Zaczęłam się nad tym zastanawiać po tym, jak odwiedziłam znajomą, która od jakiegoś czasu przeżywa ciężki okres. Wyszłam od niej i miałam dosłownie wrażenie, że ktoś mi narzucił na barki mokry płaszcz. Ciężkość, brak energii, myśli zaczęły krążyć w kółko wokół wszystkiego co złe. Samo się nie wzięło. Ona jest osobą, przy której zawsze po kilku minutach robi się dziwnie gęsto, ale tym razem było wyraźniejsze niż zwykle. Czy ktoś miał podobne odczucia po kontakcie z konkretną osobą? I bardziej mnie interesuje, czy to w ogóle jest mechanizm, który da się jakoś opisać, czy to każdy czuje inaczej i nie ma tu żadnej reguły?
To jest jeden z tych tematów, gdzie im więcej się czyta, tym więcej pytań, a nie odpowiedzi. W różnych tradycjach to zjawisko opisuje się zupełnie inaczej. W koncepcjach wywodzących się z bioenergoterapii mówi się o tzw. pasożytnictwie energetycznym, które może być całkowicie nieświadome. Osoba w kryzysie po prostu ciągnie energie z otoczenia, nie dlatego że chce, ale dlatego że jej własne zasoby są wyczerpane. Z kolei w perspektywie psychologicznej to samo zjawisko tłumaczy się zarażaniem emocjonalnym, które jest udokumentowane badaniami, szczególnie te Hatfielda i współpracowników z lat 90. Pytanie brzmi, czy to jedno i to samo zjawisko opisane dwoma językami, czy jednak coś więcej. Bo jeśli to tylko mimikra emocjonalna i neurony lustrzane, to ochrona energetyczna niewiele da. A jeśli to coś głębszego, to sama regulacja emocji też nie wystarczy. Nie wiem, co myślicie, ale mam wrażenie, że tu się te dwa poziomy nakładają i rozdzielanie ich jest sztuczne.
Ale zaraz, Aurelek71, bo chcę się upewnić czy dobrze rozumiem. Mówisz, że osoba w kryzysie nieświadomie pobiera energię od innych, tak? Tylko zastanawiam się, czy to nie jest trochę zbyt automatyczne założenie. Znam ludzi, którzy mają ciężkie życie i nigdy przy nich nie czuję tego, co opisuje Telepatka. Więc co decyduje, że jedni tak działają na innych, a drudzy nie? Czy to kwestia samej osoby, która 'bierze', czy też może chodzi o to, jak bardzo jesteś otwarty na takie oddziaływanie?
Właśnie to pytanie jest kluczowe i przez lata nie mogłem sobie na nie odpowiedzieć. Sam obserwowałem podobne rzeczy i doszedłem do wniosku, że chodzi o kombinację obu czynników. Nie każdy człowiek w trudnej sytuacji działa tak samo na otoczenie. Część osób nawet w bólu jakoś zachowuje swój własny, zamknięty w sobie charakter. Inni mają coś w sposobie bycia, co sprawia, że każda rozmowa z nimi jest jednostronna energetycznie. Ale jednocześnie ta sama osoba inaczej działa na kogoś z mocnymi granicami, a inaczej na kogoś kto jest z natury empatyczny albo bardzo otwarty. To nie jest prosty mechanizm przyczyna-skutek.
Ja to czuję dość wyraźnie od lat i zawsze myślałam, że to kwestia czakry solarnej. Jak ktoś jest mocno rozbity, to jakby ta ich energia wchodzi w twoją przestrzeń i zaczyna ją destabilizować, szczególnie w okolicach splotu słonecznego. Ale teraz jak czytam co piszecie, to zaczynam się zastanawiać, czy to co ja interpretuję jako 'wchodzenie energii' nie jest po prostu moją własną reakcją fizyczną na stres emocjonalny rozmowy. Ciężko to rozróżnić.
Miałam ostatnio sen, który mnie trochę zastanowił właśnie w kontekście tego tematu. Śniłam kogoś bliskiego, kto przechodzi teraz trudny czas, i w tym śnie fizycznie czułam jak coś odpływa. Obudziłam się zmęczona. I przez kilka następnych dni miałam dziwne poczucie, że myślę jej myślami, martwię się jej sprawami bardziej niż swoimi. Nie wiem czy to tylko empatia, którą znam od dziecka, czy coś co wyszło poza rozmowy i spotkania i działa też na odległość. Wasza rozmowa tu pasuje do tego co czułam, bo też nie wiedziałam jak to opisać.
Ametyst jest jednym z tych, które działają mocno na płaszczyźnie psychicznej i sennej. To, że go dawno nie czyściłaś, przy regularnym noszeniu jest dość istotne. On zbiera, nie tylko odbija. Nie twierdzę, że to jedyna przyczyna twojego snu, ale warto to sprawdzić. Połóż go na noc poza sypialnią przez kilka dni i sprawdź, czy coś się zmienia. To nic nie kosztuje, a daje jakiś punkt odniesienia.
Dobra, ale wróćmy na chwilę do sedna, bo zaczyna nam się tu robić wątek o kamieniach, a mnie bardziej interesuje sam mechanizm zaraźliwości. Bo co innego mówić, że coś czujemy, a co innego próbować zrozumieć dlaczego tak jest. Telepatka pisała o tym mokrym płaszczu, Michasia o myśleniu cudzymi myślami. Czy to zawsze jest coś, na co się nie ma wpływu, tzn. wchodzi bez pytania, czy jednak jest jakiś element, gdzie sami 'otwieramy drzwi'? Pytam bo zastanawiam się, czy samo bycie empatyczną osobą wystawia cię bardziej na to zjawisko.
Wydaje mi się, że empatia ma tu duże znaczenie, ale nie w tym sensie, że empaci są bezradni. Raczej w tym, że ich naturalny tryb odbioru jest szerszy i wymagają aktywniejszego zamknięcia. U osoby, która ma naturalnie węższy zakres odbioru, te granice są jakby domyślnie bardziej szczelne. To nie jest przewaga ani wada, po prostu inna konfiguracja. Sama zauważam, że w momentach kiedy jestem zmęczona albo rozkojarzona, przyswajalność cudzych stanów rośnie drastycznie. Jakby filtr był wtedy nieszczelny.
Słucham tej rozmowy i z jednej strony brzmi to dla mnie dość abstrakcyjnie, bo nie czuję takich rzeczy w żaden wyraźny sposób. Ale z drugiej coś mi tu siedzi z innej strony. Bo te badania, o których wspomniał Aurelek71, te o zarażaniu emocjonalnym, są jak najbardziej realne i udokumentowane. Pytanie, które mam, jest trochę sceptyczne: czy nie jest tak, że to co tu nazywacie energią, to po prostu są procesy, które nauka już opisała, tylko innym językiem? I jeśli tak, to czy dodawanie warstwy energetycznej cokolwiek zmienia, czy tylko komplikuje?
Chcę dodać coś z innej perspektywy. W różnych tradycjach szamanistycznych, szczególnie w rdzennych kulturach Ameryki Południowej i Syberii, to co wy tu nazywacie zaraźliwą energią ma swoją bardzo konkretną nazwę i opracowane sposoby postępowania. To nie jest mglisty koncept, to jest część praktyki, którą przekazywano przez pokolenia. Interesujące jest to, że niezależnie od tradycji, opisy są zadziwiająco zbieżne: wyczerpanie po kontakcie, cudze myśli krążące w głowie, uczucie ciężaru w okolicach klatki piersiowej lub brzucha. Te zbieżności między kulturami, które nie miały ze sobą kontaktu, są dla mnie bardziej wymowne niż jakikolwiek pojedynczy argument.
Ale jak w takim razie rozpoznać, czy to jedno czy drugie? Bo z tego co piszesz, sama symptomatologia może być podobna. Jak odróżnić 'przeciek' od czegoś skierowanego celowo? Pytam serio, bo nie chcę od razu zakładać najgorszego w każdej sytuacji, ale chciałabym móc to jakoś ocenić.
Moim zdaniem to widać po runach. Jak ktoś jest pod wpływem celowego działania, to w runicznym rzucie pojawiają się specyficzne układy, szczególnie Hagalaz i Nauthiz razem dają bardzo czytelny sygnał. Sama to stosowałam i działa. Natomiast przy zwykłym 'przecieku', jak to tu piszecie, układ jest mniej konkretny, bardziej rozmyty.
Właśnie to jest dla mnie jeden z trudniejszych aspektów tej całej rozmowy. Kiedy coś 'działa', to pamiętamy. Kiedy nie działa albo wskazuje źle, to może po prostu szybciej zapominamy. Nie zarzucam Ksiezycnaa niczego konkretnego, mówię ogólnie o tym, jak działa nasz mózg przy tego typu obserwacjach.
Ale właśnie wróćmy do tego co mówiła Telepatka.ka o skanowaniu ciała. Bo to jest dla mnie ta pierwsza warstwa, zanim w ogóle wchodzę w jakieś narzędzia diagnostyczne. I zastanawiam się jak wy to robicie, czy macie jakiś ustalony moment dnia na to, czy raczej robicie to reaktywnie, jak już coś poczujecie?
U mnie to się zmieniało przez lata. Kiedyś tylko reaktywnie, ale to jest problematyczne, bo do momentu kiedy coś czujesz, ten ładunek zdążył już trochę przysiąść. Teraz robię to rano, jeszcze przed wstaniem, i wieczorem. Ale szczerość wymaga przyznania, że wieczorna sesja często mi odpada, jeśli dzień był ciężki. I paradoksalnie to są właśnie dni, kiedy jest najbardziej potrzebna.
Ja mam podobnie z tym wieczornym skanowaniem. I właśnie te dni, kiedy go pomijam, często kończą się u mnie dziwniejszymi snami. Nie wiem czy to jest przyczynowość, czy tylko korelacja, ale zauważam to dość regularnie. Szczególnie odkąd zaczęłam prowadzić dziennik snów.
A czy ktoś z was próbował w ogóle zapisywać te obserwacje bardziej systematycznie? Bo z tego co czytam, to mamy tu dużo subiektywnych odczuć i to jest oczywiście wartościowe, ale zastanawiam się czy nie dałoby się z tego wyciągnąć jakichś powtarzających się wzorców, jeśli ktoś by to prowadził dłużej.
Muszę tu wtrącić jedno spostrzeżenie. Przez lata rozmawiałem z różnymi osobami praktykującymi i zauważam, że ci którzy prowadzą jakieś regularne notatki, nawet nieformalne, zdecydowanie inaczej opisują swoje doświadczenia. Są mniej skłonni do kategorycznych twierdzeń, a bardziej do mówienia 'w moim przypadku'. To chyba o czymś świadczy.
A co w takim razie zrobić jak już się wie, że coś jest nie tak? Bo ta rozmowa kręci się trochę wokół rozpoznawania, ale mnie bardziej interesuje co potem. Jak to wyczyścić albo zatrzymać? Pytam konkretnie.
Właściwie to drugie. Budzę się od jakiegoś czasu zmęczony, sny są ciężkie, nie pamiętam ich dokładnie, ale zostaje takie wrażenie. Nie wiem czy to ma związek z czymś z zewnątrz, czy to tylko stres, ale jakoś mi tu pasuje ten wątek.
Zanim ktoś od razu skieruje Szeptuna w stronę energetycznego oczyszczania, to chcę powiedzieć: to co opisujesz może mieć dziesiątki przyczyn, włącznie z higieną snu, poziomem kortyzolu albo tym, że po prostu śpisz za płytko. Ezoteryczne wyjaśnienie nie powinno być pierwszym krokiem.
Wracając do tego co mówiła Lobelka o podejściu szamańskim, bo mi to nie daje spokoju. Mówiłaś o rozróżnieniu między przeciekiem a celowym działaniem. Ale mam pytanie dotyczące praktyki: jak te tradycje podchodziły do sytuacji, w której sam zainteresowany nie jest w stanie tego rozróżnić? Czy było to zadanie diagnosty z zewnątrz, czy istniały sposoby samodzielnego rozeznania?
Ten ostatni punkt, z konkretnym miejscem albo człowiekiem, to jest coś o czym naprawdę chciałabym porozmawiać więcej. Bo mam w swoim życiu jedno miejsce, do którego wchodzę i zawsze, bez wyjątku, coś mi się zmienia. I nigdy nie wiązałam tego z zaraźliwą energią od ludzi, raczej z samym miejscem. Ale teraz zastanawiam się czy te mechanizmy są w ogóle podobne.
To miejsce, o którym mówiłam, to stary cmentarz niedaleko mojego miasta. Wchodzę tam czasem po prostu przejść się, ale za każdym razem coś się ze mną dzieje już przy bramie. Nie strach, bardziej takie... zgęstnienie? Ciężkość w klatce piersiowej, która potem znika stopniowo jak wychodzę. I długo myślałam, że to moja psychika robi swoje, bo cmentarz, wiadomo. Ale kiedy kilka razy zabrałam tam znajomych, którzy nic nie wiedzą o ezoteryce, oni też coś czuli. Różnie to opisywali, ale zawsze coś. Więc pytam siebie: to środowisko czy energia miejsca, i jaka jest różnica dla tego co omawiamy?
Miejsca mnie nie dziwią tak bardzo jak ludzie w tym kontekście. Cmentarz to środowisko ze swoją specyfiką, można powiedzieć że energetycznie nasycone historią, żalem, stratą. Ale mnie zawsze bardziej zastanawiają żywi. Mam jedną osobę w rodzinie, po której wizycie dosłownie kilka godzin potrzebuję żeby wrócić do siebie. I to nie jest kwestia tego, że rozmowy są trudne albo że się kłócimy, bo nie kłócimy się. Po prostu po jej wyjściu jestem jak wyciśnięta. Skąd to się bierze, czy ktoś to rozumie mechanicznie?
Wróćmy na chwilę do mojej sytuacji, bo Telepatka.ka zapytała o szczegóły i trochę uciekliśmy. Rozumiem co mówi Pankracy o kortyzolu i higienie snu, sprawdzałem, staram się dbać o podstawy. Ale to zmęczenie po przebudzeniu jest inne niż zwykłe niewyspanie. Bardziej jak po bardzo długiej rozmowie niż po nieprzespanej nocy. I te sny, które wspominałem, mają pewien charakter, jakby coś mnie w nich szukało albo ciągnęło gdzieś. Wiem że brzmi to dziwnie.
