Zaczęłam medytować regularnie jakieś pół roku temu i przez większość czasu czułam się świetnie - spokojniejsza, mniej reaktywna. Ale od jakiegoś czasu podczas medytacji zaczęły mi przychodzić dziwne myśli. Nie o sobie, tylko o innych. Że ktoś mi czegoś zazdrości, że ktoś chce mi zaszkodzić, że otaczają mnie osoby z ukrytymi intencjami. To nie są konkretne sytuacje, bardziej takie wrażenie, które pojawia się właśnie w ciszy. W codziennym życiu nie mam takich myśli, tylko podczas medytacji albo zaraz po. Czy ktoś miał coś podobnego? Zastanawiam się, czy to medytacja coś 'otwiera', czy może odwrotnie - ujawnia lęki, które już były, tylko zagłuszone?
To bardzo ciekawe, bo ja też przez jakiś czas miałam podobne stany po głębszych sesjach. Moje notatki z tamtego okresu są pełne zdań w stylu 'czuję się obserwowana' albo 'mam wrażenie złych spojrzeń'. Ale mam pytanie do ciebie - te myśli są bardziej jak lęk emocjonalny, czy bardziej jak przekonanie? Bo to dość ważna różnica.
Czytam i mam gęsią skórkę, bo mnie się coś podobnego zdarzyło po kilku tygodniach medytacji i w ogóle nie wiedziałam jak to nazwać. Moje pytanie jest może naiwne - czy to może być efekt uboczny medytacji jako takiej, czy raczej coś, co trzeba rozwiązać zanim się zacznie medytować głębiej?
Nie chcę psuć teorii, ale zastanawiam się czy to na pewno lęk produkowany przez medytację, a nie raczej coś, co fizycznie czujesz w przestrzeni i medytacja tylko obniża szum, który to zagłuszał. Ja mam podobne wrażenia przy pracy z kamieniami - kiedy naprawdę się wyciszam, czuję rzeczy, których normalnie nie zauważam. To nie znaczy od razu paranoja.
Przepraszam że wchodzę, ale mam pytanie do Ludwini - te myśli pojawiają się przy każdej medytacji czy tylko przy niektórych technikach? Bo słyszałam, że np. medytacja skupiona na czakrach albo otwieranie może wywoływać inne stany niż prosta obserwacja oddechu.
Właśnie, bo ja mam podobne obserwacje w notatkach. Przy pracy z czakrą splotu słonecznego - ta od woli i granic - wychodziły bardzo stare lęki związane z relacjami z ludźmi. Może to nie jest paranoja jako taka, tylko ta czakra wyciąga na wierzch nieprzetworzone sprawy z relacji?
A czy ktoś rozważał opcję, że to po prostu... przebudzenie pewnej czujności? Nie paranoja, nie lęk, ale coś w rodzaju intensywniejszego wyczulenia na intencje ludzi? Pytam serio, bo czytałem że w pewnych tradycjach duchowych takie etapy się zdarzają i nie są uznawane za coś złego.
Słucham tej rozmowy i chcę zapytać o jedną rzecz - bo za dużo tu mieszamy wątki. Czy te odczucia, o których piszesz, wpłynęły na twoje relacje z konkretną osobą? Tzn. czy zaczęłaś komuś mniej ufać, dystansować się? To by mi pomogło rozróżnić, czy to jest coś, co 'pracuje' i minie, czy coś, co zaczyna wchodzić w codzienność.
Może to proste - może ona naprawdę coś knuje i medytacja ci to pokazuje? Nie zawsze trzeba szukać psychologicznych wyjaśnień.
Ale jak to rozróżnić praktycznie? Bo rozumiem teorię, ale jak w środku medytacji czujesz coś konkretnego wobec konkretnej osoby, to jak stwierdzić, że to twój własny lęk a nie 'wiadomość'?
Słucham i trochę się gubię. Czyli medytacja może wywołać lęk przed ludźmi, tak? I to jest możliwe że ta koleżanka z pracy w ogóle nie ma złych intencji, ale coś w Ludwini reaguje na nią lękiem? Nie rozumiem skąd to się bierze.
Chyba właśnie o to chodzi. I to jest dla mnie coraz bardziej prawdopodobne wytłumaczenie - że to mój własny, stary lęk przed złymi intencjami innych, który zazwyczaj tłumię. I medytacja zamiast go uspokoić, na pewnym etapie go odsłania. Pytanie tylko - co z tym zrobić? Kontynuować i czekać aż samo przejdzie, czy jednak ograniczyć coś?
Ale właściwie co z tym zrobić? Bo rozumiem, że to stary lęk, który wychodzi. Tylko jak go przetworzyć? Kontynuować medytację i czekać aż sam przejdzie? Przerwać? Zmienić technikę? Chyba tu jest sedno, a nie to, czy to paranoja czy czujność.
To naprawdę dobre pytanie i cieszę się, że pada. Bo można siedzieć i analizować co to jest - stary lęk, energia, sygnał - i nie ruszyć się z miejsca. Mam pytanie do ciebie, Ludwinio: czy próbowałaś kiedyś po takiej sesji zapisać dokładnie co czułaś i wobec kogo, bez oceniania? I popatrzeć na to po tygodniu?
Ja od miesięcy prowadzę taki dziennik i to naprawdę pomaga oddzielić ziarno od plew. Widzę, które odczucia wracały i do czego się odnosiły w rzeczywistości. Część nie miała żadnego pokrycia, część tak. Ale bez zapisywania operujesz tylko pamięcią, a pamięć jest bardzo zmienna, szczególnie jeśli emocje są silne.
Ale jeśli już wychodzi ten lęk podczas medytacji, to czy nie lepiej po prostu przestać i zająć się tym z kimś, kto się na tym zna? Nie mówię, że terapia, chociaż czemu nie. Tylko że sama medytacja chyba nie rozwiąże czegoś, co sama wywołuje?
Mam takie wrażenie, że ta rozmowa trochę zakłada, że medytacja jest albo bezpieczna albo niebezpieczna. A czy może być po prostu nieodpowiednia na danym etapie? Tzn. coś, co za rok byłoby ok, teraz jest zbyt dużo?
To mnie zastanawia od dłuższego czasu. Zaczęłam intensywniej meditować jakoś pół roku temu po dużym stresie w pracy. Może weszłam w głębsze praktyki zanim poukładałam sobie rzeczy na zewnątrz? Nie wiem czy kolejność ma znaczenie.
Kolejność ma znaczenie i to ogromne. To o czym mówisz - wejście w głęboką pracę wewnętrzną w czasie kiedy zewnętrzne życie jest rozkołysane - to jest jeden z częstszych powodów nieprzyjemnych efektów medytacji. Nie dlatego, że medytacja jest zła, tylko że wszystko się rusza jednocześnie.
No dobra, ale to brzmi jak wymówka żeby nie medytować. Zawsze będzie jakiś stres. Czekanie na idealny moment to czekanie w nieskończoność.
A co znaczy 'uziemienie' konkretnie? Bo słyszę to często i trochę inaczej za każdym razem.
To może w tym jest problem - że kończę medytację i od razu sprawdzam telefon albo wstaję do gotowania. Może te myśli z sesji nie mają kiedy 'opaść' i idą ze mną dalej?
Wracając do Ludwini i jej koleżanki z pracy - nawet jeśli to stary lęk, który medytacja tylko odsłania, to co teraz? Ta koleżanka nadal będzie się pojawiać w pracy. Jak to rozdzielić w praktyce, żeby nie zacząć jej traktować inaczej przez coś, co może być wyłącznie twoim własnym materiałem?
To co napisałaś o rozróżnieniu - że zostawiasz to co z medytacji w medytacji - brzmi rozsądnie, ale właśnie to mnie zastanawia. Czy emocje naprawdę potrafią zostać z tej sesji, skoro już je czujesz? Dla mnie to tak jakby powiedzieć, że martwię się czymś tylko w środy.
No właśnie, to jest ta kwestia. Emocje nie mają przycisku off. Można nie działać pod ich wpływem, ale samo postanowienie 'to zostaje tu' to trochę wishful thinking bez jakiegoś konkretnego zakorzenienia po sesji.
A czy to w ogóle działa na tę paranoję, o której pisze Ludwinia? Bo jedno to wyjść z medytacji spokojnie, a drugie to co zrobić z konkretną myślą, że ktoś źle ci życzy. Uziemienie tego nie wymaże chyba?
Cały czas mam wrażenie, że krążymy wokół czegoś. Bo albo te lęki przed złymi intencjami kogoś mają jakieś realne zakorzenienie w relacji z tą osobą - i wtedy to nie jest problem medytacji, tylko tej relacji - albo nie mają żadnego zakorzenienia i wtedy to jest coś, czym naprawdę powinien się zająć ktoś z zewnątrz, nie sama praktyka.
