Szczerze? Nie wiem. I chyba pierwszy raz w tym wątku mam poczucie, że to pytanie mnie rzeczywiście dotyczy, a nie jest tylko filozofią.
To, co Pucharka mówi, jest ważne, bo właśnie to napięcie między spokojem a autentycznością jest czymś, o czym tradycje kontemplacyjne mówią bardzo różnie. W advaita vedancie spokój jest oznaką dotknięcia prawdziwego 'ja'. W zen - niekoniecznie, bo zen ceni też energię i ruch. Więc zanim zapytamy, czy jesteśmy autentyczni, warto zapytać w ramach jakiej tradycji to oceniamy.
To, co mówi Irisa, bardzo mi się zgadza z czymś, czego doświadczyłem. Przez długi czas szukałem praktyki, która 'do mnie pasuje' - i za każdym razem wybierałem taką, która potwierdzała coś, co już myślałem o sobie. Dopiero kiedy trafiłem na coś, co mi nie pasowało i zostałem z tym dłużej, coś się ruszyło. Ale nie powiem, że to była 'autentyczność' - bardziej dyskomfort.
Mariuszek, to jest dla mnie ważne. Co to było, co ci nie pasowało? I jak długo zostałeś z tym dyskomfortem, zanim coś się zmieniło?
To brzmi znajomo i jednocześnie trochę mnie przeraża. Bo ja też uciekam w myśli i wiem o tym. Ale trzy miesiące z czymś, co sprawia dyskomfort - to wymaga jakiejś decyzji, żeby zostać. Skąd wiedziałeś, że warto?
Wątek z tym dyskomfortem i oporem jest dla mnie bardzo istotny w kontekście tytułu całej tej dyskusji. Bo jeśli autentyczność to coś, co odkrywamy przez praktykę, to chyba musimy zakładać, że jest ona czymś innym niż to, czym myślimy, że jesteśmy na początku. A to oznacza, że przez jakiś czas będzie coś, co 'nie pasuje'. Tylko czy to jest argument za wytrwaniem, czy za tym, że wybrana praktyka po prostu nie jest dla nas?
To jest właśnie pytanie, na które żadna tradycja nie daje jednoznacznej odpowiedzi i chyba dobrze. Bo zbyt łatwa odpowiedź 'zostań z dyskomfortem' bywa używana jako uzasadnienie trwania w czymś, co po prostu jest złe. Jak rozróżnić opór, który jest częścią procesu, od sygnału, że coś nie gra?
To pytanie Irisy o rozróżnienie wydaje mi się kluczowe i nie mam na nie gotowej odpowiedzi. Ale z mojego doświadczenia - opór, który jest częścią procesu, ma inną jakość niż ten, który sygnalizuje, że coś jest nie tak. Pierwszy jest taki... ciężki, ale neutralny. Drugi ma w sobie coś alarmującego. Tylko że to rozróżnienie widać często dopiero po czasie, nie w momencie siedzenia.
Kartomanta dotknął czegoś ważnego, ale chcę to trochę odwrócić. Skoro nasza interpretacja jest zabarwiona, to może potrzebujemy nie tyle nauczyciela, co drugiej osoby, która medytuje inaczej niż my? Ktoś, kto widzi nasz opór z zewnątrz, ale nie z pozycji autorytetu?
Wracam do tego, co powiedział Kartomanta, bo uważam, że za szybko przeszliśmy do pytania 'jak rozróżnić' - jakbyśmy zakładali, że to rozróżnienie jest w ogóle możliwe z góry. A co jeśli właśnie niemożność rozróżnienia jest sednem praktyki? Nie mówię, że każdy dyskomfort jest dobry - mówię, że może sama niemożność pewności jest czymś, z czym trzeba się nauczyć żyć. I to jest bliżej autentyczności niż każda gotowa odpowiedź.
Pucharka poruszyła coś, co mnie też uwiera. W literaturze klinicznej jest rozróżnienie między dyskomfortem adaptacyjnym a dezadaptacyjnym - to drugie pogłębia unikanie, a nie je redukuje. Problem polega na tym, że w praktyce medytacyjnej te dwa rodzaje mogą wyglądać identycznie przez pierwsze tygodnie. I nie ma dobrego narzędzia diagnostycznego poza obserwacją długoterminową.
To co Nightshade mówi to nie jest pesymizm, to jest opis rzeczywistości dla większości ludzi, którzy zaczynają samodzielnie. I mam pytanie do tych, którzy tutaj mają dłuższą praktykę - czy wy mieliście kogoś na początku, czy też siedzieliście sami i jakoś przez to przeszliście?
Mnie trochę dziwi, że mówimy o autentyczności, a jednocześnie okazuje się, że do jej odkrycia potrzebujemy kogoś z zewnątrz. Czy to nie jest sprzeczność? Bo jeśli moje 'prawdziwe ja' można rozpoznać tylko z pomocą nauczyciela albo grupy, to czyje to właściwie jest 'ja'?
Zielarka mówi coś ciekawego, ale to jest dla mnie trochę niepokoją. Bo jeśli moje 'ja' tworzy się w kontakcie, to co z tym, kiedy kontakt jest toksyczny? Czy wtedy też się 'autentycznie' formuję? Tylko w złym kierunku?
Wróćmy na chwilę do czegoś, co Rozalinda powiedziała wcześniej - że może autentyczność nie jest punktem wyjścia, tylko materiałem praktyki. Siedzę z tym od kilku postów i mam pytanie: czy to znaczy, że to 'prawdziwe ja', które odkrywamy, jest czymś, co w ogóle istniało przed praktyką? Czy raczej ono się przez nią buduje?
Nightshade zadała pytanie, które jest dla mnie centralnym pytaniem całego tego wątku i cieszę się, że wróciłaś do niego wprost. Moja odpowiedź jest taka: nie wiem, czy jedno z tych ujęć jest prawdziwe. Ale z perspektywy praktyki ta różnica może nie mieć znaczenia. Jeśli coś przez medytację staje się bardziej spójne, mniej reaktywne, bardziej obecne - to czy to 'odkrycie' czy 'budowanie'? Efekt może być ten sam.
Nie zgadzam się z Rozalindą, że ta różnica nie ma znaczenia. Jeśli to buduję, to znaczy, że mogę zbudować coś innego - że są inne możliwe 'ja'. Jeśli odkrywam, to zakładam, że jedno z nich jest 'prawdziwsze'. I to przekłada się na to, jak traktuję siebie, kiedy medytacja przynosi wyniki, które mi się nie podobają.
Właśnie, i to jest chyba kluczowe. Jeśli traktuję siebie jak projekt, to kiedy medytacja odsłania coś nieprzyjemnego, mogę powiedzieć 'to tylko wersja, którą buduję, mogę ją zmienić'. Ale jeśli to 'odkrycie', to znaczy, że to jest prawdziwe 'ja' i nie ma ucieczki. Nie wiem, które bardziej boli.
Obydwie zakotwiczają w jakimś pojęciu stałości albo jej braku, a w praktyce to pojęcie i tak nam ucieka w połowie sesji. Więc może pytanie nie brzmi 'co odkrywam czy buduję', ale 'co się dzieje z tym, kto zadaje to pytanie, kiedy siedzi w ciszy przez dłuższy czas'.
ACT, theravada, psychologia humanistyczna... Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wrażenie, że każde nowe pojęcie oddala nas od tego, co Rozalinda napisała na początku. Bo ona pytała o autentyczność w praktyce, a my teraz rozmawiamy o teoriach osobowości. Czy ktoś tu w ogóle siada i medytuje, czy tylko o tym czyta?
Pucharka mówi wprost i ma rację. Mogę powiedzieć o sobie tyle: przez długi czas czytałem więcej niż siedziałem. I właśnie w tym czytaniu znajdowałem poczucie, że 'robię postępy'. Aż kiedyś coś we mnie powiedziało, że to jest kolejna warstwa, za którą się chowam.
Mariuszek dotknął czegoś, o co mi chodziło od początku, tylko nie umiałam tego powiedzieć tak konkretnie. Ta dezorientacja bez rusztowania, o której mówi, to nie jest błąd praktyki. Pytanie tylko, czy możemy ją odróżnić od dezorientacji, która nas po prostu gubi.
No i wróciliśmy do punktu wyjścia, tylko okrężną drogą. Jak odróżnić dezorientację płodną od jałowej. I tu Rozalinda znowu mówi coś, co brzmi mądrze, ale praktycznie wciąż nie wiem, co z tym zrobić w środku sesji.
Czytam tę rozmowę od początku i ciągle mam wrażenie, że mówicie o czymś, co jest bardzo indywidualne, a jednocześnie szukacie jakichś ogólnych reguł. Czy to nie jest trochę tak, że każdy tu opisuje swoje 'prawdziwe ja' i zakłada, że inni mają podobne?
Jurek, to brzmi jakbyś mówił, że cała ta rozmowa jest z góry skazana na niepowodzenie, bo mówimy o rzeczach, które z natury są nieporównywalne. Czy o to ci chodzi?
Dobrze, to pytam konkretnie do tych, co mają dłuższą praktykę: czy po którymś czasie poczuliście, że to 'ja', które widzicie w medytacji, to to samo 'ja', które działa w życiu codziennym? Bo mam poczucie, że te dwie wersje mnie się rozjeżdżają, im dłużej siedzę.
Podobnie. Ale chcę dopytać Rozalindę - co to za informacja? Bo możemy powiedzieć 'wszystko jest informacją' i to jest prawda, ale co z nią robisz?
