Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wrażenie że wy wszyscy operujecie pojęciami których ja po prostu nie mam. Obserwator, świadomość bez obiektu, ex post... Czy można to powiedzieć jakoś zwyczajniej? Co fizycznie się dzieje kiedy ktoś 'wychodzi z sesji i wie że czas był inny'?
Okej, to rozumiem. Ale czy to nie jest po prostu... zasypianie? Bo jak zasypiam to też nie pamiętam momentu zasypiania i też mnie zaskakuje że czas minął.
Ja też długo myślałam że po prostu zasypiam. Aż raz byłam na sesji z kimś doświadczonym i powiedział żebym obserwowała co dzieje się z ciałem przez całą sesję. I okazało się że ciało było bardzo obecne, czułam każdy oddech, po prostu umysł był gdzie indziej albo nigdzie. Tego nie ma przy zasypianiu.
To co mówi Pytonissa jest ważne z innego powodu. Bo wychodzi na to że wiele rzeczy w medytacji po prostu umyka dopóki nikt ci nie powie gdzie patrzeć. I czy to nie jest paradoks? Masz być uważna, a jednocześnie nie wiesz na co być uważna. Jak to w ogóle działa bez nauczyciela?
To jest stare napięcie między praktyką samodzielną a prowadzoną. Nauczyciel daje ramę pojęciową i to zmienia co zauważasz. Ale ta rama to też filtr. Pytanie czy lepiej mieć brudny filtr czy nie mieć żadnego. Wracając jednak do tematu Bernadetki - czy samo rozumienie że czas się rozciąga ma wpływ na to jak często to się zdarza? Albo jak głęboko?
Bernadetka, czy kiedykolwiek próbowałaś intencjonalnie wejść w taki stan? Czyli zamiast czekać aż się wydarzy, jakoś celowo do niego dążyć? Bo ja próbowałam raz i to był kompletny kicz - siedziałam i myślałam 'no już, rozciągnij się czas' i nic.
A ja mam głupei pytanie bo dołaczam późno do tej rozmowy - czy ta percepcja czasu zależy od pozycji w której się medytuje? Bo czytałam gdzies że leżąco łatwiej zapaść głębiej ale też łatwiej zasnąc. Siedzaca pozycja ma trzymac nas przy świadomości. Czy to się pokrywa z waszymi doswiadczeniami?
Wracając do tego co mówił Taurus o wiedzy przychodzącej po stanie a nie w trakcie - czy to nie sugeruje że właściwie nie wiemy co się dzieje podczas tych rozciągnięć czasu? Czyli opisujemy efekty, a nie przyczynę. Może to jest zupełnie zwykłe zjawisko neurologiczne które tylko ładnie interpretujemy?
Czyli właściwie Zenek mówi że nie ma znaczenia czy rozumiemy mechanizm, bo efekt jest realny. Ale to trochę jak powiedzieć że nie ważne czemu aspiryna działa, ważne że boli mniej. Tylko że przy aspirynie mamy kontrolę. A tu nawet nie wiemy kiedy to się wydarzy ani czy znowu się wydarzy.
Ale to jest trochę frustrujące nie? Że praktykujesz, praktykujesz, a potem jedyne co możesz powiedzieć to 'może się zdarzy, może nie'. Rozumiem że tak to działa, ale jak wy z tym żyjecie na co dzień? Czy w ogóle czegoś oczekujecie przed sesją?
Wracając do mojego pytania o pozycję bo nie dostałam pełnej odpowiedzi - a co z pozycją lotosu? Bo widzę mnóstwo zdjęc meditujących ludzi w lotosie i zawsze myślałam że to jest ta 'właściwa' pozycja. Czy ona w ogóle ma wpływ na to jak czas jest odczuwany?
A propos pozycji - mam inne pytanie do tych co mają doświadczenie z rozciąganiem czasu. Czy macie wrażenie że dzieje się to łatwiej w konkretnych porach dnia? Bo ja zauważam że rano, krótko po przebudzeniu, próg jest inny niż wieczorem.
Ciekawe co mówi Taurus o porach dnia, bo to by znaczyło że percepcja czasu w medytacji zależy od stanu wyjściowego umysłu. Czyli nie ma jednego progu, jest wiele zmiennych. A to z kolei tłumaczyłoby czemu niektórzy mają te doświadczenia często a inni prawie wcale - może po prostu medytują w nieodpowiednich dla siebie momentach?
No właśnie, ja na przykład nie wiem czego szukać. Słucham was od długiego czasu i mam jedno praktyczne pytanie - czy jest jakiś sygnał, który mówi 'zaraz wejdziesz w ten stan'? Cokolwiek. Ciepło, mrowienie, coś z oddechem?
Właśnie o tym mówię kiedy pracuję z ludźmi na kartach - to samo rozciąganie czasu zdarza mi się podczas głębokich rozkładów. Jakby czas między wyciągnięciem karty a interpretacją był inny. Myślę że to jest ten sam mechanizm co w medytacji, tyle że aktywowany przez skupienie na obrazie.
Czyli wychodzi że albo skupienie dezaktywuje normalny zegar wewnętrzny, albo że normalny zegar wewnętrzny jest aktywny tylko kiedy myślimy o sobie jako o kimś kto czeka? Bo kiedy nie ma myślenia, nie ma też mierzenia czasu. Brzmi to logicznie, ale czy ktoś to kiedyś naprawdę sprawdzał?
Sprawdzał w sensie formalnym - tak, jest trochę badań z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nad czymś co się nazywa 'time estimation' w kontekście stanów medytacyjnych. Wyniki były różne, ale jedno się powtarzało: im głębszy stan skupienia, tym większy błąd w szacowaniu czasu. Co jest zbieżne z tym co tu opisujemy.
Mnie też się to zdarzyło! Raz siedziałam chyba osiem minut i czułam ze to była wiecznosc. Ale to był zły rodzaj wiecznosci, bo po prostu nie mogłam się skupic i każda minuta dłużyła się okropnie. Czy to się liczy jako rozciąganie czasu czy to jest coś zupełnie innego?
Czekajcie, bo mnie zaczyna interesować to co powiedziała Gracja90 o tej 'złej wieczności'. Bo to sugeruje że percepcja czasu w medytacji nie jest automatycznie czymś przyjemnym ani głębokim - może być zwykłym sygnałem że coś nie działa. Jak wy odróżniacie te dwa stany kiedy jesteście w trakcie? Czy w ogóle da się to odróżnić na bieżąco?
A to napięcie o którym mówisz - to jest napięcie fizyczne czy raczej mentalne? Bo ja czasem mam wrażenie że mój problem jest właśnie w ciele, jakby nie mogło usiąść spokojnie nawet kiedy umysł chce.
Wracając do pytania Apolonki o kierunek błędu w tych badaniach - tak, zdarzało się odwrotne. Część badanych w stanach płytkiej koncentracji przeszacowywała czas, czyli czuli więcej minut niż faktycznie minęło. To jest właśnie ten dyskomfortowy wariant. Natomiast głęboka koncentracja konsekwentnie szła w stronę niedoszacowania. Więc te dwa bieguny które opisał Jarek są faktycznie potwierdzone.
Mam pytanie do Taurusa bo nie jestem pewna czy dobrze rozumiem - te badania z lat osiemdziesiątych, czy one mówiły o percepcji czasu w trakcie medytacji czy po? Bo to chyba robi różnicę. Jedną rzeczą jest co czujesz siedząc, inną co raportujsz po fakcie kiedy twój umysł znowu 'wrócił'.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam jedno skojarzenie. Rano przed medytacją często zapisuję sny, i tam też mam poczucie że czas w śnie działał inaczej. Długie fabuły w kilka minut snu. Czy to jest ten sam mechanizm co w medytacji, czy zupełnie inne zjawisko?
Ja bym jednak odróżniła sen od medytacji, bo w śnie nie ma intencji. Medytacja jest świadomym kierowaniem uwagi, a sen to coś co się przydarza. Myślę że właśnie ta intencja robi różnicę w tym jak potem interpretujesz co się stało z czasem.
Okej ale ja ciągle wracam do tego samego problemu - mówicie o głębokich stanach, porównujecie je ze snem, z badaniami, z Saturnem. A ja nadal nie wiem co zrobić na najbliższej sesji żeby w ogóle zacząć coś z tym robić. Czy jest jakaś jedna rzecz którą warto sprawdzić na początku, jeśli nigdy się nie doświadczyło tego rozciągania?
Przepraszam że wchodzę trochę z boku, ale ostatnio czytałam że kamienie takie jak ametyst mogą pomagać w wchodzeniu w głębsze stany medytacyjne. Czy ktoś z was próbował medytować z kamieniem i czy to miało jakiś wpływ na to odczuwanie czasu?
Właśnie o to mi chodziło - nie trzymam go koniecznie w dłoni, raczej leży obok. Żeby był, ale żeby nie rozpraszał. Ale może to naiwne, nie wiem. Nie miałam żadnej sesji gdzie poczucie czasu naprawdę zanikło, więc ciężko mi porównywać. Czy to w ogóle zdarza się na początku, czy musisz długo ćwiczyć żeby cokolwiek poczuć?
