Trochę z boku, ale mam pytanie które mnie tu ciągnie od jakiegoś czasu - czy medytacja w kontekście granic to jest głównie praca z tym, co już się stało, czy też daje jakiś rodzaj przygotowania na przyszłość? Bo z tego co czytam, to większość przykładów jest o tym, jak analizuje się po fakcie. Ale czy można się jakoś 'nastroić' przed trudną rozmową przez medytację?
Ja do tego 'nastrojenia' przed rozmową używałam przez jakiś czas krótkich rytuałów z intencją, i szczerze mówiąc działało podobnie jak to co Sprawiedliwa opisuje. Ale nie wiem czy to była magia czy po prostu efekt skupienia się na sobie przez chwilę. Może to jest to samo.
Ja mam pytanie, może trochę podstawowe, ale czy to 'miejsce w sobie' to jest coś, co się po prostu czuje, czy trzeba tego szukać jakoś konkretnie? Bo jak czytam ten wątek, to rozumiem ideę, ale nie wiem jak bym to rozpoznała u siebie.
To co Jemiolka pisze o tym kontraście - to jest chyba najprostsze wyjaśnienie z całej rozmowy i jakoś do mnie bardziej trafia niż bardziej skomplikowane opisy. Muszę to przemyśleć bo naprawdę nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób - że to poczucie po tym jak coś powiedziałam jest informacją, a nie tylko emocją.
To co Habba napisała o tym kontraście - że nigdy nie patrzyłam na to tak, że to poczucie po wypowiedzi to jest jakiś sygnał - mnie też uderzyło. Tylko mam pytanie: a co jeśli po wszystkim nie czuję nic szczególnego? Ani dobrze, ani źle. To znaczy, że powiedziałam z tego właściwego miejsca, czy że w ogóle nie mam kontaktu z tym co czuję?
Ja bym powiedziała, że moje 'nic' to raczej to drugie. Takie... przejście przez sytuację jakby obok niej. Czy to jest w ogóle do przepracowania przez medytację, czy to brzmi jak coś poważniejszego?
To ciekawe co Emilka pisze, bo ja zawsze myślałem, że medytacja jest właśnie od kontaktu z emocjami. A tu okazuje się, że można medytować i dalej być 'obok'? To jak to w ogóle działa, że jedni mają ten efekt a inni nie?
Właśnie o tym trochę chciałam pisać w tym wątku od początku i cieszę się, że to wyłazi. Bo asertywność przez uważność to nie jest 'uspokój się i powiedz nie'. To jest bardziej: wejdź w to co czujesz na tyle głęboko, żeby wiedzieć skąd pochodzi twoja odpowiedź. I tu jest różnica między wyciszeniem jako ucieczką a wyciszeniem jako wejściem w siebie.
Ale jak odróżnić jedno od drugiego w praktyce? Szczerze, bo dla mnie oba wyglądają tak samo od środka - siadam, oddycham, jest spokojniej. Nie czuję żadnej różnicy między 'uciekaniem' a 'wchodzeniem'.
Ja też nie mam tych wglądów na bieżąco. U mnie one przychodzą często kilka godzin po medytacji, kiedy robię coś zupełnie innego. Czy to się liczy?
To jest zresztą zbieżne z tym, co się dzieje podczas pewnych etapów pracy z kartami - po odczytaniu nie zawsze wszystko od razu 'klika', i to jest okej. Sens dochodzi później. Myślę, że wgląd w siebie ogólnie tak działa, nie tylko w medytacji. Ale wracając do tematu - Tamarka, czy te momenty kiedy jest 'lżej' też potem wpływają na to jak reagujesz w trudnych rozmowach, czy to bez związku?
To mnie zastanawia - czy spokój ogólny to w ogóle coś, czego potrzebujemy do asertywności? Bo mam wrażenie, że asertywność to nie jest bycie spokojnym, to jest bycie gotowym na to że druga osoba może być niezadowolona. I to jest inny rodzaj wewnętrznej pracy, nie?
Ja bym dodała, że ta tolerancja na dyskomfort to jest coś, co można też budować przez intencję. Zanim wejdę w trudną rozmowę, czasem po prostu mówię sobie na głos że mogę na siebie liczyć. I dosłownie czuję jak coś we mnie staje się bardziej stabilne. Nie wiem czy to magia czy autosugestia, ale działa.
Ja mam dokładnie tak samo jak Emilka opisuje - te początki mi wychodzą, a potem coś się dzieje i tracę wątek. Nie wiem nawet kiedy dokładnie. Czy ktoś wie jak w ogóle złapać ten moment kiedy 'odpływasz' od siebie w trakcie rozmowy?
o ramionach to ciekawe, bo ja chyba mam podobnie, tylko nigdy nie patrzyłam na to od tej strony. Jak szybciej mówię to znaczy że już jestem nie u siebie? To znaczy że zanim to złapię, już jestem za daleko?
Ale czy to nie jest trochę za dużo wymagać od siebie, żeby śledzić własne ciało w trakcie rozmowy? Bo rozmowa to już samo w sobie jest wysiłek poznawczy, a tu jeszcze masz monitorować ramiona i oddech... Nie wiem, dla mnie to brzmi jak przepis na jeszcze większy chaos.
No ale zanim to opanujesz, to co? Po prostu się akceptujesz że coś cie poniosło? Mnie to brzmi jak coś, co może trwać latami i nie wiem czy to jest realistyczne oczekiwanie.
Ale od czego zacząć, żeby w ogóle zbudować tę świadomość ciała? Bo ja słyszę o ramionach, oddechu, tempie mówienia - i nie wiem od czego zacząć obserwacji. Czy to jest coś, co się ćwiczy podczas konkretnego rodzaju medytacji?
Właśnie body scan to jest moim zdaniem jedna z bardziej praktycznych form, bo nie wymaga ani skupienia na oddechu, ani siedzenia w bezruchu jak posąg. Możesz to robić leżąc i naprawdę daje tę świadomość ciała, o której mówi Cynamonka.
Dobra ale wróćmy do tematu wątku, bo mi umknęło. Mówimy o asertywności i uważności, a skończyłyśmy na body scanie. Jak to się przekłada? Rozumiem że uczysz się swojego ciała, ale co dalej? Co robisz z tym kiedy stoisz przed trudną rozmową?
Ja zawsze mówię, że oddech jest pomostem między zauważeniem a działaniem. Jak złapię że coś się we mnie napina, to biorę jeden głęboki oddech i dosłownie czas zwalnia. Nie wiem czy to jest 'prawidłowe', ale mi działa i już kilka razy uratowało mnie przed powiedzeniem czegoś, czego bym żałowała.
I to jest właśnie sedno asertywności przez uważność. Nie chodzi o technikę, chodzi o to, że wiesz co to za uczucie kiedy mówisz 'tak' bo chcesz, a co to za uczucie kiedy mówisz 'tak' bo się boisz. Te dwa odczucia w ciele są różne. Tylko musisz ich najpierw doświadczyć żeby móc je potem rozróżniać.
Ale jak masz ćwiczyć to przyszłe uczucie jeśli jeszcze nie podjęłaś decyzji? Trochę to brzmi jak kółko niemożliwe - muszę wiedzieć jak się będę czuła żeby podjąć decyzję, ale żeby wiedzieć jak się będę czuła muszę już wiedzieć co wybrać.
Mam wrażenie, że cały czas mówimy jak rozpoznać sygnały ciała, ale umknęło mi to co Pentagrama zaczęła pisać i nie dokończyła - co robisz kiedy już je złapiesz i musisz zareagować natychmiast? Bo to jest chyba najtrudniejsze, prawda? Nie ma czasu na medytację w połowie rozmowy.
To działa tak samo jak każda wyuczona umiejętność. Pierwsze razy robisz to świadomie, analizujesz, zastanawiasz się. Po wielu powtórzeniach to wchodzi w strukturę. Ale żeby do tego dojść, musisz naprawdę dużo razy przejść przez cały cykl świadomie. Nie ma skrótu.
Właśnie. I do tego dochodzi jeszcze to, z jakimi ludźmi masz do czynienia. Można mieć świetną uważność w spokojnym środowisku, a kompletnie się rozsypać przy jednej konkretnej osobie, która umie wcisnąć wszystkie twoje przyciski naraz.
No i tu dochodzi jeszcze kwestia tego co ja nazywam 'starymi wzorcami' - z rodziną uruchamia się coś zupełnie innego niż ze znajomymi. Jakbyś nagle cofała się do siebie sprzed lat i wszystkie techniki znikają. Czy ktoś miał tak że medytacja pomogła akurat na ten konkretny rodzaj relacji?
