A jak to jest z tymi notatkami w ogóle, bo wczesniej mowiłyście ze śledzenie postepów przeszkadza a teraz Sigilia pisze że robi notatki po sesji. To kiedy notatki pomagają a kiedy szkodzą? Bo ja się zgubiłam troche 🙂
Dziękuję wam wszystkim za tę rozmowę, naprawdę. Czytam i uczę się. Mam tylko jedno pytanie - wy mówicie o obserwowaniu myśli, ale co z myślami które w ogóle nie są słowami? U mnie czasem w medytacji pojawiają się jakieś obrazy albo coś w rodzaju nastroju bez treści i nie wiem czy to też 'myśl' którą mam obserwować, czy coś innego.
Ja mam wrażenie że te nastrojowe obrazy to może nie są myśli tylko właśnie emocje które nie znalazły słów. I może wtedy dystans wygląda inaczej niż przy myślach? Bo nie da się obserwować emocji tak samo jak obserwuje się zdanie które pojawia się w głowie.
Przepraszam że wchodzę w środek, ale właśnie o to chciałam zapytać - jak się w ogóle zaczyna tę obserwację? Bo rozumiem teorię, że patrzę na myśl z boku, ale jak już siedzę to po prostu jestem tą myślą i koniec, nie ma żadnego 'mnie' które by patrzyło z zewnątrz. Czy to mija z czasem?
Dobra, to kontynuuję swoje pytanie bo chyba nie wyraziłam się jasno - mówisz że ten obserwator pojawia się sam, ale czy można jakoś... stworzyć warunki żeby się pojawiał częściej? Bo rozumiem że nie ma ćwiczenia, ale może coś jednak pomaga?
Szczerze to ja nie myślę o czakrach podczas tej praktyki i nie wiem czy to czemuś przeszkadza. Ale pytanie Magini jest dla mnie ciekawe z innego powodu - bo zakłada że obserwator siedzi w jakimś konkretnym miejscu. A co jeśli nie siedzi nigdzie? Co jeśli to nie jest punkt tylko jakiś stan całościowy?
o, to mnie uderzyło. Bo ja właśnie zawsze wyobrażam sobie że obserwuję skądś z góry, jakby z tyłu głowy. Czy to jest błąd? Znaczy - czy ta wizualizacja przeszkadza czy pomaga?
Właśnie czytałam ten wątek i utknęłam na tym co napisała Alinka. Myślenie o myśleniu - czy to jest w ogóle do uniknięcia? Bo wydaje mi się że sama idea 'obserwuję myśl' jest już myślą, więc albo to jest jakoś poza logiką, albo ja po prostu czegoś nie rozumiem.
Dobra ale to jest frustrujące, przepraszam. Przychodzę żeby dowiedzieć się jak zacząć i słyszę że trzeba przestać analizować ale żeby przestać analizować to trzeba przez długi czas analizować? Czy jest jakiś pierwszy krok który po prostu działa, bez wszystkich tych warstw?
Dziękuję że to napisałaś Milenka, bo ja też szukam czegoś prostego. Tylko mam pytanie - jak to jedno słowo mówisz, to mówisz je zaraz po tym jak myśl się pojawi, czy dopiero jak zauważysz że już w niej siedzisz?
A mnie ciekawi jedno - czy ten moment zauważenia że siedzę w myśli, to jest już sukces czy raczej po prostu neutralny fakt? Bo widziałam że wiele osób się z siebie cieszy albo złości w tej chwili i to od razu tworzy kolejną myśl. Jak wy to przeżywacie?
Myślę że nie zatrzymujesz. Mam na myśli to że sama ocena 'znowu mi uciekło' to też tylko myśl i ją też możesz powiedzieć po cichu 'ocenianie' i wrócić. Nie ma tu sukcesu ani porażki do zatrzymania, jest tylko kolejny moment w którym można zacząć od nowa.
Ale ile razy można zaczynać od nowa w jednej sesji? Bo naprawdę pytam, bo u mnie bywa że wracam sto razy i po jakimś czasie po prostu czuję że to jest absurdalne i rezygnuję. Czy ktoś ma podobnie że sama ilość powrotów zaczyna być przeszkodą?
To bardzo ciekawe co mówisz Dziedzilia, bo to sugeruje że obserwowanie myśli w medytacji i analizowanie ich po medytacji to są dwie osobne rzeczy, które razem coś dają. Ja tego nie łączyłam. Tylko czy to nie sprawia że medytacja staje się taką sesją terapeutyczną zamiast wyciszeniem?
Właśnie to pytanie Koperek mnie zastanawia, bo ja też tak miałam że próbowałam ocenić sesję - ta była 'dobra' bo byłam cicho, a ta była 'zła' bo myślałam przez cały czas. I potem przeczytałam gdzieś że ocenianie sesji to jest po prostu kolejna sesja oceniania. Trochę mi to odbiło postrzeganie.
O, to jest inne podejście. Ale jak zaczynasz szukać tych sygnałów w ciągu dnia, to czy nie zaczynasz znowu obserwować siebie z zewnątrz przez cały czas? Jakby medytacja wychodziła za swoje 'okienko'?
No właśnie, bo ja zawsze myślałam że medytacja to jest praktyka oddzielona od reszty dnia, coś jak rytuał który ma swój czas i koniec. A wy mówicie o czymś co przenika całą dobę. Czy to nie jest męczące?
Ja mam pytanie troche z boku ale moze wazne - czy wy na poczatku czulyscie ze wasze myśli sa jakies bardziej głośne kiedy zaczęłyscie medytować? Bo mi się wydaje ze odkad probuje, mam ich jakby wiecej, nie mniej i trochę się tym stresuje.
Ten obrazek jest całkiem trafny. Chociaż ja bym powiedziała inaczej - myśli nie ma nagle więcej, tylko wcześniej nie zauważałaś ich ilości. To trochę jak z hałasem w mieszkaniu - wychodzisz na chwilę i jak wracasz to słyszysz że lodówka cały czas brzęczy. Nie zaczęła brzęczeć, ty po prostu przestałaś to filtrować.
Okej, ten przykład z lodówką mi coś trafił. Ale mam pytanie techniczne - jak długo u was trwało zanim ta lodówka zaczęła brzmieć jako tło a nie hałas? Bo u mnie ona nadal gra bardzo głośno.
To co Koperek pisze to wydaje mi się bardzo uczciwa obserwacja. I trochę wracamy do początku tego wątku - bo dystans do myśli to nie jest coś co się 'ma', to jest coś co ćwiczysz powtarzaniem. Jak nie ćwiczysz, to mięsień słabnie. Czy to zbyt proste żeby było prawdziwe?
Może właśnie dlatego ten moment powrotu jest ważny? Że nieważne ile razy odpłynęłaś, ważne że wróciłaś. To jest ten jeden ruch który coś buduje. Ale nie wiem czy to moja teoria czy to jest gdzieś opisane, żeby nie opowiadać czegoś co wymyśliłam 🙂
Nie, nigdy tak nie próbowałam. Właściwie to nie wiedziałam że tak można. Zawsze mi się wydawało że muszę wrócić do oddechu i tyle, że złość to jakaś przeszkoda a nie element sesji.
A właśnie to jest według mnie jedna z tych rzeczy które najtrudniej zrozumieć na początku. Że złość podczas sesji nie jest porażką ani przeszkodą. Ja przez długi czas wyrzucałam siebie że nie umiem 'wyciszyć się', zanim dotarło do mnie że to wyciszanie nie jest celem.
Ale jak to nie jest celem? Przepraszam, może zadaję głupie pytanie, ale przez cały czas myślałam że właśnie o to chodzi. Że mam mieć cicho w głowie. Jeśli nie o to chodzi, to po co w ogóle siadać?
Genowefka, serio - czy naprawdę czujesz że nie ma żadnej zmiany od kiedy siedzisz, czy to jest taki moment zwątpienia? Bo czasem to jest po prostu zły dzień i wydaje się że wszystko jest bez sensu. To nie to samo co faktyczny brak efektów.
A mozecie mi powiedziec co wy w ogole robilyscie na poczatku? Bo ja ciagle nie wiem czy dobrze siade, czy dobrze odycham, i mam wrazenie ze polowe sesji spedzam na kombinowaniu czy robie to poprawnie zamiast po prostu siedziec.
