Mam wrażenie, że ta rozmowa cały czas krąży wokół jednej rzeczy, a nikt jej wprost nie powiedział. Chodzi o to, że nie ma jednej metody na emocje w medytacji. Jest kilka podejść i każde działa na kogoś innego, albo na tę samą osobę w różnych momentach. Czy ktoś miał tak, że ta sama emocja raz wymagała obserwacji z dystansu, a innym razem wejścia w nią?
Andromedka i Damellaa, to mi trochę ulżyło, bo myślałam, że jak zmieniam podejście, to robię coś nie tak. A wygląda na to, że to jest właśnie część tej pracy, że trzeba być elastyczną. Ale jak wy to rozpoznajecie w danej chwili, co potrzeba, obserwacja czy wejście? Czy to intuicja, czy coś konkretnego?
Oddech jako wskaźnik, to jest konkretne. Ale mam pytanie, czy jak specjalnie wyrównam oddech w takim momencie, to emocja odpuści, czy może właśnie ją zablokuję? Bo nie wiem, czy to byłoby dobre, czy złe.
Wracając do tego, co Czarownica napisała o intencji przy oddechu, bo to mnie zatrzymało. Jak mam sprawdzić intencję w środku medytacji? Serio pytam, bo wydaje mi się, że wtedy nie mam do siebie takiego analitycznego dostępu. Myślę, że oddycham żeby być lepiej, ale może właśnie wtedy uciekam i w ogóle tego nie wiem.
To co Czarownica opisuje jako ślad po zmianie, u mnie objawia się inaczej. Jak coś naprawdę przeszło, to mam wrażenie, że ciało jest jakby ciut luźniejsze, nawet jeśli emocja była trudna. A jak tylko znikła bez przerobienia, to następnego dnia wraca przy byle drobiazgu. Czy ktoś ma podobnie z tym 'wracaniem'?
mam pytanei, bo czytam i trochę sie gubie. Jak coś wraca po medytacj, to znaczy ze trzeba do tego wracac w kolejnych sesjach, czy ze ta konkretna medytacja nie zadziałała i trzeba jakoś inaczej?
Ten obraz z cebulą jest popularny i rozumiem, skąd pochodzi, ale trochę mam z nim problem. Zakłada, że emocja ma skończoną liczbę warstw i w końcu dotrzesz do środka. A co jeśli niektóre emocje po prostu są i nie ma żadnego 'środka', do którego się dociera? Pytam, bo nie chcę siedzieć latami i czekać na jakieś dno, które nie istnieje.
Ten duży pies który szczeka, to mi się podobam jako obraz 🙂 Ale czy to nie oznacza, że w jakimś sensie się od tej emocji odcinamy, tylko ładniej to nazywamy? Bo ta emocja nadal jest, boli, ale my mówimy sobie 'ok, nie ugryzie'. Nie wiem, czy to nie jest właśnie to racjonalizowanie, o którym wcześniej mówiono.
To co Czarownica mówi o uczciwości wobec siebie, to dla mnie sedno całego tematu. Medytacja mogłaby być wygodnym miejscem do bardzo subtelnego okłamywania siebie, bo wszystko jest bardzo ciche i wewnętrzne i nikt nie sprawdza. Jak wy sobie z tym radzicie, żeby nie tworzyć takich wygodnych historii o swoich emocjach?
Czytam to i zaczynam się trochę niepokoić, bo teraz każda moja reakcja w życiu będzie mi się wydawać dowodem na to, że medytacja nie działa albo że się okłamuję. Czy to normalne, że ta rozmowa sprawia, że zamiast poczuć się pewniej z medytacją, czuję więcej niepewności? Może za dużo analizuję.
Mlecznia, ta niepewność to według mnie nie jest zły znak. Sama ją miałam i mam czasem do dziś. Medytacja nie daje poczucia, że wszystko wiadomo, raczej uczy siedzieć z tym, że nie wszystko wiadomo. Jeśli wychodzisz z sesji z pytaniami, a nie z odpowiedziami, to może jest właśnie dobrze. Choć rozumiem, że to mało komfortowe.
To co Rumianek napisała o wychodzeniu z sesji z pytaniami, a nie odpowiedziami, to mnie zatrzymało. Bo ja zawsze myślałam, że jak dobrze medytuję, to powinnam czuć się po tym... bardziej ułożona? A tu wychodzi, że niepewność jest wpisana w ten proces? Trochę mi to przestawia myślenie.
To co Damellaa i Smiertka poruszają, to jest coś, z czym sama się zmagałam. Doszłam do tego, że kluczowe jest dla mnie pytanie zadawane nie w trakcie medytacji, tylko jakiś czas po niej: czy ta emocja, która się pojawiła, w jakimś stopniu się wyjaśniła albo zmieniła swój kształt? Nie musi zniknąć, ale coś powinno się poruszyć.
a co jesli ta emocja ktora wychodzi podczas medytacj jest tak silna ze nie dajesz rady nic obserwowac? mi sie tak zdarzylo ze po prostu placzkam i juz, kompletnie mnie zalewa i nie ma mowy o zadnym obserwowaniu
To co Mlecznia opisuje z tą kotwicą w stopie, to jest bardzo zbliżone do tego, co czytałam o ugruntowaniu. Ale mam pytanie do tych, którzy mają więcej doświadczenia z emocjami w medytacji: czy ta kotwica, która pomaga nie tonąć, nie sprawia jednocześnie, że emocja nie może naprawdę wybrzmieć? Czy nie ma tu jakiejś sprzeczności?
O tych notatkach po sesjach to słyszę już drugi raz w tym wątku i teraz naprawdę czuję, że powinnam spróbować! Ale mam głupie pytanie, czy te notatki piszecie od razu po medytacji, jeszcze zanim zrobicie cokolwiek innego, czy może po chwili? Bo słyszałam, że zbyt szybkie przejście do myślenia może zamknąć to, co było otwarte.
Mam zeszyt z luźno wydzielonymi sekcjami, ale nie pilnuję ich rygorystycznie. Bardziej chodzi mi o to, żeby móc wracać i porównywać wpisy z różnych miesięcy. I właśnie dlatego zapytałam, bo zauważyłam, że jak piszę strumień, to wychodzi mi dużo żalu i smutku, a jak piszę bardziej punktowo, to jakby odfiltrowuję emocje. Nie wiem, która wersja jest bliżej prawdy.
wracajac do tego co pisalam wczesniej, bo nikt nie odpowiedzal na jedno moje pytanie, czy to ze wychodze rozbita to znaczy ze cos robie zle? bo mam wrazenie ze inni zawsze wychodzą spokojni i tylko ja placze
Szczerze? Nie mam. Dlatego pytam. Mam wrażenie, że jak czytam o medytacji, to zakłada się, że praktykujący jakoś naturalnie wie, co jest ważne, a co nie. A ja tego nie wiem i czuję się z tym trochę zagubiona.
Zastanawiam się, czy to co mówi Bylica o odkładaniu analizy nie jest właśnie kluczem do tego, co Novaria pytała o rozróżnianie. Jak nie próbujesz od razu klasyfikować emocji, to może po czasie naturalnie widać, które zostawiły ślad, a które po prostu minęły bez echa. Ale to wymaga cierpliwości, której mi często brakuje.
Ale wracając do pytania Modesta, bo sam je zadałem i chcę je rozwinąć - ta kwestia czy ślad w pamięci po emocji to znak ważności czy po prostu siła bodźca, to mi się kręci w głowie od jakiegoś czasu. Bo przecież traumy zostawiają ogromny ślad, ale niekoniecznie dlatego, że 'mają nam coś do powiedzenia' w sensie duchowym. Może po prostu boli i tyle?
A skąd w ogóle to rozróżnienie między myślą a emocją pochodzi? Bo w tej rozmowie traktujemy je jak dwie oddzielne rzeczy, ale ja szczerze mówiąc nie do końca potrafię je u siebie oddzielić podczas medytacji. Czy to jest coś, co się z czasem po prostu czuje, czy można się tego jakoś nauczyć?
ta rozmowa o ciele mi daje do myslenia bo ja jak sie rozbieram to chyba wlasnie nie zostaję w ciele, wylatuje glownie w glowe i zacznam sie zastanawiac co to znaczy ze plakalam albo co sie stalo. moze to jest moj problem?
nie, nigdy. szczerze to nawet nie wiem jak sie zatrzymac zanim sie zapytam dlaczego. to chyba za szybko sie dzieje zeby to zauwazyc
To co Mlecznia napisała o bezpiecznych warunkach jest ważne, i chcę to podkreślić bo mam wrażenie, że w rozmowach o medytacji i emocjach za rzadko mówi się o tym, że kontekst ma znaczenie. Sama sesja to jedno, ale czy jesteś bezpieczna przed i po - to drugie. Pustelka, jak wygląda twój czas po sesji, masz chwilę dla siebie czy od razu wracasz do obowiązków?
To jest coś, czego nigdzie nie czytałam w żadnym poradniku - że czas po medytacji też jest częścią praktyki. Zawsze piszą co robić w trakcie, co robić przed, ale co do czasu po, to cisza. Może dlatego tyle osób ma ten problem, który opisuje Pustelka?
To co Novaria mówi o czasie po medytacji to nie jest kwestia poradnikowa, to jest kwestia zdrowego rozsądku, który gdzieś po drodze zaginął. Poradniki piszą ludzie, którzy zakładają, że masz wolny poranek i herbatę. A ty masz autobus za dwadzieścia minut.
