Jak się zastanawiam, to zaczęło się po tym jak przez kilka tygodni regularnie odwiedzałem kogoś bliskiego w szpitalu. To był ciężki czas, ta osoba wyszła, jest dobrze, ale tamte tygodnie były naprawdę wyczerpujące. I jakoś ten rytm snu nie wrócił do normy po tym wszystkim.
Sytuacja Szeptuna jest ciekawa pod kątem tego całego wątku, bo tu mamy coś, co mogło być jednocześnie traumą środowiskową, ekspozycją na cierpienie innych i po prostu długotrwałym stresem. W kontekście modeli energetycznych piszą o tym choćby Barbara Brennan w 'Hands of Light', gdzie opisuje coś co nazywa 'energy cords', czyli połączenia które tworzą się w intensywnych emocjonalnie relacjach. Ona rozróżnia między połączeniami zdrowymi a tymi, które drenują. Ciekawe czy Szeptun czuje coś takiego po stronie łącza, nawet teraz gdy tamta sytuacja się skończyła.
Słuchając tej rozmowy o Szeptunie i jego sytuacji, myślę że dotykamy czegoś ważnego dla całego wątku. Pytanie czy energia 'zaraźliwa' od konkretnego człowieka różni się mechanizmem od tej nabytej z miejsca albo z długotrwałego przebywania w środowisku naładowanym cierpieniem. Bo szpital jako środowisko to coś innego niż jedna osoba w kontakcie. Lobelka, co mówią tradycje które znasz o takim zbiorowym ładunku miejsca?
Zaraz, bo próbuję to poukładać. Jeśli dobrze rozumiem, mówimy że szpital mógł działać na Szeptuna jak jakiś zbiornik tego co zostawiali tam inni ludzie przez lata i tygodnie jego wizyty, i że to mogło zostać nawet po tym jak wyszedł? Pytam szczerze, nie z przekąsem, bo to jest dla mnie nowe myślenie.
Przy okazji Szeptuna chciałam powiedzieć, że w runach jest konkretna runa do pracy z takimi pozostałościami, Hagalaz. Ale zwykle nie polecam jej do samodzielnej pracy w takich sytuacjach, bo ona rozbija, nie oczyszcza miękko. Bardziej Berkana albo Isa najpierw, żeby uspokoić i ustabilizować, dopiero potem ewentualnie coś głębszego. Czy Szeptun w ogóle pracuje z jakimiś systemami symbolicznymi?
Wracam chwilę do miejsca bo mi nie daje spokoju. Lobelka mówiłaś o pasywnym działaniu miejsca. Ale ja mam wrażenie, że mój cmentarz nie jest pasywny, albo że pasywność też ma stopnie. Bo są takie dni kiedy tam wchodzę i jest zupełnie neutralnie, i takie kiedy od razu wiem że nie powinienam tam długo zostawać. I to nie koreluje z moim nastrojem, bo sprawdzałam. Jak to rozumieć?
To co mówi Lobelka o aktywności ludzkiej ma sens, bo te dni kiedy było tu ostatnio pogrzeb były zawsze cięższe dla mnie. Ale zastanawiam się, czy nie chodzi też o to z czym ja wchodzę, czyli mój własny stan. Bo raz weszłam tam po bardzo trudnej kłótni i wszystko co tam zastałam mi się nakładało jakoś na siebie, nie wiem jak to inaczej opisać.
To co opisuje Zorka mi się trochę kręci po głowie, bo to jest dokładnie pytanie czy my 'łapiemy' coś z zewnątrz, czy przynosimy coś ze sobą i to nas uwrażliwia. Bo w przypadku Szeptuna i szpitala mogło być jedno i drugie jednocześnie, prawda? On wnosił tam swój lęk i swoje napięcie, ale też wchłaniał to co tam zostawiały setki innych ludzi.
Właśnie dlatego mi się nie podoba prosty model w stylu 'nabrałam czegoś z zewnątrz'. Zawsze dopytuje ludzi którzy mówią że złapali czyjąś energię, czy mieli wtedy swoje własne zasoby wyczerpane albo czy coś ich wcześniej osłabiło. I prawie zawsze jest jakiś kontekst własny. Nie mówię że nie ma czegoś zewnętrznego, ale że to rzadko działa w próżni.
Dobra, to mam pytanie do was. Zakładając że jedno i drugie grało rolę w moim przypadku, to od czego się właściwie zaczyna praca żeby to odwrócić? Bo słyszałem tutaj o runach, o modelach energetycznych, ale nie wiem od czego bym w ogóle miał zacząć. I czy to jest coś co się robi raz czy raczej regularnie?
To co opisuje Szeptun przypomina mi coś co w kilku tekstach na temat higieny energetycznej jest nazywane 'cyklicznym powrotem wzorca'. Idea jest taka, że jeśli źródło nie zostało zaadresowane, to zewnętrzne przerwy mogą być tylko chwilowe, bo system nerwowy albo pole energetyczne, zależnie od modelu, wraca do zakorzenionego wzorca. W kontekście szpitalnym Brennan pisała o tym, że środowiska z dużym ładunkiem emocjonalnym mogą zostawiać w polu auralnym coś w rodzaju śladu, który bez aktywnej pracy będzie się reaktywował. Ale jest też inna hipoteza, którą wolę, bo jest skromniejsza, że chodzi po prostu o nawyk układu nerwowego który nie dostał sygnału że niebezpieczeństwo minęło.
Słucham i myślę, że ta rozmowa o Szeptunie dotknęła czegoś co jest sercem całego wątku od początku. Czy zaraźliwa energia to jest coś co do nas przychodzi, czy coś co my sami dopuszczamy, i czy te dwie rzeczy w ogóle są rozdzielne. Pankracy to zaczął, Telepatka.ka to rozwinęła, ale mam wrażenie że nie doszliśmy do żadnego wniosku, tylko do kolejnego pytania.
Chcę się odnieść do wątku o tym co Szeptun powinien zrobić, bo Ksiezycnaa wcześniej sugerowała runy i nie do końca się z tym zgadzam co do kolejności. Zanim ktoś sięgnie po runy albo jakiekolwiek inne sposób symboliczne w takiej sytuacji, warto żeby najpierw miał choćby podstawowe rozeznanie w tym co chce adresować. Praca z Hagalaz bez zrozumienia co leży pod spodem to jest działanie na ślepo, a Berkana i Isa które Ksiezycnaa wymieniła jako 'łagodniejsze' też nie są neutralne i mają swoją specyfikę.
Ja tu właściwie chcę się odezwać ze swojego kąta, bo ta dyskusja o tym co Szeptun powinien robić zaczyna mi przypominać coś z czym mam problem w ogóle w takich rozmowach. Każdy proponuje to co sam zna najlepiej. Runy, Brennan, regulacja układu nerwowego. A może Szeptun powinien po prostu powiedzieć co mu samemu daje spokój, bo to jest chyba najlepsza wskazówka od czego zacząć.
Szczerze? Najlepiej działała na mnie kiedyś jakaś prosta wizualizacja, coś z ogniem czy światłem, nie pamiętam dokładnie skąd to miałem. Może to jest ten kierunek.
To co mówi Szeptun o wizualizacji z ogniem to jest akurat coś co ma sens w wielu tradycjach, ogień jako oczyszczenie pojawia się naprawdę wszędzie, od słowiańskich obrzędów przez hermetyzm po współczesną pracę czakrową. Ale chcę wrócić do pytania Mikolajka, bo mnie też nie daje spokoju. Czy zaraźliwość to jest zawsze coś pasywnego, coś co nam się 'przydarza', czy jest możliwe że część z nas aktywnie to wciąga, jakiś mechanizm który sprawia że ciągniemy do siebie określone energie?
To pytanie Telepatka.ka zadała mnie naprawdę uderza. Bo jak myślę o tej osobie w mojej rodzinie od której wychodzę zmęczona, to od lat nie potrafiłam powiedzieć czy to ona mi coś 'robi' czy ja jestem z jakiegoś powodu na nią szczególnie otwarta. I nie wiem czy to rozróżnienie w ogóle ma znaczenie praktyczne.
To co mówi Lobelka o tym mechanizmie otwarcia mnie trafia, bo sam miałem przez długi czas poczucie że jestem jakoś szczególnie podatny na pewnych ludzi i przez lata myślałem że to ich 'wina'. Dopiero jak zacząłem drążyć skąd to otwarcie się u mnie wzięło, to zaczęło mi się coś układać. Ale Szeptun, wróćmy na chwilę do ciebie, bo ta wizualizacja z ogniem którą wymieniłeś, to pamiętasz cokolwiek więcej jak wyglądała? Czy to było coś co robiłeś sam, czy ktoś cię przez to prowadził?
Ktoś mi kiedyś opisał i sam potem próbowałem. Coś z wyobrażaniem sobie płomienia który wyciąga ze mnie to co niepotrzebne. Nie wiem czy to było robione dobrze, ale jakoś pomagało na chwilę. Teraz nie potrafię tego powtórzyć tak żeby działało, jakby utknęło.
To co opisuje Szeptun z tym 'pustym ogniem' to jest coś o czym rzadko się mówi wprost, a jest moim zdaniem ważne dla całej tej dyskusji o energiach. Jeśli nasz własny stan jest wystarczająco wyczerpany, to pewne techniki po prostu nie mają z czego czerpać. Wizualizacja nie jest neutralna, wymaga pewnego wewnętrznego napięcia żeby w ogóle coś uruchomić. I to nie jest wada techniki, to jest sygnał że coś trzeba najpierw uzupełnić zanim zaczniesz oczyszczać. To trochę jak próba wylania wody z naczynia które już jest puste.
Ten obraz z naczyniem mnie trafił, bo chyba właśnie o to chodzi kiedy mówię że wychodzę od tej osoby z mojej rodziny kompletnie bez sił. Ja nie jestem opróżniona przez nią, ja chyba przychodzę do niej już za mało pełna i wtedy to działa silniej. Ale jak to w ogóle zbadać u siebie? Bo to jest trudne do uchwycenia.
A nie jest tak że to też zależy od okoliczności? Bo ja sobie wyobrażam że mogę wychodzić zmęczona z rozmowy z kimś przy kim jestem szczególnie czujna albo spiętą, a to nie jest żadna energia tylko po prostu stres. I wtedy ten test który opisuje Lobelka i tak nic nie pokaże.
Właściwie to czego mi brakuje w tej dyskusji to rozróżnienie między tym co możemy obserwować a tym co interpretujemy. Lobelka mówi o obserwowaniu stanu, Telepatka.ka mówi o pustce w wizualizacji jako sygnale, Michasia99 mówi o wyczerpaniu przed kontaktem. To wszystko są obserwacje. Ale zaraz potem każdy z nas robi skok interpretacyjny i zaczyna mówić o energiach, mechanizmach, naczyniach. I ten skok jest zrozumiały, bo musimy jakoś zorganizować te obserwacje. Pytanie tylko czy warto być świadomym że to jest model, a nie opis rzeczywistości. Bo inaczej za rok ktoś inny przyjdzie z innym modelem i będziemy mówili że to jest niekompatybilne, a może mówić o tym samym.
Bogumil trafił w coś co mnie od początku tego wątku zastanawia. Bo ta rozmowa zaczęła się od pytania czy można się zarazić ujemną energią od kogoś innego, i przez kilkadziesiąt postów właściwie kluczymy wokół odpowiedzi na to pytanie. I mam wrażenie że każdy z nas odpowiada inaczej, a to nie jest tylko kwestia różnych doświadczeń. To jest kwestia tego że pytanie ma kilka warstw i zależy co przez 'zarazić' rozumiemy.
Ta trzecia wersja którą Mikolajek opisuje, uruchomienie czegoś uśpionego, to jest chyba to co czuję kiedy wychodzę od pewnych osób z wrażeniem że jestem gorsza niż przed wejściem. Jakby ta osoba nie dała mi czegoś złego, ale wyciągnęła coś co wolałam żeby spało. I to jest szczególny rodzaj wyczerpania, trudny do opisania.
A ja się zastanawiam czy to co opisujecie nie jest po prostu projekcją. Znaczy, czy to że ktoś wywołuje u nas jakieś trudne rzeczy nie jest po prostu tym że ta osoba jest lustrem i pokazuje nam coś o nas samych? Czytałam o tym w kontekście psychologii głębi i to dość dobrze opisuje takie sytuacje.
To zdanie o lustrach mnie uderza, bo nigdy tak nie myślałam o tym. Ale jak to rozróżnić w praktyce, kiedy to jest projekcja a kiedy to jest coś w tej drugiej osobie? Bo to brzmi jak coś co można interpretować w dowolny sposób zależnie od tego co nam wygodnie.
