Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie wiem, czy to tylko mój problem, czy ktoś jeszcze przez to przechodzi. Chodzi mi o ten moment tuż przed rytuałem, kiedy zaczyna się kręcić w głowie: 'a co jeśli nie zadziała', 'a co jeśli zrobię coś nie tak', 'a co jeśli w ogóle się mylę co do całego tego tematu'. I zamiast skupić się na tym, co robię, siedzę sparaliżowany. Kilka razy zdarzyło mi się w ogóle odpuścić w połowie przygotowań, bo ten lęk był silniejszy niż motywacja. Zastanawiam się, czy to sabotuje całą pracę z intencją, czy może to jakiś sygnał, że dany rytuał po prostu nie jest dla mnie w tym momencie.
To jest jeden z tych tematów, o których rzadko kto mówi wprost, a każdy gdzieś po drodze przez to przechodzi. Mam jedno pytanie zanim cokolwiek powiem: ten lęk pojawia się u ciebie przed każdym rytuałem, czy przy konkretnych typach? Bo to dość istotne rozróżnienie.
U mnie to samo i to dosłownie. Szczególnie jak chcę zrobić coś bardziej rozbudowanego, nie tylko zapalić świeczkę przy afirmacji, ale właściwie usiąść i przeprowadzić coś z intencją i skupieniem. Wtedy ten głos w głowie robi się głośniejszy. Nie wiem nawet, czy to lęk przed niepowodzeniem, czy raczej jakieś poczucie, że 'nie zasługuję' albo 'nie jestem wystarczająco do tego przygotowana'. Nie potrafię tego rozdzielić.
To przywiązanie do wyniku to jest sedno. W większości tradycji, które znam, mówi się o 'lust for result' jako jednym z głównych czynników rozbijających pracę magiczną. Aleister Crowley pisał o tym, Spare budował wokół tego cały swój system sigilowy. Nie dlatego, że wynik jest nieważny, ale dlatego, że świadomość pożądania efektu aktywuje umysł analityczny, który dosłownie blokuje inne procesy. Problem w tym, że im bardziej ci zależy, tym trudniej to puścić. I tutaj nie ma prostego przepisu.
Czytam i myślę, że to ma sens, ale mam pytanie do Malinowej: czy to znaczy, że rytuały przy sprawach ważnych są skazane na gorsze wyniki? Bo to by było dosyć frustrujące. Właśnie przy rzeczach, na których nam najbardziej zależy, mamy najmniejsze szanse?
Ja bym dodała, że ten lęk przed niepowodzeniem często miesza się z zupełnie innym problemem, mianowicie z lękiem przed tym, że coś jednak zadziała. I co wtedy? Czy jestem gotowa na zmianę, którą wywołuję? Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy moje blokady nie są właśnie tam, a nie w technice ani w intencji.
To, co pisze Poziomka_00 o lęku przed sukcesem, jest niedoceniane. W pracy z czakrami, szczególnie z solarną, bardzo często to właśnie tam leży korzeń. Nie w tym, że ktoś boi się porażki, tylko że ma nieświadomy opór przed wejściem w swoją sprawczość. I to potem wychodzi właśnie jako prokrastynacja rytualna albo sabotaż w połowie przygotowań, dokładnie to, o czym pisał Piotrek53 na początku.
To co mówi Poziomka_00 trochę mnie zatrzymało. Bo jak tak siedzę i cofam się do tych konkretnych momentów, kiedy odpuszczałem, to nie mam pewności, czy to był lęk 'co jeśli nie wyjdzie', czy właśnie 'co jeśli wyjdzie i będę musiał z tym żyć'. Nigdy tak tego nie nazywałem, ale może o to chodziło.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może głupie: czy wy w ogóle robicie cokolwiek z tym lękiem przed samym rytuałem, jakiś krótki reset, oddech, coś? Czy po prostu czekasz aż przejdzie i liczysz, że w końcu zaczniesz? Bo mam wrażenie, że spora część tej blokady to kwestia nie tyle magii co tego, co robimy, zanim w ogóle zaczniemy.
Ta przerwa między intencją a rytuałem to coś, o czym słyszałam, ale nigdy nie miałam odwagi zrobić tego przy czymś naprawdę ważnym. Zawsze wydawało mi się, że jak odczekam, to stracę energię, impet, że ten moment minie. A wy naprawdę uważacie, że po kilku dniach to działa tak samo czy nawet lepiej?
Czytam to i mam pytanko, bo troche nie rozumiem. Jak można zrobić rituał nie myśląc o tym czego chcemy? To nie o to chodzi żeby myśleć o efekcie? Jestem chyba głupia bo mi to nie wychodzi w głowie logicznie.
Ten przykład z gotowaniem jest naprawdę dobry. Mam za to inne pytanie do całej dyskusji: czy lęk przed niepowodzeniem nie bierze się też stąd, że wiele osób nie ma żadnego prywatnego miejsca do pracy? Mieszkania z rodziną, współlokatorami, dziećmi. Robisz coś i w każdej chwili ktoś może wejść. To musi robić swoje na skupieniu, nie?
O, to mnie dotyczy bezpośrednio. Mieszkam ze współlokatorką i robię dosłownie wszystko żeby nie widziała. Rytuały ograniczam do tego, co można schować w szufladzie i co nie zostawia żadnych śladów. Nie wiem nawet czy to jeszcze ta sama praca, czy jakiś okrojony substytut.
no i właśnie to jest coś, co mnie zastanawia od jakiegoś czasu. Ten pośpiech, o którym mówisz, to chyba najgorszy stan do jakiejkolwiek pracy. Wszystko robisz szybko, po łebkach, i potem nawet nie wiesz, czy miałeś intencję, czy tylko odgrywałeś sekwencję ruchów.
Dokładnie. I potem siedzę i zastanawiam się, czy to w ogóle można nazywać rytuałem. Czy to nie jest po prostu pantomima. Nie mam odpowiedzi, serio.
To pytanie o pantomimę jest ważne, bo myślę, że wiele osób w takich warunkach po prostu rezygnuje. Stwierdzają, że nie mają odpowiednich warunków, więc w ogóle nie robią nic. A to też jest wybór, i też coś blokuje.
To, co opisuje Sydka, to jest w zasadzie praca w ukryciu i zastanawiam się, czy to samo w sobie nie tworzy dodatkowego napięcia. Kiedy robisz coś jakby wstydliwego, cały czas część uwagi zostaje przy tym 'czy ktoś zobaczy'. Malinowa, jak myślisz, czy to w ogóle przeszkadza w skupieniu, czy można to jakoś obejść?
Dobry punkt. Bo jest różnica między 'nie mówię o tym nikomu, bo to moje' a 'ukrywam, bo się wstydzę albo boję reakcji'. Pierwsze może nawet wzmacniać intencję, bo nie rozpraszasz jej w rozmowach. Drugie chyba niesie ze sobą ten cały ładunek lęku, o którym gadamy od początku.
Ja mam akurat sytuację odwrotną niż Sydka, mieszkam sama, ale i tak coś mnie blokuje. To znaczy że ten lęk nie pochodzi tylko z zewnątrz, z tego że ktoś może zobaczyć. On jest w środku, niezależnie od warunków. Więc nie wiem, czy rozwiązanie problemu z przestrzenią automatycznie rozwiązuje problem z lękiem.
W toalecie pociagu?? Serio? Jak to w ogole mozliwe, tam jest tyle halasu i smrodu 🙂
Hmm, ale czy to nie jest tak, że na początku drogi po prostu potrzebujesz więcej spokoju? Nie każdy od razu umie odciąć się od otoczenia. Mam wrażenie, że mówienie 'środowisko nie ma znaczenia' może być demotywujące dla kogoś, kto dopiero zaczyna i mieszka z pięcioma osobami.
Okej, ale wracając do mojej sytuacji konkretnie, mam pytanie do Malinowej albo Fomalhaut: czy jest jakiś sposób, żeby tę pracę w warunkach ograniczonych robić inaczej, niż tylko skracać? Bo mam poczucie, że skracam i skracam, i w końcu zostało mi pięć minut i zapalona świeczka. Czy to ma sens, czy lepiej robić rzadziej a dłużej gdy jest okazja?
To co mówi Malinowa pokrywa się z tym, co ja u siebie widzę. Mam takie małe codzienne rzeczy, które robię prawie mechanicznie w dobry sposób, mam na myśli że to nie wymaga długiego przygotowania, i osobne większe sesje gdy mogę. To są jakby dwa różne tryby. I nie mieszam ich ze sobą, bo jak próbowałam zrobić to samo w pięć minut co normalnie zajmuje godzinę, to wychodziło tak sobie.
Czy te codzienne małe rzeczy to jak jakiś rytuał poranny? Pytam bo słyszałem o tym, że stałe godziny pomagają, ale nie bardzo wiem jak to wygląda w praktyce gdy się mieszka z kimś.
To mi przypomina, że gdzieś czytałam o tym, że japońska tradycja misogi zaczynała się od czegoś bardzo prostego, od zimnej wody i oddechu. I to nie był wielki rytuał, to była czynność na tyle codzienna, że nikt nie zwracał uwagi. Ciekawe, czy dyskrecja w magii to nie jest po prostu stara strategia, nie wymysł naszych czasów.
To, co Hortensja napisała o misogi, jest ciekawe w kontekście dyskrecji, ale zastanawiam się, czy to nie jest trochę inna kategoria. Misogi to oczyszczenie, codzienna higiena rytualna, nie praca magiczna jako taka. Dyskrecja w tradycyjnych praktykach wynikała często z potrzeby ochrony samej praktyki, nie z tego, że czynność była niewidoczna dla otoczenia. Cunning folk w Anglii na przykład nie ukrywali tego, że praktykują, ukrywali konkretne techniki i formuły. To duża różnica.
I tutaj właśnie wracam do swojego pytania, bo to jest dokładnie mój problem. Czy można pracować w taki sposób, że rytuał wygląda jak codzienna czynność? Bo mam poczucie, że to, co robię, to jest imitacja rytuału, nie rytuał. Siadam, coś sobie myślę, zaraz wstaję, bo słyszę współlokatorkę. I nie wiem, czy to w ogóle cokolwiek robi.
