Właśnie, bo jeśli na poduszce czujesz spokój, a zaraz potem reagujesz tak samo jak zawsze, to czy medytacja w ogóle coś zmienia w tym autentycznym 'ja', czy tylko daje chwilę oddechu od niego?
Pytanie Mariuszka mnie zatrzymało. Bo jeśli medytacja daje chwilę oddechu od siebie, a potem wracasz do starych wzorców, to co to właściwie zmienia? Czy to nie jest trochę jak wakacje - wyjeżdżasz, odpoczywasz, wracasz i wszystko takie samo?
Nightshade zadała pytanie, które przypomina mi stary problem w filozofii praktyki kontemplacyjnej: czy przerwa w automatyzmie to już zmiana, czy tylko zawieszenie? Bo może nie chodzi o to, żeby wzorzec znikał, tylko żeby był coraz krócej bezrefleksyjny.
U mnie ta szczelina najpierw pojawiła się nie w sesji, tylko poza nią. Zrobiłem coś, na co normalnie bym zareagował złością, i przez ułamek sekundy byłem zaskoczony własną reakcją, jakby ktoś inny na nią patrzył. To było dziwne uczucie. Nie wiem, czy to właśnie to, o czym mówi Rozalinda.
Właśnie to mnie interesuje w tej obserwacji Mariuszka - ten 'ułamek sekundy zaskoczenia'. W literaturze o mindfulness pojawia się pojęcie metaświadomości, czyli zdolności do obserwowania własnego stanu psychicznego w czasie rzeczywistym. Badania Fleminiga i innych sugerują, że właśnie ta zdolność, a nie samo uspokojenie, jest tym, co praktyka faktycznie wzmacnia. Więc może autentyczność to nie jest odkrywanie jakiejś stałej treści, tylko właśnie ten moment zaskoczenia.
Szafranka uderzyła w coś istotnego. Bo to jest dość stara pułapka - privilegowanie świadka ponad uczestnikiem. Tradycje buddyjskie zresztą też się między sobą o to spierają. Zen raczej powiedziałby, że obserwator to kolejna warstwa, nie fundament.
I właśnie dlatego nie chcę mówić, że medytacja odkrywa 'prawdziwe ja' jako jakiś obiekt. Raczej chodzi mi o to, że praktyka zmienia relację z tym, co się we mnie dzieje. Nie wiem, czy jest pod tym jakaś twarda esencja. Ale to, że coś się w tej relacji zmienia - tego doświadczam i nie umiem tego wytłumaczyć inaczej.
To nie jest tylko wyobraźnia, Nightshade. Ja przez kilka tygodni praktyki przechodziłam przez coś, co możnaby nazwać warstwą wstydu. Rzeczy, które uważałam, że już przepracowałam. I nie wiem, czy to był postęp, czy po prostu otworzyłam coś, do czego nie byłam gotowa. Skutki były mieszane.
To, co opisuje Irisa, ma nazwę w psychologii - to zjawisko określa się czasem jako efekt odhamowania, kiedy redukujesz automatyczne mechanizmy tłumiące i wyłazi materiał, który był pod spodem. Nie jest to ani dobry ani zły znak sam w sobie. Pytanie, które mi się nasuwa: czy to, co wyłazi, jest tym samym co 'autentyczne ja', czy tylko tym, czego dotąd unikałaś?
Jurek, ale to jest trochę złośliwe pytanie, nie? Bo jak mam odróżnić jedno od drugiego? Szczególnie w środku tego, co opisuje Irisa?
To ciekawe, co mówi Kartomanta, bo wychodzi na to, że medytacja to nie jest droga do 'ja', tylko raczej rodzaj wywoływacza. I wtedy pytanie Rozalindy z początku wątku nabiera innego sensu - bo może autentyczność nie jest w samej praktyce, tylko w tym, co z nią zrobisz potem?
To, co mówi Szafranka, jakoś mnie zatrzymało. Bo jeśli medytacja jest wywoływaczem, a nie drogą, to po co w ogóle wracać na poduszkę? Można by po prostu żyć i reagować na to, co wychodzi. Rozalinda, rozumiem, że dla ciebie ta praktyka ma wartość sama w sobie, ale jak to tłumaczyć komuś, kto dopiero zaczyna i nie wie, czego szukać?
Nightshade, to jest naprawdę dobre pytanie i nie mam na nie gotowej odpowiedzi. Chyba bym powiedziała, że bez tej praktyki te same rzeczy też by wychodziły, tylko że bez żadnego kontekstu do ich obserwowania. Wywoływacz nie działa w próżni. Ale tak naprawdę to właśnie interesuje mnie w tym wątku - czy praktyka tworzy warunki, czy tylko przyspiesza coś, co i tak by się stało?
Ale czy to nie prowadzi do jakiegoś absurdu? Że można być autentycznym względem metody i nieautentycznym względem siebie? Mnie to bardziej wygląda na to, że ktoś po prostu robi ćwiczenia bez zrozumienia. Czy nie prościej po prostu powiedzieć, że praktyka jest głębsza albo płytsza?
To, co mówi Irisa, coś mi przypomina. Przez jakiś czas myślałem, że im dłużej siedzę, tym lepiej. Potem ktoś mi powiedział coś, co wtedy brzmiało głupio, a teraz rozumiem - że medytacja to nie jest kopanie głębiej, tylko raczej zostawanie tam, gdzie jest niewygodnie. Nie wiem, czy to autentyczność, ale coś w tym jest.
Słucham tego i myślę sobie, że może właśnie tutaj jest ten związek z autentycznością, o który Rozalinda pyta od początku. Jeśli autentyczność to bycie z tym, co jest, bez ucieczki, to praktyka jest autentyczna dokładnie w tej mierze, w jakiej nie uciekamy. Ale wtedy to nie jest odkrywanie 'prawdziwego ja', tylko raczej stopniowe rezygnowanie z ucieczki. Czy to nie brzmi depresyjnie?
Szafranka, depresyjnie albo wyzwalająco, zależy od perspektywy. Ale podoba mi się ta zmiana framing'u - nie odkrywanie, tylko rezygnowanie z ucieczki. Choć zastanawiam się, czy to nie jest dwie strony tego samego. Kiedy przestajesz uciekać od czegoś, to czy nie odkrywasz właśnie tego, przed czym uciekałaś?
Jest w tym spore uproszczenie, bo model 'ucieczka vs. autentyczność' zakłada, że to, przed czym uciekamy, jest zawsze bardziej prawdziwe od tego, ku czemu zmierzamy. A badania nad regulacją emocji sugerują, że mechanizmy obronne nie są po prostu barierami przed prawdą, tylko funkcjonalnymi strategiami adaptacyjnymi. Nie każda ucieczka jest zdradą autentyczności. Czasem jest po prostu sensowna.
Jurek, to jest uczciwa korekta. Ale ja bym dodał do tego jeden wymiar, który wydaje mi się ważny w kontekście pytania Rozalindy - chodzi o ciągłość. Nawet jeśli nie ma hierarchii między warstwami, to praktyka pozwala zobaczyć, które wzorce wracają. I może właśnie to, co wraca niezależnie od wszystkiego, jest bliżej tego, czym jesteś.
Kartomanta, ale to, co wraca, może wracać właśnie dlatego, że jest problematyczne, a nie dlatego, że jest 'prawdziwe'. Trauma też wraca. Uzależnienie też wraca. Czy to znaczy, że są częścią prawdziwego ja?
Ale tutaj wchodzimy w zupełnie inne pytanie - jeśli to nie jest cel, tylko krok, to co właściwie jest celem? Bo słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wrażenie, że każda odpowiedź odsuwa cel o kolejny poziom dalej.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale mam pytanie trochę bardziej praktyczne. Czy wy - ci, którzy medytujecie od lat - faktycznie macie poczucie, że jesteście dziś bliżej jakiegoś 'siebie' niż kiedy zaczynaliście? Bo czytam tę rozmowę i zastanawiam się, czy to coś, co się czuje, czy tylko coś, w co się wierzy.
Mariuszek, to brzmi dla mnie bardzo uczciwie i myślę, że dotykasz czegoś ważnego. Może problem z całą tą rozmową o 'prawdziwym ja' jest taki, że szukamy jakiejś substancji - czegoś stałego, co można odkryć i zachować. A to, co opisujesz - rzadsze kłócenie się ze sobą - to brzmi bardziej jak zmiana relacji niż odkrycie obiektu. Ciekawi mnie jedno: czy ta zmiana nastąpiła przez samą praktykę, czy przez coś, co wydarzyło się poza nią?
