Chciałam zapytać o medytację metta, bo ostatnio zaczęłam ją regularnie próbować i mam mieszane odczucia. Chodzi mi o tę praktykę rozsyłania miłości i współczucia - najpierw do siebie, potem do bliskich, potem do obcych, a na końcu do całego świata. Czy ktoś z was praktykuje to regularnie? Bo mam wrażenie, że najtrudniejszy jest dla mnie etap z sobą samą - kompletnie nie wiem jak to 'poczuć'. Zaczynam mantrę 'niech będę szczęśliwa, niech będę zdrowa' i po chwili mój umysł gdzieś ucieka albo czuję się dziwnie sztucznie. Jak wy sobie z tym radzicie?
To z tym etapem do siebie prawie każdy ma problem na początku. Powiem ci szczerze - u mnie trwało to kilka miesięcy zanim przestało być sztuczne. Ale mam pytanie - jak długo w ogóle siedzisz w ciszy zanim zaczniesz mantrę? Bo jeśli wskakujesz od razu w frazy, to umysł rzeczywiście nie ma się do czego przyczepić.
5 minut to nie jest za mało, ale to nie czas jest tu kluczowy. Ważniejsze jest żebyś zanim zaczniesz mantrę, naprawdę poczuła jakiś mały promyk ciepła - może wspomnienie miłego momentu, może uśmiech kogoś bliskiego. Metta nie jest recytowaniem, to praca z emocją, nie ze słowami. Wielu ludzi skupia się na samych formułkach i to właśnie powoduje to uczucie sztuczności.
Zgadzam się z Martusią, to jest dokładnie ten błąd który ja robiłam. Ale mam pytanie do autorki wątku - w której wersji metta pracujesz? Bo są różne tradycje i różne kolejności. Therawada, tybetańska... to nie jest bez znaczenia.
Nie nazwałbym tego problemem, bo sam zaczynałem od losowych nagrań. Ale jest różnica między prowadzoną medytacją a samodzielną praktyką i moim zdaniem warto w pewnym momencie spróbować bez przewodnika. Metta z YouTube może dawać złudzenie praktyki podczas gdy tak naprawdę tylko słuchasz.
To jest sedno sprawy - metta działa kiedy przestaje być ćwiczeniem a zaczyna być postawą. Ale nie mówmy że ktoś robi coś źle bo korzysta z nagrań. Pytanie do Dominisi jest inne - co się dzieje kiedy dochodzisz do 'trudnych' ludzi? Do tych których nie lubisz? Bo to jest prawdziwy test tej praktyki.
To nie jest wydmuszka, ale rozumiem skąd to poczucie. Metta wobec kogoś kto cię skrzywdził nie oznacza że musisz go lubić albo mu wybaczać w sensie psychologicznym. To znaczy że życzysz mu wyjścia z jego własnego cierpienia - bo często ludzie krzywdzą właśnie dlatego że sami cierpią. To jest różnica którą warto poczuć, nie tylko zrozumieć głową.
Właśnie to mnie zawsze blokowało - to poczucie że mam kłamać samej sobie. Że niby życzę dobrze komuś kto wyrządził mi coś złego. Zaczęłam od mniejszych rzeczy - od osoby która mnie po prostu irytuje, nie od kogoś kto mnie zranił. To chyba ma sens?
Jaromir, a możesz powiedzieć więcej o tej kolejności? Bo w nagraniu z którym ja pracowałam było: ja, bliski, neutralny, trudna osoba, wszystkie istoty. Ale spotkałam się też z wersją gdzie nie ma w ogóle etapu neutralnego.
Słuchajcie, a czy ktoś próbował metta bez żadnych słownych formuł? Sama stosowałam przez jakiś czas tylko obraz - wyobraźnia jak z serca wysyłasz światło. I ciekawe, że mi to dawało więcej niż powtarzanie zdań. Może zależy od człowieka?
Trochę wyczytałam, trochę doszło samo. Najpierw wizualizowałam małe ciepłe światło w klatce piersiowej, potem jak rośnie i wychodzi na zewnątrz. Bez słów, tylko odczucie i obraz. Ale - i to ważne - to nie jest klasyczna metta, to raczej moje dostosowanie. Więc nie twierdzę że to lepsza metoda, tylko że działa dla mnie.
To co Gosiunia opisuje przypomina mi trochę medytację tonglen z tradycji tybetańskiej - tam też pracuje się z oddechem i wizualizacją, ale w drugą stronę: wciągasz czyjś ból, wypuszczasz ulgę. Czy te praktyki są w ogóle pokrewne czy to zupełnie różne rzeczy?
Dobra, ale wracając do tego co Martusia napisała o tonglen - czy ktoś próbował łączyć obie praktyki? Nie mówię o mieszaniu, tylko np. metta rano, tonglen wieczorem? Albo to jest recepta na pomieszanie z poplątaniem?
Ja mam głupie pytanie do całej tej dyskusji - czy metta w ogóle działa jeśli nie wierzysz w jej 'metafizyczny' wymiar? Znaczy, czy można to traktować czysto psychologicznie, bez buddyzmu w tle, i czy to ma wtedy jakiś sens?
To nie jest głupie pytanie, to jest jedno z ważniejszych pytań w tej dyskusji. I odpowiedź jest tak - metta działa nawet jeśli traktujesz ją jako ćwiczenie emocjonalne. Badania nad współczuciem, regulacją emocji, to wszystko potwierdza że sama praktyka życzliwości wobec siebie i innych zmienia coś w mózgu i w relacjach. Buddyzm to kontekst, nie warunek.
To mnie bardzo uspokaja, bo ja właśnie gdzieś pomiędzy - nie jestem buddystką, ale nie traktuję tego też czysto mechanicznie. Tylko zastanawiam się czy to pół-podejście nie sprawia że efekty są pół-pół.
Zgadzam się z Martusią, ale mam inne wątpliwość - czy ta dyskusja 'z tradycją czy bez' nie sprawia że zapominamy o tym co Dominisia pisała wcześniej, że utknęła na sobie? To jest chyba bardziej pilna kwestia niż pytanie o buddyjskie korzenie.
To jest bardzo częste i ma nawet swoją nazwę - w anglojęzycznych kręgach mówi się na to 'self-compassion block'. Ale powiedz mi więcej - jak to wygląda? Zaczynasz formułę i po chwili wchodzi ci jakiś głos, obraz, myśl? Co dokładnie przerywa to ciepło?
Mnie też to spotyka. I wcześniej myślałam że to kwestia niskiej samooceny, ale chyba to coś innego - jakby mózg odrzucał życzliwość skierowaną do środka jako zagrożenie? Nie wiem czy to ma sens.
A czy jest jakiś sposób żeby obejść ten blok? Bo rozumiem diagnozę, ale jak to przełożyć na samą matę do medytacji, na konkretną sesję? Czy jest jakiś chwyt techniczny czy trzeba to przepracować poza medytacją?
Słyszałem też o podejściu gdzie zaczynasz od wyobrażenia kogoś komu życzysz dobrze i budujesz to ciepło, a potem przenosisz je na siebie. Czyli nie atakujesz bloku frontalnie. Czy ktoś z was to próbował? Bo sam nie testowałem, tylko czytałem.
To jest bardzo konkretna wskazówka, dziękuję. Pytanie czy to nie jest taki skrót który potem utrwala że nie możemy do siebie dotrzeć bezpośrednio? Że zawsze potrzebujemy pośrednika żeby siebie lubić?
Myślę że to jest etap, nie stała proteza. Na początku używasz drabiny żeby wejść na wyższy poziom - to nie znaczy że drabina zostaje na zawsze. Choć to jest ciekawe pytanie czy ktoś z dłuższą praktyką zauważył że ten pośrednik stał się z czasem zbędny?
U mnie tak właśnie było. Przez długi czas potrzebowałam kogoś 'ciepłego' żeby w ogóle wejść w stan metta. Po jakimś czasie - nie wiem kiedy dokładnie - zaczęłam po prostu siadać i ciepło było. Nie wiem czy to efekt praktyki czy po prostu czegoś co przepracowałam poza poduszką.
To jest dla mnie najważniejsza rzecz w tej dyskusji - że to nie jest tylko kwestia techniki na sesji ale i tego co się robi z sobą w życiu. Chyba na to właśnie czekałam żeby to w końcu ktoś powiedział wprost.
To co Poludnica56 napisała o tym że ciepło po prostu zaczęło być - bez wysiłku, bez rozgrzewania przez kogoś bliskiego - brzmi jak coś czego chciałbym doświadczyć ale nie wiem czy wiem kiedy to w ogóle nastąpi. Czy był jakiś moment kiedy zauważyłaś że już nie potrzebujesz tej drabiny? Jakieś konkretne zdarzenie czy to było stopniowe?
Szczerze? Nie było jednego momentu. Raczej w pewnym tygodniu zorientowałam się że siadam i nie szukam już tej osoby którą mam sobie wyobrazić na wstępie. Po prostu siadałam. I to mnie zaskoczyło bardziej niż jakikolwiek przełom.
