To jest uczciwe i ważne pytanie. Moja szczera odpowiedź, nie jako ekspert, tylko jako ktoś, kto obserwuje ten temat od lat: krótka, łagodna praktyka skanowania oddechu, pięć, dziesięć minut, dla większości ludzi nie robi krzywdy. Ale jest jeden przypadek, kiedy uważałbym, czyli kiedy zacierasz granicę między 'siedzę z sobą' a 'unikam działania'. Wtedy medytacja może stać się wymówką.
Czytam tę rozmowę od początku i chcę zapytać, bo jestem tu nowa w tym temacie. Jak w ogóle odróżnić medytację, która pomaga, od medytacji, która jest ucieczką? Czy jest jakiś znak?
A ja mam pytanie może trochę z boku, ale chyba związane. Czy przy tym wszystkim, o czym tu mówicie, kamienie i kryształy mogłyby być jakimś wsparciem? Pytam, bo słyszałam, że ametyst działa kojąco i zastanawiam się, czy połączone z medytacją miałoby sens.
Nadzieja ma rację. Dziękuję, że trzymacie temat. I chyba po tej rozmowie wiem jedno, może spróbuję dwóch rzeczy naraz. Krótkiej medytacji oddechu, naprawdę krótkiej, i zapiszę się gdzieś na pierwszą wizytę. Jeszcze nie wiem gdzie ani kiedy, ale samo pomyślenie tego na głos jest jakieś inne niż wcześniej.
To, co napisała Melania, to chyba najważniejszy moment w tej dyskusji. Dwie rzeczy naraz - medytacja i pierwsza wizyta. Chcę zapytać jedno: czy masz już jakiś rodzaj medytacji, który próbowałaś i czułaś się przy nim względnie bezpiecznie? Bo to może mieć znaczenie dla tego, od czego zacząć.
Próbowałam raz takiej prowadzonej z YouTube, ktoś liczył oddechy i mówiił, żeby obserwować myśli. Ale właśnie to obserwowanie myśli mnie trochę przestraszyło, bo nagle zrobiło się ich bardzo dużo i nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Dlatego pytałam, czy to bezpieczne.
To, co opisujesz, to bardzo znany efekt i powiem wprost: przy depresji albo obniżonym nastroju obserwowanie myśli bez żadnego prowadzenia może być zbyt intensywne. Nie dlatego, że medytacja jest zła, tylko że to konkretna technika, która wymaga pewnego gruntu. Czy ta prowadzona z YouTube mówiła cokolwiek o tym, co zrobić, gdy myśli są przytłaczające?
Nie. Właśnie nie. Była bardzo ogólna i chyba skierowana do kogoś, kto jest już w miarę stabilny. Teraz to widzę.
A to jest może właśnie odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie, które zostało bez odpowiedzi. Bezpieczna medytacja przy tym stanie to chyba ta, która ma konkretne wskazówki na wypadek trudnych momentów, nie tylko te z serii 'odsuń myśl i wróć do oddechu'. Czy ktoś zna takie materiały po polsku?
Trochę mi to przypomina prace z runami, gdzie też masz momenty, kiedy obraz staje się za intensywny i trzeba umieć zamknąć. Nie wiem, czy to dobre porównanie, ale zasada jest podobna - nie wchodzisz głębiej niż jesteś w stanie utrzymać. Tylko przy medytacji i depresji ta granica jest pewnie trudniejsza do wyczucia.
Słucham was i mam pytanie do Melanii, bo chcę dobrze zrozumieć. Napisałaś, że myśli się 'namnożyły' podczas tej medytacji. Czy to były myśli ogólnie chaotyczne, czy konkretnie te przygnębiające, o których wcześniej pisałaś?
Trochę jedno i drugie. Ale bardziej takie oceniające. Że robię to źle, że nic z tego nie wychodzi, że inni pewnie to umieją, a ja nie. Typowe dla mnie, teraz jak to piszę, to widzę, że to nie jest przypadkowe.
To, co opisujesz, to właśnie jeden z tych momentów, o których wspomniałem wcześniej, i tu jest ważna granica. Medytacja nie powinna być kolejnym polem, na którym oceniasz siebie jako niewystarczającą. Jeśli tak się dzieje, to technika nie pasuje do momentu, nie do ciebie jako osoby. Czy ktoś tu pracował kiedyś z prowadzoną medytacją współczucia wobec siebie zamiast obserwacji myśli?
To się chyba nazywa loving-kindness albo metta, czytałem o tym. Podobno przy obniżonym nastroju jest bezpieczniejsza niż klasyczna obserwacja, bo zamiast patrzeć na myśli, kierujesz jakiś rodzaj ciepła do siebie. Ale nie próbowałem, więc mówię tylko z czytania.
Wróćmy do Melanii, bo chyba ona nas sprowadza na ziemię najlepiej. Napisałaś, że samo pomyślenie o wizycie coś zmieniło. Czy masz kogoś w otoczeniu, kto mógłby towarzyszyć ci w tym kroku, niekoniecznie wejść z tobą, ale być obok? Pytam, bo mi to kiedyś bardzo pomogło.
Mam jedną osobę, która by to rozumiała. Reszta to takie, które by pytały po co i czy nie przesadzam. Ale ta jedna to wystarczy, myślę. Dziękuję, że zapytałaś, bo jakoś nie pomyślałam, że to w ogóle jest opcja.
I to jest chyba dobra nuta, na której nie kończmy, ale przy której można na chwilę stanąć. Melania ma plan, ma osobę, ma kierunek. I wciąż mamy otwarte pytanie o tę granicę między medytacją a ucieczką, bo myślę, że to jest wątek, który wykracza poza jedną osobę i dotyczy każdego tu siedzącego.
To, co powiedziałeś o granicy między medytacją a ucieczką, zostaje ze mną. Bo myślę, że to nie jest tylko pytanie dla Melanii. Kto z was w ogóle świadomie zastanawiał się, czy siada do medytacji po to, żeby coś przepracować, czy żeby tego nie czuć?
Dobre pytanie i uczciwe. Dla mnie przez długi czas to była ucieczka, tylko że ładnie opakowana. Mówiłam sobie, że 'pracuję ze sobą', a właściwie siedziałam cicho, żeby nie myśleć o tym, co boli. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłam, że jedno i drugie wygląda tak samo z zewnątrz, ale zupełnie inaczej smakuje.
Uwieranie po sesji to nie jest złe kryterium. Ale chcę doprecyzować, bo to może być mylące, szczególnie przy depresji. Uwieranie w sensie 'coś mi się uświadomiło' to jedno. Uwieranie w sensie 'napakowałam w sobie jeszcze więcej lęku' to drugie. Melania, czy ty po tej swojej nieudanej sesji czułaś raczej pierwsze, czy drugie?
Raczej to drugie. Czułam się gorzej niż przed. Jakby wszystko, co normalnie jakoś tłumię, nagle się pojawiło i nie miałam co z tym zrobić. Zostałam z tym sama i nie wiedziałam, jak to zamknąć.
I to chyba jest clou całego wątku. Nie samo pojawienie się trudnych treści jest problemem, tylko właśnie to, że nie było jak tego zamknąć. Czy ktoś tu w ogóle uczył się technik wychodzenia z medytacji, kiedy zrobi się ciężko? Bo nigdy nie słyszałem, żeby to było standardowo omawiane.
Ja nie, szczerze. Zawsze gdzieś na końcu prowadzący mówił 'wróć do oddechu, otwórz oczy, koniec', ale co zrobić, jak po zamknięciu oczu masz głowę pełną rzeczy, o których wolałbyś nie wiedzieć - tego nikt nie mówił. Chyba zakłada się, że każdy sobie poradzi.
W porządnych kursach to jest. Ale 'porządny kurs' i 'kurs medytacji dostępny w każdym centrum jogi za sto pięćdziesiąt złotych' to często nie to samo. Nie mówię, że wszystkie są złe, ale pytanie o stan psychiczny uczestnika bywa traktowane jako formalność, a nie jako coś, co zmienia podejście prowadzącego.
To brzmi jakbyś mówił, że odpowiedzialność leży po stronie prowadzącego, a nie ćwiczącego. Ale co w sytuacji, gdy ktoś, tak jak Melania, próbuje sam z YouTube? Tam nie ma nikogo, kto zapyta, jak się czujesz.
No właśnie. Ja nie miałam żadnego kursu. Weszłam w YouTube, bo ktoś mi napisał, że to pomoże. I nikt mnie nie zapytał, czy jestem gotowa na to, co mogę spotkać. Teraz się zastanawiam, czy gdybym wiedziała wcześniej, to w ogóle bym zaczęła od tej techniki.
To ważne, co mówisz. Bo tak naprawdę dostęp do medytacji nigdy nie był łatwiejszy i to jest i dobre, i złe jednocześnie. Łatwiejszy dostęp nie znaczy bezpieczniejszy. Jak myślisz, czy gdybyś trafiła na inny film, z inną techniką, to mogło wyglądać inaczej?
