Każdy z nas ma pewnie taką jedną kartę, na której widok robi mu się gorąco, zanim jeszcze zdąży otworzyć usta do interpretacji. Ja mam swoją i wiem dokładnie, która to jest. Chciałabym wiedzieć, jak Wy radzicie sobie z rozkładami, w których wypada karta, której po prostu nie chcieliście zobaczyć? Bo przecież nie da się jej odłożyć, udać że nie ma, zrobić rozkładu jeszcze raz i mieć czyste sumienie. A jednak znam osoby, które tak robią. I znam siebie, która czasem miała ochotę. Jaka to u Was karta? Jak ją traktujecie, kiedy już się pojawi?
U mnie Dziesiątka Mieczy. Dla większości ludzi to Wieża, ale dla mnie właśnie ta karta zawsze oznacza moment, w którym naprawdę już nic się nie da zrobić. Wieża przynajmniej jest szczera w swojej dynamice – bum, koniec, początek. Dziesiątka Mieczy to cisza po wszystkim, taka cisza, której nie chcę słyszeć. Kiedy wypada mi w odczycie dla kogoś, dwa razy sprawdzam, czy dobrze ją odczytuję, bo wiem, jak ciężka bywa.
Moja nemesis to Pięć Pucharów. Brzmi niewinnie, prawda? A jednak za każdym razem, kiedy wyskakuje, wiem, że pytający już wie, co stracił, i że z tym niczym się go nie da pocieszyć. Wieża, Śmierć – one przynajmniej mają w sobie energię ruchu. Pięć Pucharów to utknięcie w żalu i nie ma od tego łatwej drogi wyjścia. Nie lubię tej karty, choć szanuję.
