Słucham tej rozmowy o śladach i zmianach po sesji i mam inne doświadczenie. U mnie medytacja nie daje takiego wyraźnego 'wyjścia z czasu', raczej jest to stopniowe uspokajanie. Ale za to przez jakiś czas po niej reaguję wolniej na stres. Nie wiem czy to jest ten sam mechanizm czy coś zupełnie innego.
To samo mam. I trochę mnie pociesza to co tu piszecie, bo myślałam że to mój problem i że po prostu 'nie nadaję się' do medytacji. A może to po prostu etap?
Apolonka, ale to nie jest głupie - myślę że większość z nas zaczyna z jakimś obrazem 'jak powinno wyglądać'. Mnie zajęło trochę czasu żeby w ogóle zorientować się że walczę z wyobrażeniem a nie z praktyką.
Otolia, u mnie też nie ma schematu i chyba przestałam go szukać. Ale zauważyłam jedną rzecz - ten drugi tryb przychodził częściej jak byłam fizycznie zmęczona, nie wyczerpana, ale po prostu po dniu kiedy dużo się ruszałam. Nie wiem czy to zbieżność.
To jest interesujące, bo słyszałem kilka razy podobne obserwacje - że ciało musi być 'zmęczone żeby puścić'. Jakby fizyczna aktywność wcześniej obniżała jakiś próg oporu. Sam próbowałem medytować po spacerze kontra rano i rzeczywiście różnica była wyczuwalna, tylko nie umiałem powiedzieć dlaczego.
Słucham tej rozmowy o porach i zmęczeniu i mam wrażenie że trochę gubimy to co jest w tytule. Pytanie było o percepcję czasu, a teraz rozmawiamy o tym kiedy medytować. Mam pytanie do tych co mieli to głębsze wejście - czy ta zmiana percepcji czasu dała wam coś konkretnego po wyjściu? Nie mówię o spokoju, ale o czymś bardziej namacalnym.
Właściwie to Wrozka pyta o coś, o czym dużo myślałam. U mnie po jednej takiej sesji miałam przez kilka godzin wrażenie że patrzę na sytuacje z dystansu, jakby z lotu ptaka. Decyzje które wcześniej wydawały się pilne, nagle przestały być. To trwało może pół dnia.
To co Pytonissa opisuje ma swoją nazwę w buddyjskiej terminologii - 'meta-świadomość', czyli nie sam stan, ale wiedza że stan jest możliwy. I właśnie to zostaje po głębokich sesjach. Nie stan, ale mapa. Ale mam pytanie do Gracji i Apolonki które pisały o poczuciu klęski - czy ta mapa cokolwiek zmienia jeśli wiecie że jest możliwa, ale akurat jej nie czujecie?
Gracja trafia w coś kluczowego i myślę że ten wątek zasługuje na chwilę. Ta presja żeby powtórzyć dobre doświadczenie jest chyba największym hamulcem jaki istnieje w medytacji. Czas przestaje znikać właśnie w momencie kiedy bardzo chcemy żeby zniknął. I nie ma na to dobrego przepisu, ale może ktoś tu znalazł jakieś obejście?
To jest naprawdę dobre pytanie i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Ale może nie chodzi o to żeby przestać się starać, tylko żeby przestawić co jest celem. Czas nie jest celem. Percepcja nie jest celem. Siedzenie jest celem. Reszta to albo się pojawi, albo nie.
Ale jak siedzenie jest celem to po co w ogóle medytować a nie po prostu siedzieć na kanapie? Serio pytam, bo trochę czuję że tu jest jakiś kruczek i nie mogę go uchwycić.
Zastanawiam się czy to nie jest trochę tak, że czas zmienia się właśnie dlatego że uwaga przestaje go mierzyć? Jak jesteśmy na kanapie to ciągle jest jakiś szum w tle - co zjem, czy zadzwonię, ile zostało do czegoś. A jak uwaga naprawdę się zbiera, to ten szum cichnie i razem z nim cichnie wewnętrzny zegarek.
To rozróżnienie które robisz wydaje mi się ważne. Bo wyciszenie sugeruje pustkę, a 'robienie czegoś innego' sugeruje zmianę obiektu uwagi. Kiedy masz to głębsze doświadczenie, czy jest w nim jakaś treść, czy raczej właśnie brak treści?
To co Bernadetka opisuje jako 'świadomość bez obiektu' jest bardzo zbliżone do tego co w tradycjach jogi nazywa się turiya - czwarty stan poza jawą, snem i głębokim snem. I w tym stanie czas rzeczywiście przestaje być mierzony, bo nie ma obserwatora który by go mierzył. Ale mam pytanie - czy w tym momencie jest jeszcze poczucie że 'ty' tam jesteś?
Bernadetka dotknęła czegoś co mnie zastanawia od jakiegoś czasu. To że wiedza o stanie przychodzi po stanie - czy to nie znaczy że nigdy nie możemy być pewni co się 'naprawdę' stało? Może coś zupełnie innego, a my potem konstruujemy narrację?
Okej ale jeśli doświadczenie jest 'prawdziwe' tylko jeśli ktoś je obserwuje, to w sumie większość życia byłaby nieprawdziwa, bo nie pamiętamy połowy z tego co przeżywamy. Chyba nie o to chodzi?
Słucham tego i mam pytanie może bardzo podstawowe - czy ta zmiana percepcji czasu której tu wszyscy szukamy, jest w ogóle celem medytacji? Bo czytałam że medytacja ma redukować stres i poprawiać koncentrację. A tu rozmawiacie o czymś co brzmi znacznie bardziej... nie wiem, mistycznie?
Otolia, a jak długo medytujesz zanim się to pojawiło? Bo zastanawiam się czy to kwestia tygodni, miesięcy, lat - i czy w ogóle jest jakaś reguła.
Cztery miesiące to z jednej strony dużo, a z drugiej mało. Ale ta 'regularność' którą mówisz Otolia - co znaczy u ciebie regularna? Bo ja mam okresy kiedy siedzę codziennie i okresy kiedy odpuszczam na tydzień i zawsze się zastanawiam czy to nie przekreśla całej pracy.
Wracając do tego co Bernadetka opisywała wcześniej jako 'świadomość bez obiektu' - mam pytanie do całej tej dyskusji o przerwach i regularności. Czy ktoś zauważył że te dziwniejsze doświadczenia z czasem częściej się zdarzają po dłuższej sesji czy krótszej? Bo mam intuicję że to nie jest kwestia czasu trwania siedzenia, tylko jakiegoś progu który trzeba przekroczyć danego dnia.
Bernadetka, ten wątek ze zmęczeniem jest ciekawy. Bo ja też miałam kilka razy że coś 'pękło' w percepcji właśnie kiedy byłam wyraźnie zmęczona. Zastanawiam się czy zmęczenie nie osłabia jakoś tej wewnętrznej cenzury która normalnie trzyma umysł w rygorze czasu. Czy to jest droga na skróty czy po prostu inny stan wyjściowy?
Właśnie. I tu wracamy do pytania Pytonissy sprzed kilku postów - skąd wiemy co się naprawdę stało. Ale mam inne wyjście z tej pułapki niż totalny sceptycyzm. Może zamiast pytać co się stało, lepiej pytać co zostaje. I czy to co zostaje po sesjach ze zmęczeniem różni się od tego co zostaje po sesjach w pełni sił.
Mam pytanie które może być głupie, ale naprawdę nie wiem. Ten spokój o którym mówi Pytonissa - czy on jest celem medytacji czy skutkiem ubocznym? Bo jeśli celem, to rozumiem po co medytować. Ale jeśli skutkiem ubocznym, to po co te całe rozważania o czasie i świadomości bez obiektu? Może po prostu chodzi o ten spokój i reszta to filozofia która sama siebie napędza?
Bernadetka, a jak się nauczyłaś nie bać tych dziwniejszych stanów? Bo ja mam dokładnie ten problem - jak coś zaczyna się robić inne niż zwykłe skupienie na oddechu, to zaraz wyciągam się z tego. Nie wiem czy ze strachu czy z nawyku.
Do Apolonki i Bernadetki - to co opisujecie jako 'wyciąganie się' to jest bardzo ciekawy moment. Bo w tym momencie jest jakiś obserwator który decyduje że stan jest zbyt obcy. I to jest ten sam obserwator który mierzy czas. Czy kiedy przestajecie go przerywać, ten obserwator znika czy się wycofuje?
To rozróżnienie które robisz Honorku jest dla mnie kluczowe. Bo jak siedzę i coś zaczyna się robić dziwne z moją percepcją czasu, to właściwie nie wiem czy ten obserwator 'znika' czy 'milknie'. I mam wrażenie że sama nie jestem w stanie tego ocenić z wewnątrz. Skąd niby mam wiedzieć że go nie ma, skoro żeby stwierdzić że go nie ma, musiałabym go użyć?
To jest klasyczny problem epistemiczny który pojawia się w każdej tradycji kontemplacyjnej. Nie możesz obserwować braku obserwatora obserwatorem. Dlatego właśnie ci co opisują te stany zawsze mówią post factum - dopiero po wyjściu ze stanu wiedzą że coś było inne. Sam czas też tak działa - kiedy go nie czujesz, nie możesz stwierdzić że go nie czujesz. Stwierdzasz to dopiero jak wracasz.
