedł z przekonaniem, że warto medytować akurat kiedy boli, bo to sprzyja praktyce. Edek opisuje jak sobie radzi, nie poleca metody.
Leko dobrze mówi, chociaż sama przyznam że jak mnie bolała głowa, to jakoś medytacja łatwiej mi szła bo miałam na czym się skupić 🙂 nie wiem czy to to samo co zakwasy ale trochę podobnie chyba
To wraca do tego, co pisałem kilka postów wyżej - u mnie skupienie na bólu go wzmacniało, nie wyciszało. Dlatego wolę tę technikę z naprzemiennym przechodzeniem na oddech. Głowobole to akurat przypadek, gdzie naprawdę ostrożnie z obserwowaniem, bo ból głowy reaguje na uwagę inaczej niż mięśniowy.
...reaguje na ból głowy inaczej niż na zakwasy, bo jest bardziej 'wewnętrzny'. Przy zakwasach obserwowanie mięśnia to obserwowanie czegoś z zewnątrz, jakby patrzył na ramię z boku. Przy głowobolu obserwator i obserwowany są w tym samym miejscu, co komplikuje sprawę.
Dobra, ale czy to nie jest przypadkiem tak, że wy wszyscy mówicie o medytacji jak o czymś, co trzeba specjalnie dopasowywać do rodzaju bólu? Bo ja rozumiem, że zakwasy to jedno, głowa to drugie, ale to brzmi jak ogromna komplikacja dla kogoś, kto po prostu chce zacząć.
