Zastanawiam się ostatnio, czy miejsce praktyki naprawdę robi aż taką różnicę. Siedzę w domu od jakiegoś czasu i jakoś czuję, że moje rytuały są... płaskie. Nie wiem jak inaczej to opisać. Wyszłam ostatnio do lasu przy granicy działki, zabrałam tylko świecę i trochę ziół, i coś było zupełnie inne. Nie mówię, że od razu ziemia zadrżała, ale skupienie przychodziło samo. Czy ktoś ma podobne doświadczenia z konkretnym miejscem? Chodzi mi o miejsca poza własnym ogrodem, bo tam już działam, ale czuję, że potrzebuję czegoś... większego.
To nie jest kwestia magii miejsca jako takiej, tylko tego, że w lesie wypadasz z rytmu codzienności. Dom niesie za sobą za dużo skojarzeń, za dużo myśli o praniu i kolacji. A las nie ma dla ciebie historii emocjonalnej. Dlatego łatwiej o skupienie. Nie idealizowałabym tego. Powiedz mi lepiej - co konkretnie robiłaś przy tej świecy w lesie? Bo jeśli chodzi o rodzaj pracy, to nie każde miejsce nadaje się do każdego typu.
Ja jakiś czas temu próbowałam pracować przy rzece i byłam zaskoczona, że nie byłam w stanie utrzymać skupienia tak jak w domu. Hałas wody, ptaki, ktoś przechodzi ze psem... Myślałam, że natura automatycznie sprzyja, a okazało się, że mój dom jest jednak bardziej mój w jakimś sensie. Chociaż rozumiem o czym pisze Znachorka07 - ta płaskość to jest realne odczucie.
To jest naprawdę ciekawy wątek bo rzadko ktoś otwarcie pyta o łączenie separacji z przyciąganiem. Z mojego doświadczenia wynika, że to nie tyle kwestia miejsca, ile energetycznej logiki rytuału. Jeśli chcesz coś odciąć, a zaraz potem przyciągnąć - to miejsce może pomóc, ale może też zdezerientować całą intencję jeśli nie ma między nimi wyraźnej granicy. Praktykuję na zewnątrz od wielu lat i powiem ci, że Saturny miejsca - skrzyżowania dróg, miejsca przy wodzie stojącej, a nie płynącej - lepiej sprawdzają się przy separacji. Przyciąganie woli otwartego pola albo wzgórza.
Wracając do pytania Znachorki - w jednej sesji, jedno po drugim? Pracowałam kiedyś podobnie, separacja węzłami, potem po przerwie przyciąganie dymem. Kluczem była właśnie ta przerwa i fizyczna zmiana pozycji albo kierunku, twarzą do innej strony świata. Bez tego to się miesza. Ale w terenie to łatwiej zrealizować niż w pokoju - możesz dosłownie obrócić się i stać w innej przestrzeni.
Przepraszam, że wchodzę, ale mam podstawowe pytanie - jak w ogóle rozpoznać, że miejsce 'nadaje się' do czegokolwiek? Bo czytam i wychodzi na to, że jedni czują, inni analizują tradycję... ale co jeśli nie czuję nic szczególnego w żadnym miejscu? Czy to znaczy, że po prostu jeszcze nie ta pora, czy że źle wybieram?
Właśnie, fizyczne sygnały ciała to coś, na czym można się oprzeć bez całej tej otoczki. Ja mam tak, że w dobrym miejscu przestaję się wiercić. Brzmi banalnie, ale to mój marker. A wracając do wątku z Oleandą - ta zmiana kierunku, mówisz twarzą do innej strony świata. Robisz to intuicyjnie czy masz jakiś klucz, np. separacja zawsze na zachód, przyciąganie na wschód?
mam swój klucz, ale nie jest jedynym słusznym. Separacja i uwalnianie idą u mnie na zachód albo północ, zależy od pory roku i co konkretnie chcę zakończyć. Wschód i południe to przyciąganie i wzrost. To jest dość klasyczne podejście z tradycji ceremonialnej, ale działa też w uproszczonej wersji, jeśli jest się konsekwentnym. Problem pojawia się kiedy ktoś robi to co chwilę inaczej i potem się dziwi, że brak efektów.
Muszę dopytać o jedno - kiedy mówisz separacja i przyciąganie w tej samej sesji, to rozumiecie przez to bufor czasowy w tej samej lokalizacji, czy dosłownie jedno za drugim bez przerwy? Bo to dość istotna różnica i widzę, że każdy to rozumie inaczej w tym wątku.
Czy tu ktoś próbował tego przy wodze plynącej, nie stojącej? Bo Benedyk mówił o wodzie stojącej do separacji, ale ja słyszałam coś odwrotnego, że woda płynąca zabiela odcina, bo niesie ze sobą i odprowadza. Pytam bo byłam ostatnio nad rzekę i coś mnie tam ciagnęło żeby coś zrobić ale nie wiedziałam co 🙂
A to jest chyba sedno tematu - że miejsce w naturze czasem wywołuje impuls do działania, zanim jeszcze wiesz co chcesz zrobić. Ja miałam podobnie z tym lasem, poczucie gotowości wyprzedziło intencję. Ciekawe czy to specyfika otwartej przestrzeni czy jednak każdy ma swoje miejsca i nie ma jednej reguły.
Czytam ten wątek i mam pytanie które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu - czy miejsca w naturze mogą 'zepsuć' rytuał, jeśli coś tam kiedyś się stało? Pytam poważnie, bo znam pewne miejsce przy lesie, super spokojne na pierwszy rzut oka, ale zawsze czuję tam coś nieprzyjemnego i nie wiem czy to moje skojarzenia czy coś obiektywnego.
Od razu. Dosłownie przestępuję tę niewidoczną granicę i już wiem. To nie jest strach, bardziej jakieś napięcie w klatce. Ale miejsce obiektywnie wygląda spokojnie, drzewa, mech, żadnych oczywistych powodów.
Wracam do wątku o wodzie płynącej, bo Zaneta zostawiła to bez konkretnej odpowiedzi i szkoda, bo to dobre pytanie. Woda płynąca do odprowadzania ma sens w tradycji, ale jest jeden warunek - kierunek prądu ma znaczenie. Nie chodzi tylko o to, że 'niesie', ale o to czy stoisz przodem, tyłem do nurtu, czy rzucasz coś z prądem czy pod prąd. W niektórych systemach rzucanie pod prąd to wzmocnienie działania separacyjnego, bo coś 'walczy' z oporem.
Mnie bardziej zastanawia praktyczna strona tego - czy wy w ogóle zaznaczacie sobie kierunek prądu zanim zaczynacie cokolwiek, czy to wychodzi intuicyjnie na miejscu? Bo ja przy tej rzece kompletnie o tym nie pomyślałam, po prostu usiadłam gdzie było wygodnie. Teraz myślę, że może dlatego nic konkretnego z tego nie wyszło.
Ja szczerze to nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę kierunku wody, myślałam głównie o tym żeby miejsce było ciche i żebym nie była widoczna z drogi. Ale ta rozmowa otwiera mi oczy na to, że jest mnóstwo warstw, o których w ogóle nie wiedziałam. To trochę przytłaczające.
Nie wpadajcie w spiralę nadmiernego przygotowania. Serio. Połowa tych rzeczy, które tu wymieniamy, to obserwacje po fakcie - czyli ktoś coś robił, potem analizował co zadziałało i próbował znaleźć zmienną. To nie jest instrukcja obsługi, którą trzeba opanować przed pierwszym krokiem.
Zgadzam się z Benedykiem, ale z zastrzeżeniem - jest różnica między robieniem czegoś bez żadnej intencji a robieniem bez dogłębnej teorii. Ja swoją pracę z węzłami robiłam bez analizowania kierunku wody i działało, bo intencja była czysta i konkretna. Ale z drugiej strony, teraz gdy słyszę o tych niuansach, to chcę spróbować świadomiej i zobaczyć czy coś się zmienia.
A wracajac do tego co mówiła Znachorka - łączenie separacji z przyciaganiem - ja rozumiem że chodzi o dwie różne intencje w jednej sesji, tak? Bo mi się wydawało że to jest ryzykowne właśnie, że jedna intencja może wchodzić w drugą.
Fizyczna zmiana miejsca to jeden ze sposobów, tak. Ale powiem wam szczerze, że psychologiczne i energetyczne nie są dla mnie rozdzielne kategorie - jeśli przejście kilku kroków i zmiana pozycji pozwala ci naprawdę zamknąć pierwszą intencję i otworzyć drugą, to właśnie o to chodzi. Mechanizm jest drugorzędny wobec efektu. Czy ktoś tu próbował tej kombinacji i może powiedzieć jak to szło w praktyce, nie w teorii?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i dzięki za tę rozmowę, naprawdę sporo tu dla mnie nowego. Mam pytanie może z innej strony - czy kamienie mogą pomóc w takim rozgraniczeniu? Znaczy, czy trzymanie innego kamienia przy separacji i innego przy przyciąganiu ma sens, czy to zbędne komplikowanie?
To co mówi Centa to właśnie klucz do wielu pytań w tej rozmowie. Nie zawsze wiadomo co jest efektem samego rytuału, a co efektem tego, że rytuał organizuje uwagę i intencję. Przy pracy na zewnątrz ten problem jest jeszcze wyraźniejszy, bo bodźców jest więcej i łatwiej o rozproszenie. Kamień, zmiana miejsca, kierunek - to wszystko może służyć po prostu utrzymaniu ciągłości między tym co robisz a tym co zamierzasz zrobić.
Mam jedno pytanie jeszcze - czy jak robicie coś przy wodzie to zostajecie do końca rytuału czy wychodzicie zanim woda odniesie to co puszczacie? Bo mi sie wydaje ze powinno sie wyjść od razu, żeby nie patrzeć jak to odpływa, ale nie wiem skad mi to przyszło do głowy.
No dobra, wracam do tego co powiedziała Znachorka o zmianie miejsca - ja chyba nigdy nie pomyślałam o tym tak dosłownie, że naprawdę mam wstać i przejść kilka kroków. Zawsze mi się wydawało że zmiana intencji to kwestia skupienia w głowie, nie ruchu ciała. A tu nagle słyszę że fizyczne przemieszczenie coś zmienia. Macie na to jakieś wyjaśnienie dlaczego to działa, czy po prostu działa i tyle?
Właśnie, to jest ten moment gdzie się rozchodzi - jedni powiedzą że to psychologia, drudzy że psychologia jest jednym z przejawów czegoś głębszego. Ja przestałam walczyć z tym rozróżnieniem. Dla mnie zmiana miejsca to zmiana pola, niezależnie od tego jak to nazwiemy. Ale wracam do pytania Zanety o wychodzenie przy wodzie - naprawdę nikt więcej nie ma zdania w tej kwestii?
Ja próbowałam obydwu wersji - zostałam raz do końca i patrzyłam, i odeszłam szybko innym razem. Szczerze nie wiem czy odczułam różnicę, ale za pierwszym razem miałam takie dziwne uczucie że zostałam z czymś, co miałam puścić. Jakby akt patrzenia zatrzymywał to przy mnie. Ale to może być czysto moje, nie wiem czy to coś ogólnego.
To co pisze Centa jest bardzo ciekawe, bo mam wrażenie że właśnie o to chodzi - jak długo masz wzrok na czymś to utrzymujesz z tym kontakt. Coś jak z medytacją, gdzie zamknięcie oczu pomaga odciąć się od zewnętrznych bodźców. Czy ktoś próbował zamknąć oczy zamiast odchodzić, żeby osiągnąć podobny efekt? Albo to za proste i nie ma to sensu w kontekście pracy przy wodzie?
