Konkretnych rzeczy było kilka, ale żadna z nich nie była jednoznaczna. Raz nie powiedziała mi o czymś ważnym w pracy, ale mogła po prostu zapomnieć. Raz miałam wrażenie że się ze mnie śmiała, ale nie byłam pewna. I teraz właśnie nie wiem - czy po tej sesji zaczynam to wszystko łączyć w całość, czy ta całość naprawdę istnieje.
To brzmi tak jakbyś opisywała coś, co ja bym nazwała po prostu zwykłą nieufnością w relacji. Ale mówisz że medytacja to wyostrzyła - więc pytanie czy medytacja jest tu w ogóle winna, czy ona po prostu zdjęła filtr który pozwalał ci nie myśleć o tym na co dzień?
Jest jeszcze jedna opcja której nikt nie powiedział wprost. Że te niejednoznaczne sytuacje z koleżanką rzeczywiście coś sygnalizują, i że intuicja działała przez cały czas, tylko rozum tłumił. I że medytacja po prostu dała tej intuicji głos. To nie byłaby paranoja - to byłoby słuchanie siebie.
Ewunia ma rację i to jest naprawdę trudne do rozróżnienia. W praktyce zauważyłam że intuicja jest zazwyczaj spokojniejsza - przychodzi raz i nie naciska. A lęk wraca, eskaluje, szuka potwierdzeń. Ludwinia, jak to wygląda u ciebie? Czy ten lęk szuka kolejnych dowodów czy raczej siedzi w miejscu?
Szuka. Właśnie to mnie niepokoi. Zaczęłam przypominać sobie starsze sytuacje, szukać wzorca. Sama to widzę i to mi się nie podoba, ale nie umiem przestać.
No to teraz przynajmniej wiadomo z czym mamy do czynienia. To nie jest pytanie o medytację i paranoję w teorii, tylko o coś co realnie się dzieje. Czy ktoś miał podobną pętlę po medytacji? Że umysł zaczął samodzielnie 'dochodzić' do czegoś?
Mnie się raz coś takiego przydarzyło, ale nie po medytacji tylko po bardzo intensywnym śnie. Obudziłem się z przekonaniem o czymś i przez kilka dni szukałem potwierdzeń. Samo przeszło jak się skupiłem na czymś innym i odciąłem od tej myśli na jakiś czas.
Tereska mówi coś ważnego, ale chcę dodać zastrzeżenie. Odcięcie się na chwilę to jedno, ale jeśli Ludwinia mówi że szuka wzorców i sama to widzi - to jest dobry znak. Świadomość procesu to nie jest paranoja. Prawdziwa paranoja zwykle nie ma tej meta-warstwy, że 'widzę że to robię i mi się to nie podoba'.
Więc żeby podsumować to co tu piszecie - medytacja może nie wywołała paranoi, ale otworzyła coś co trzeba teraz jakoś obsłużyć. I pytanie do Ludwini jest chyba praktyczne - co teraz? Czy wracasz do medytacji, czy robisz przerwę, czy rozmawiasz z tą koleżanką?
Nie wiem czy chcę teraz wracać do medytacji. Trochę się boję że znowu coś otworzę zanim z tym pierwszym sobie nie poradzę. Ale też nie chcę całkiem rezygnować. Może przerwa ma sens, tylko nie wiem jak długa.
Ludwinia, przerwa ma sens, ale chcę zapytać o jedno - czy masz teraz jakiś inny sposób na zatrzymanie się w ciągu dnia? Bo jeśli odstawiasz medytację, to ta energia gdzieś musi iść. Bez niej pętla myślenia o koleżance może się nawet nasilić, nie osłabić.
To ciekawe co Judytka mówi. Bo można by założyć że przerwa daje ulgę, ale jeśli medytacja jest jedynym momentem ciszy, to bez niej mózg nie ma kiedy 'odłożyć' tych myśli. Czy to ma jakieś pokrycie w tym co znasz z doświadczenia, Lady?
A czy pisanie o tym na forum też liczy się jako coś takiego? Bo Ludwinia to robi już od jakiegoś czasu i chyba jakoś porządkuje sobie myśli przez to. Mi przynajmniej pomaga jak wypisuję rzeczy, nawet bez odpowiedzi.
Tylko że pisanie na forum to nie to samo co praca z tym co wyszło w medytacji. Tu można pisać w kółko i nie ruszyć się z miejsca. Nie mówię że to złe, ale sam nie wiem czy to coś rozwiązuje.
Magus ma rację w tym sensie że pisanie tutaj nie rozwiązuje sprawy z koleżanką. Ale Lunaki też ma rację - coś mi to daje. Przynajmniej czuję że nie jestem z tym sama. Co do medytacji - chyba nie chodzi o całkowitą rezygnację, tylko nie wiem od czego zacząć żeby nie wpaść w to samo miejsce znowu.
Ludwinia, czy ta sesja w której to wyszło była jakaś konkretna? Znaczy - prowadziłaś ją sama, z nagraniem, z kimś? Bo zastanawiam się czy gdybyś wróciła do czegoś prostszego, krótszego, to by był inny efekt.
Sama, bez nagrania, siedziałam chyba z czterdzieści minut. Teraz jak myślę, to może to był błąd - za długo jak na tę chwilę. Zwykle robię krótsze sesje.
Czterdzieści minut sama i bez żadnego prowadzenia - to brzmi jak dużo przestrzeni na to żeby umysł mógł iść gdzie chce. Czy to ma znaczenie jak długo medytujesz w kontekście tego co może wyjść?
Czyli długość ma znaczenie. Ale to otwiera inne pytanie - czy w ogóle jest jakiś próg po którym medytacja staje się ryzykowna bez wsparcia? Pytam serio, bo słyszałem różne opinie i nie wiem co o tym myśleć.
Dziękuję że to Polelum powiedział, bo ja też się z tym zmagam. Zawsze myślałam że medytacja to bezpiecznie zawsze. Ale czytam ten wątek i zaczynam się zastanawiać czy ja nie siedzę za długo sama i czy to jest ok.
Ja bym nie straszył. Większość osób medytuje bez żadnych takich efektów. Ale może po prostu jak coś wychodzi to nie trzeba od razu myśleć że to wina medytacji albo że coś jest nie tak.
Dokładnie to mnie też zastanawia. Większość nieprzyjemnych rzeczy na sesji zostaje na sesji. Ale tutaj mamy coś co wyszło i teraz chodzi za Ludwinią w codziennym życiu. Czy ktoś wie czy to częste? Czy to raczej wyjątek?
Z mojego doświadczenia - zdarza się, ale zwykle kiedy sesja dotknęła czegoś co jest naprawdę żywym tematem, nie zamkniętym. Jak coś jest faktycznie aktywne w życiu, to medytacja tego nie wygasi, tylko uwydatni. I potem to chodzi po głowie bo domaga się uwagi, nie dlatego że medytacja 'zrobiła coś złego'.
No to wracamy do pytania które było wcześniej - czy Ludwinia powinna w ogóle teraz rozmawiać z tą koleżanką. Bo może całe to 'chodzenie' tego po głowie zniknie jak sprawa zostanie jakoś zaadresowana, nie w medytacji, ale w realu.
Sama o tym myślę. Tylko nie wiem od czego zacząć tę rozmowę, skoro nie mam żadnego konkretu. Co mam powiedzieć - że miałam wrażenie podczas medytacji że ona mi nie życzy dobrze? To brzmi absurdalnie nawet w mojej głowie.
Ludwinia, ale właśnie - może nie musisz mówić wszystkiego wprost? Znaczy, nie musisz zaczynać od 'miałam wrażenie w medytacji'. Możesz po prostu powiedzieć że coś czujesz w tej relacji i chcesz zapytać jak ona to widzi. Bez całego ezoterycznego kontekstu.
To co mówi Lunaki ma sens, ale mam jedno pytanie do Ludwini - czy ten lęk dotyczy tylko tej jednej koleżanki, czy od tamtej sesji zaczęłaś inaczej patrzeć na więcej osób? Bo to by zmieniało trochę obraz sytuacji.
