Zacząłem ostatnio pracować z pewną praktyką, którą ktoś mi polecił - medytacja na śmierć, po łacinie zwana memento mori. Siedzę, zamykam oczy i staram się naprawdę poczuć, że moje życie ma koniec. Że ten dzień może być ostatnim. Brzmi może mrocznie, ale efekt jest zupełnie inny niż się spodziewałem - zamiast strachu poczułem coś w rodzaju ulgi i... wdzięczności? Nie wiem jak to inaczej opisać. Zastanawiam się czy ktoś tu pracował z czymś podobnym i jak to u was wyglądało. Bo z jednej strony czytam, że to starożytna praktyka stoicka i buddyjska zarazem, z drugiej - nigdzie nie mogę znaleźć konkretnych wskazówek jak to robić bezpiecznie, żeby nie wpaść w jakieś przygnębienie.
Szczerze? Brzmi to dla mnie jak zapraszanie depresji przez okno. Jak można medytować na śmierć i czuć ulgę, a nie panikę? Może po prostu nie robiłeś tego wystarczająco głęboko albo tak naprawdę nie dotarłeś do sedna tej praktyki. Nie kwestionuję, bo nie próbowałem, ale po prostu nie rozumiem mechanizmu. Co konkretnie sobie wyobrażasz podczas tej medytacji? Że umierasz? Że patrzysz na własny pogrzeb?
Ta praktyka ma długą historię i wcale nie jest taka egzotyczna jak się wydaje. W tradycji tybetańskiej istnieje coś zbliżonego - medytacje phowa i bardziej rozbudowane praktyki związane z Tybetańską Księgą Umarłych. Punkt jest podobny: oswajasz śmierć, żeby przestała być niewidzialnym strachem, który steruje twoimi decyzjami. Feliks, to co opisujesz z tą wdzięcznością - to jest dokładnie ten efekt, o który chodzi. Pytanie, które mnie bardziej ciekawi: czy pracujesz z tym regularnie, czy to było jednorazowe doświadczenie?
Ja pracowałam z czymś podobnym ale przez zupełny przypadek - po śmierci bliskiej osoby przez kilka tygodni zanim zasnęłam myślałam intensywnie o tym, że kiedyś mnie też nie będzie. Początkowo to był koszmar, ale po pewnym czasie... przestałam się bać. Nie wiem czy to można nazwać medytacją w klasycznym sensie, ale efekt chyba podobny do tego co opisuje Feliks. Tylko zastanawiam się - czy to co mi się przytrafiło z bólu i żałoby, to to samo co celowa praktyka? Czy intencja ma znaczenie?
Czytam ten wątek i zastanawiam się czy to nie jest trochę niebezpieczna zabawa dla kogoś kto np. ma skłonności do lęku lub depresji. Nie mówię o nikim konkretnym, ale Prokop zadał właściwe pytanie - gdzie jest granica między oswajaniem śmierci a obsesją na jej punkcie? Znam kilka osób które zaczęły medytować na śmierć i skończyło się to wizytą u psychiatry. Może to zależy od człowieka ale jednak nie bym tak po prostu mówiła że to jest bezpieczne dla każdego.
Szczerze mówiąc nie wiem co robiły, ale wiem że jedna z nich zaczęła od filmów o śmierci i wywiadów z ludźmi po NDE, i to ją wciągnęło w obsesję zamiast w spokój. Więc może tu jest różnica - medytacja jako praktyka strukturowana jest czymś innym niż szukanie śmierci wszędzie. Przepraszam za literkę, 'nie bym' miało być 'nie bym tak łatwo'. Ale wracając - Feliks, a czy ty pracujesz z jakimś konkretnym systemem czy sam sobie to poukładałeś?
Słucham tej rozmowy i jestem sceptyczna ale ciekawa jednocześnie. Bo z jednej strony rozumiem logikę - jak się oswoisz ze śmiercią to przestaje być straszna. Z drugiej - wydaje mi się, że to trochę jak terapia ekspozycyjna, którą powinien prowadzić specjalista. Czy jest jakiś powód, żeby to robić samemu zamiast z kimś? I drugie pytanie - czy ta ulga którą opisujesz Feliks, to nie jest przypadkiem rodzaj dysocjacji? Że umysł odcina się od tego co boli?
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale mam pytanie które może być głupie. Czy ta medytacja na śmierć to to samo co wizualizacja własnej śmierci, czy to jest coś zupełnie innego? Bo gdzieś czytałam że są techniki w których wyobraźasz sobie własny pogrzeb krok po kroku i miałam wrażenie że to straszne. Ale to co Feliks opisuje brzmi inaczej.
Dodam tylko, że maranasati to jedna z czterdziestu tradycyjnych praktyk buddyjskich i w oryginalnej formie jest dość intensywna - zakłada między innymi kontemplację rozkładającego się ciała, dosłownie. Mnisi siedzieli przy trupach na cmentarzach. To co robicie tu na forum to raczej miękka wersja tego. Nie mówię że zła, ale żeby nie mylić pojęć - oryginał jest znacznie bardziej wymagający.
To co mówi Symeon o oryginalnej formie to mnie trochę niepokoi - bo skoro oryginał jest tak intensywny, to czy ta łagodniejsza wersja w ogóle działa? Czy może to jest tak, że sedna praktyki nie dotkniesz jeśli nie wejdziesz głębiej? Feliks, jak myślisz - czy czujesz że jesteś na powierzchni czy że naprawdę coś w sobie ruszasz?
Przepraszam że wskoczę - ale miałem sen jakiś czas temu, że umieram i byłem w tym śnie bardzo spokojny. Obudziłem się i byłem zaskoczony, bo myślałem że będzie straszny. Może coś podobnego do tego co opisuje Feliks? Nie wiem czy to ma związek z medytacją bo wtedy nie medytowałem, ale jakoś ten sen zostawił spokój a nie strach.
Wróćmy do tego snu który opisałem - bo zastanawiam się teraz czy on w ogóle pasuje do tej rozmowy. Feliks, to co ty robisz świadomie, u mnie zadziałało przez sen bez żadnej intencji. Czy myślisz że efekt jest porównywalny? Czy jednak ta świadoma praca ze śmiercią daje coś innego?
Ale czy ta świadomość kontroli nie zabija czegoś autentycznego? Sen Metodego brzmi jakby coś naprawdę w nim pracowało, a nie on to sterował. Może właśnie dlatego był spokojny - bo ego nie miało czasu się wtrącić?
Wróćmy może do tego co pisał Symeon o intensywności oryginalnej praktyki. Bo on powiedział że to co robimy to łagodniejsza wersja - ale nie odpowiedział czy ta łagodna wersja ma sens sama w sobie, czy to tylko wstęp. Symeon?
No i to jest ciekawy moment - Symeon przyznaje że to teoria. Feliks natomiast ma praktykę ale mało teorii. Czy ktoś tutaj ma jedno i drugie? Bo może ta rozmowa była trochę jak niewidomy i kulawsy, jeden wie jak wygląda a drugi czuje jak boli.
Kianitka trafia w coś ważnego. Ja zacząłem bez teorii i nie czuję żeby mi czegoś brakowało. Ale z drugiej strony - kiedy Ravenna powiedziała o Tybetańskiej Księdze Umarłych, to pewne rzeczy z moich sesji nagle miały więcej sensu. Więc może teoria nie jest konieczna na start, ale pomaga porządkować to co się dzieje?
Czytam i zastanawiam się nad jedną rzeczą - wszyscy mówicie o efektach tej praktyki jak o czymś pozytywnym, wdzięczność, spokój, wyraźniejszy kontakt z życiem. Ale czy ktoś z was miał sesję która była po prostu... zła? Ciężka, przerażająca, bez dobrego zakończenia?
Ja miałam ciężkie noce po śmierci bliskiej osoby o czym pisałam - ale to nie była medytacja, to był żal i lęk. Efekt podobny ale droga przez cierpienie. Czy to się liczy jako 'zła sesja' w sensie który Brzozka ma na myśli? Nie wiem czy można to porównywać.
Okej ale Ravenna znowu mówi o tradycjach gdzie jest przewodnik. A większość z nas tutaj nie ma żadnego. Czy jest jakaś opcja pracy z tym samodzielnie kiedy przeżywa się stratę, czy wtedy naprawdę lepiej z tym nie eksperymentować?
Myślę że w żałobie to dużo za duże ryzyko robić to ssamemu. Miałam koleżankę która po stracie zaczęła dużo medytować - ale to było uciekanie od bólu a nie praca z nim. Kończyło się dysocjacją o której pisała Czeremcha wcześniej. Dopiero jak zaczęła terapię to się poukładało.
To pytanie Metodego jest kluczowe dla całego wątku tak naprawdę - bo jak odróżnić pracę z przemijaniem od unikania go przez zanurzenie w praktyce? Feliks, masz jakiś wewnętrzny test na to? Bo jeśli tak, to chętnie bym wiedziała jak to u siebie sprawdzasz.
To pytanie Hyzopu trafia w samo sedno czegoś, z czym sam się borykam. Nie mam żadnego testu, który bym sobie świadomie opracował. Ale zauważam coś takiego: kiedy wychodzę z sesji i od razu mam ochotę zadzwonić do kogoś bliskiego albo wyjść na spacer - to czuję że coś się wydarzyło. Kiedy wychodzę i chcę się położyć i nie myśleć - to mam wrażenie że coś uciekłem, nie przerobiłem. Ale to bardzo subiektywne i nie wiem czy to dobry wskaźnik dla kogoś innego.
Ten test z ochotą na kontakt z ludźmi po sesji to ciekawa obserwacja. Ale czy myslisz że to zawsze działa w tę stronę? Bo znam osoby które po głębokiej pracy potrzebują ciszy i spokoju i to nie znaczy że uciekają - po prostu inaczej integrują.
To co Feliks opisuje z tą obecnością po sesji - próbowałem to u siebie sprawdzić. Ale mam problem bo nie zawsze wiem co czuję bezpośrednio po medytacji. Dopiero po godzinie czy dwóch coś do mnie dociera. Czy to normalne że efekty tej konkretnej praktyki przychodzą z opóźnieniem?
Dobra, wracam do pytania Hyzopu o test na unikanie versus pracę. Bo mi się wydaje że zadajemy złe pytanie. Zamiast 'jak odróżnić' może lepiej zapytać - czy to w ogóle ma znaczenie na etapie praktyki? Jeśli coś robisz i coś się zmienia w tobie, to czy etykietka 'ucieczka' albo 'praca' naprawdę coś zmienia?
Zastanawiam się czy ta rozmowa o ucieczce versus pracy nie trochę odbiega od tego o co chodzi w temacie. Bo medytacja na śmierć to w końcu kontemplacja przemijania jako takiego - nie tylko własnej śmierci. Ja jak siedzę z tym tematem to częściej myślę o tym jak wszystko mija - relacje, etapy życia - a nie dosłownie o umieraniu. Czy to jest ta sama praktyka?
Różnie. Zaczynam zazwyczaj od czegoś konkretnego - wyobrażam sobie siebie jak nie ma. Dosłownie. Świat bez mnie, mój pokój bez mnie. Ale potem to się samo rozszerza na coś mniej dosłownego - takie poczucie że każda chwila jest jednorazowa. Nie wiem czy jedno wychodzi z drugiego, czy to dwie różne rzeczy które się nachodzą.
