A może być tak, że są zakorzenione trochę i trochę nie? Tzn. coś realnego jest w tej relacji, ale medytacja to rozdmuchuje ponad proporcje?
Właśnie to jest mój problem. Ta koleżanka nie jest osobą, z którą mam idealną relację. Były napięcia, były sytuacje niejednoznaczne. Więc nie mogę powiedzieć, że to czyste powietrze i nagle medytacja coś wymyśla. Tylko nie wiem, czy medytacja odkrywa coś prawdziwego czy buduje na tym fundamencie coś własnego, co jest już przesadzone.
To jest naprawdę trudne pytanie. Bo nie ma raczej sposobu, żeby to sprawdzić obiektywnie, prawda? Chyba że ta koleżanka zrobi coś konkretnego, co potwierdzi albo zaprzeczy.
Właśnie. I czekanie na 'dowód' może trwać latami. W tym czasie albo się nastraszysz bez powodu, albo przegapisz coś prawdziwego. Jak Ludwinia ma w ogóle funkcjonować z tą niepewnością w głowie?
Zatrzymałabym się przy tym co napisała Ludwinia o tym, że były napięcia i sytuacje niejednoznaczne. To jest ważna informacja. Medytacja nie tworzy materiału z powietrza - ona ma z czego korzystać. Pytanie brzmi nie 'czy ta koleżanka jest zła' tylko 'skąd w tobie ten ładunek przy niej'.
Ale czy nie jest tak, że jak zaczynamy interpretować wszystko przez pryzmat 'skąd ten ładunek', to właściwie przestajemy ufać czemukolwiek co wyłania się w medytacji? Może intuicja też ma prawo głosu, nawet jeśli nie wiemy skąd przychodzi.
To ciekawa metoda. I co najczęściej odkrywasz, jak tak się cofasz? Że to projekcja czy intuicja?
Czyli bez tych notatek w ogóle nie dałoby się tego odróżnić? To trochę niepokojące, bo większość ludzi chyba medytuje bez prowadzenia dziennika i jakoś sobie radzi...
Bez notatek można sobie radzić, ale trudniej wychwycić wzorce. Jednorazowe odczucie to za mało, żeby cokolwiek z tego wyciągnąć. Wzorzec widzisz dopiero gdy masz kilkanaście podobnych sytuacji i możesz je porównać. Bez tego wszystko zostaje na poziomie 'wydaje mi się'.
Ale Judytka, nie każdy prowadzi dziennik medytacji i jakoś ludzie praktykują od wieków bez tego. Nie chcę teraz zaczynać nowego systemu - zastanawiam się nad tym co już mam, czyli tym konkretnym lękiem z tej jednej sesji.
Rozumiem, że nie chodzi ci o metodologię. Wracając do twojego pytania - napisałaś że były napięcia i niejednoznaczne sytuacje. Czy któraś z tych sytuacji dotyczyła bezpośrednio intencji tej koleżanki? Nie jej zachowania, ale właśnie intencji?
To jest dobre pytanie. Bo można mieć napięcia z kimś i wcale nie myśleć, że ona ci źle życzy - można po prostu nie rozumieć się albo mieć inny styl.
Mnie bardziej zastanawia coś innego - Ludwinia siedziała w medytacji i nagle pojawiły się lęki przed złymi intencjami konkretnej osoby. Czy to pojawiło się samo z siebie, czy był jakiś obraz, dźwięk, coś co to wywołało? Bo to chyba ważne.
Nie było żadnego bodźca. Siedziałam, skupiałam się na oddechu, i nagle po prostu był ten lęk. Jakby już był gotowy i tylko czekał. Żadnego obrazu, żadnej myśli przed nim.
A czy to nie jest właśnie argument za tym, że medytacja odsłoniła coś co już było? Że ten lęk nie powstał w czasie sesji, tylko był wcześniej gdzieś zepchnięty?
Nie wiadomo bez zewnętrznego punktu odniesienia. Dlatego właśnie mówię o uziemieniu - nie po to żeby uciec od lęku, ale żeby go obserwować z pozycji czegoś stabilnego zamiast wpadać w spiralę.
Tylko że jak już jesteś w środku tej spirali, to żadne 'bądź stabilna' nie pomaga za bardzo. Mam na myśli - co konkretnie Rafalek proponujesz Ludwini w tej chwili, skoro lęk już się pojawił?
Ale Ludwinia nie pytała jak wyjść z lęku po medytacji. Pytała czy medytacja może wywoływać paranoje. Trochę odpłynęliśmy.
Słusznie, że to zaznaczasz. I odpowiedź na to oryginalne pytanie jest niejednoznaczna. Medytacja nie tworzy paranoi z niczego, ale może wzmocnić coś co już było. Czy to jest wywoływanie czy ujawnianie - to jest kwestia semantyki, ale w praktyce dla tej osoby która siedzi z tym lękiem różnica jest niewielka.
Ale większość osób medytuje sama w domu bez żadnego nauczyciela. To nie jest luksus który każdy ma. Co wtedy?
Właśnie to mnie niepokoi. Bo ten lęk nie skończył się razem z sesją. Następnego dnia patrzyłam na tę koleżankę inaczej. Nie wiem czy to medytacja coś odkryła, czy coś namieszała.
To jest chyba najważniejsza rzecz którą napisałaś w całym tym wątku. Że to wyszło poza sesję. To zmienia pytanie - nie 'czy medytacja wywołuje paranoje' tylko 'co z tym teraz zrobić'.
Mam pytanie do Ludwini - czy zanim zaczęłaś medytować, też miałaś takie momenty że nie byłaś pewna intencji tej koleżanki? Albo innych osób? Czy to jest coś nowego?
Przed medytacją miałam jakieś przeczucia, ale nie aż tak wyraźne. Raczej coś w stylu 'nie wiem czy jej ufać' - ale to było takie miękkie, niekonkretne. Po tej sesji to się zmieniło w coś ostrego. Jakby ktoś podbił głośność.
To 'podbicie głośności' jest dla mnie kluczowe. Bo to może oznaczać dwie zupełnie różne rzeczy - albo medytacja wzmocniła sygnał który był słaby ale prawdziwy, albo wzmocniła coś co bez medytacji pozostałoby na poziomie szumu i nie robiłoby ci krzywdy. Czy masz jakiś sposób żeby to rozróżnić?
To jest właśnie sedno problemu z lękiem który wyszedł poza sesję. Kiedy zaczyna filtrować rzeczywistość na bieżąco, to trudno ocenić co jest obserwacją a co projekcją. Ludwinia, powiedz mi - czy ta koleżanka zrobiła ostatnio coś konkretnego, co dałoby się opisać komuś z zewnątrz? Nie odczucie, ale fakt?
Też chciałam zapytać o to samo. Bo jest różnica między 'czuję że ona mi źle życzy' a 'ona powiedziała X i zrobiła Y'. Jedno to interpretacja, drugie to punkt wyjścia do jakiejś rozmowy albo decyzji.
