To mi coś kliknęło. Bo ja chyba pisałam dotychczas jakby coś diagnostykując - 'co mi to mówi', 'co to znaczy'. A może po prostu mam notować że ten próg był. Że byłam tam i wyszłam.
Lunarna, właśnie. Othala w runach to jest runa dziedzictwa, ale też zamknięcia tego co minęło żeby można było coś przekazać dalej. Zapis jako 'byłam tu' jest dokładnie tym - nie rozbiorem przeżycia, tylko stawianiem kamienia przy drodze.
To mnie zastanawia przy tych Dumb Supper notatkach o których mówiłam wcześniej. Tam rytuał ma wyraźny początek i koniec - zapalenie świecy, sprzątanie stołu. A jak prowadzisz dziennik to granica między 'siadam zamknąć rytuał w słowach' a 'siadam bo mi smutno' może być naprawdę cienka. Czy wy jakoś to zewnętrznie zaznaczacie przed pisaniem?
To co mówisz Sauwak o granicy jest dokładnie tym co mnie blokuje od jakiegoś czasu. Bo przy Dumb Supper ta granica jest zewnętrzna - świeca, stół, konkretny gest kończący. Ale jak prowadzę dziennik bez rytuału otaczającego ten zapis, to skąd mam wiedzieć że zapisuję zamknięcie, a nie po prostu smutek? Czy wystarczy intencja w głowie, czy ona musi gdzieś być zapisana też?
Właśnie to jest pytanie które warto sobie postawić zanim się w ogóle usiądzie. Dla mnie działa coś prostego - krótkie zdanie przed właściwym zapisem. Nie cała deklaracja intencji, po prostu jedno zdanie które mówi dlaczego siadam. Coś w stylu 'zamykam ten tydzień' albo 'zapisuję co było na tej granicy'. To nie magia samo w sobie, ale wyznacza ramę i potem jak wracam, wiem w którym trybie pisałem.
Słucham tej rozmowy i myślę że może za bardzo szukamy jakiegoś protokołu. Przez ostatni czas prowadziłam notatki po stratcie i nie miałam żadnej ramy, żadnego zdania przed. Pisałam byle jak, chaotycznie. I jakoś to zadziałało, w sensie - coś się przez to przesunęło. Może ten próg o którym Andromeda mówiła wcześniej przechodzi się niezależnie od tego czy masz rytuał czy nie?
Przepływ energii żałobnej przez zapis jest opisany w pracy z czakrą gardła i serca razem. Kiedy blokady w tych dwóch ośrodkach są aktywne jednocześnie - coś czujesz mocno ale nie możesz tego wyrazić - to każdy akt wyrazu, czy to pismo, śpiew, mówienie na głos, będzie uwalniał tę blokadę. Więc to nie jest magia sensu stricto, to po prostu energetyczna fizjologia ciała subtelnego.
Mam wrażenie że Lunarna trafiła w sedno czegoś co mnie też ciekawi - skąd wiemy że cokolwiek zadziałało? Że rytuał coś zamknął, że zapis był kamieniem przy drodze a nie tylko wyrzutem emocji? Czy w ogóle można to sprawdzić retrospektywnie, czy to zawsze będzie interpretacja?
To wracam do konkretnego pytania które miałam od jakiegoś czasu - czy ktoś prowadzi oddzielny dziennik na praktyki przy żałobie, czy wplata te wpisy w ogólny dziennik praktyk? Bo mam jeden zeszyt na wszystko i zaczynam myśleć że to może być problem - że wpisy przy stratach giną wśród notatek z rutynowych rozkładów i nie mają swojego miejsca.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś wpisuje do dziennika imię osoby której rytuał dotyczy, czy raczej nie? Mnie się wydawało że to oczywiste, ale teraz nie jestem pewna.
Mnie natomiast zastanawia kwestia techniczna, ale myślę że ważna - co z dziennikiem kiedy kończy się zeszyt? Czy przenosisz ostatni wpis z rytuału zamknięcia do nowego zeszytu, czy zostawiasz stary zamknięty? Bo przy żałobnych zapiskach to chyba ma jakieś znaczenie czy tamten rozdział jest fizycznie zamknięty w konkretnym przedmiocie.
Sam miałem ten dylemat. Stary zeszyt zamykam fizycznie - przekładam tasiemką, czasem wkładam coś między okładki, coś materialnego z tamtego okresu. Nie przepisuję do nowego. Nowy zaczyna się nową energią, stary stoi na półce jako coś skończonego. Nie musisz do niego wracać, ale ważne że jest. Że tamten czas miał formę i ona jest gdzieś przechowywana.
To jest coś czego mi brakowało w całym tym podejściu - że dziennik może być nie tylko nośnikiem informacji, ale też fizycznym obiektem który coś przechowuje. Może dlatego notatki w telefonie nigdy mi nie działały tak samo. Nie ma czego zamknąć.
Lunarna, dokładnie. I to wychodzi poza samą magię żałobną - w każdej tradycji gdzie prowadzi się zapisy rytualne, fizyczny nośnik ma znaczenie. Grimoiry nie były trzymane w chmurze. Nie chodzi o estetykę ani sentyment, chodzi o to że przedmiot może być nośnikiem intencji w sposób w jaki plik nie jest.
Cykoria, to co napisałaś o grimoirach i fizycznym nośniku... zastanawiałam się nad tym. Czy to znaczy że np. wydruk zapisów cyfrowych miałby mniejszą 'wartość' niż coś pisanego ręcznie od razu? Pytam bo sama zaczęłam pisać w notatniku w telefonie i teraz mam ochotę to przepisać, ale nie wiem czy to ma sens.
Marylka_94, nie chodzi o to że druk jest gorszy. Chodzi o to co dzieje się w trakcie pisania ręcznego. Ręka pracuje wolniej niż myśl, więc siłą rzeczy zostajesz z jedną myślą dłużej. To nie magia papieru, to magia spowolnienia. Przepisywanie może mieć sens, ale nie jako kopiowanie - raczej jako kolejne przetwarzanie.
Ale Cykoria, to co mówisz o spowolnieniu - czy to nie jest po prostu efekt psychologiczny? Tzn. gdybym pisał na maszynie do pisania, też byłbym wolniejszy niż na klawiaturze. To by oznaczało że maszyna do pisania ma 'magiczniejszy' zapis niż laptop?
Maszyna do pisania to ciekawy przykład, bo historycznie niektórzy praktycy jej używali i traktowali ją bardzo rytualnie - konkretna maszyna, konkretne miejsce, taśma wymieniana tylko przy nowym projekcie. Fizyczność nie musi oznaczać 'odręczność'. Może chodzić o stałość, o to że ten przedmiot jest tylko do tego.
to ciekawe, bo to trochę zmienia pytanie Marylki. Może problemem nie jest telefon jako materiał, tylko to że telefon służy do stu innych rzeczy. Nie ma żadnej dedykacji. Używasz tego samego urządzenia do zakupów i do zapisywania rytuałów przy żałobie.
Zastanawiam się czy ktoś próbował mieć dwa oddzielne urządzenia - np. stary tablet tylko do zapisków. Pytam serio, nie retorycznie. Bo może dedykacja urządzenia robi różnicę nawet w cyfrowym podejściu?
Wracając do tego co Sauwak napisał o stałości - czy w prowadzeniu dziennika praktyk przy żałobie chodzi też o stałe miejsce pisania? Mam na myśli konkretne krzesło, stół, pora dnia. Czy to ma znaczenie czy to już nadmierna ceremonia?
To jest coś z czym miałam problem przez długi czas - że jeśli nie mam świecy, nie mam odpowiedniego zeszytu, nie jest właściwa pora, to odkładam. I potem nie wracam. Sauwak ma rację - zapis przy kuchennym stole w środku nocy może być bardziej prawdziwy niż starannie przygotowany rytuał w piątek wieczór.
Chciałabym dodać że zapis nocny ma specyficzną energię - w ezoteryce czas między północą a trzecią w nocy jest często opisywany jako czas cienkiej zasłony. Więc jeśli pracujesz przy żałobie, zapis o tej porze może mieć dodatkowy wymiar który zapisy dzienne nie mają.
Dobra, ale czy ktokolwiek z was faktycznie sprawdził na sobie czy pora zapisu robi różnicę? Nie teoretycznie, ale tak że porównałeś zapisy z różnych pór i zobaczyłeś jakąś różnicę? Bo trochę gadamy o tym jak o pewnik.
To co mówi Lunarna o cenzurowaniu siebie jest dla mnie kluczowe w kontekście dziennika żałobnego. Często właśnie to blokuje - że piszemy 'poprawnie', starannie, i przez to zapis jest o tym co chcemy poczuć, nie o tym co czujemy. Może nocna godzina tylko usuwa tę kontrolę, a nie ma żadnej mistycznej roli samej w sobie.
To co Sauwak napisał o cenzurowaniu mnie trafia. I myślę że to dotyczy nie tylko godziny - dotyczy też tego co sobie mówimy że 'powinno' znaleźć się w dzienniku praktyk. Znam osoby które piszą bardzo technicznie - co użyły, kiedy, jaka faza księżyca - i to jest kompletnie oderwane od tego co faktycznie przeżywały. Taki protokół zamiast zapisu.
Zgadzam się z Pytią. Widziałem takie dzienniki - bardzo staranne, bardzo puste. Data, godzina, użyte komponenty, wynik: 'odczucie spokoju'. I nic z tego nie wynika, bo brakuje tego co było pod spodem. Przy żałobie ten protokół staje się zbroja, nie zapisem.
