To jest ogólny problem z metodą analityczną w nauce jakiejkolwiek umiejętności ruchowej. Jak uczysz się pływać przez ćwiczenie ruchów nóg na lądzie, to twoje nogi "wiedzą" pewien wzorzec, ale w wodzie i tak to nie działa, bo brakuje oporu, grawitacji i całego kontekstu. Myślę, że z rytuałem jest podobnie - można sobie ćwiczyć gesty, ale bez całego kontekstu to jest coś innego.
Chcę tu wrzucić coś z boku, bo ta rozmowa o LBRP i geometrii przypomniała mi tekst, który czytałem o tradycji Bön. Tam jest coś, co nazywa się trulkhor - joga ruchu, gdzie pozycje i przejścia między nimi są równie ważne jak same asany. I jest tam explicite powiedziane, że przejście jest nie mniej ważne niż pozycja. Czy ktoś wie, czy w tradycjach ceremonialnych zachodnich jest analogiczne myślenie o tym, co dzieje się "między" gestami?
W tradycjach szamańskich, o których czytałam w kontekście syberyjskim - szczególnie u Evenków - jest pojęcie "drogi" między stanami. Szaman nie przeskakuje ze stanu zwykłego w trans, jest właśnie "droga" między nimi, która ma swoją formę ruchową. Nie wiem czy to bezpośrednio odpowiada na pytanie Sauwaka, ale wydaje mi się, że to jest podobna logika.
W Goldenach Dawn jest coś, co można by interpretować jako odpowiedź na to pytanie - formuły "ruch do i ruch od" przy każdym geście. Regardie opisuje to jako "fluktuację magnetyczną", co brzmi dość osobliwie, ale myślę, że chodziło mu o to, że gest to nie punkt, tylko wektor. Ma kierunek i powrót. Czy to jest to samo co przejście w Bön, Sauwak?
Zastanawiam się, czy to rozróżnienie na gest jako wektor i przejście jako aktywne "między" - czy to nie wraca do tego, co mówiłam na początku o tai chi w więzieniu. Bo jeśli mistrzowie skracali formy, to musieli właśnie zdecydować, które z tych dwóch jest ważniejsze. I może odpowiedź brzmiała inaczej w zależności od tradycji? Jedni zostali z gestami, inni z przejściami?
Wchodzę tu z boku, bo śledziłam tę rozmowę i mam jedno pytanie do całego wątku. Mówimy o LBRP, o tai chi, o tradycjach Bön i szamanizmie evenskim. Ale czy jest jakiś przykład tradycji, która explicite mówiła, że ruch jest zbędny? Że intencja bez ruchu wystarczy? Bo jeśli takiej tradycji nie ma, to może to jest jakiś argument sam w sobie?
To mnie prowadzi do pytania, które mam do Lidzi, bo ona wspominała o religioznawstwie. Czy jest jakaś teoria w religioznawstwie porównawczym, która by wyjaśniała, dlaczego ciało jest tak konsekwentnie obecne w praktykach rytualnych w różnych kulturach? Nie chodzi mi o to, dlaczego ruch "działa", tylko o to, dlaczego jest wszędzie.
Rappaport to dobry wybór, ale jest też Victor Turner i jego praca o liminalności. Rytuał jako próg wymaga zdaniem Turnera zmiany stanu cielesnego, nie tylko mentalnego. Ciało musi przejść przez coś, żeby zmiana była "prawdziwa" w sensie społecznym i duchowym. To by tłumaczyło, dlaczego intencja bez ruchu jest niewystarczająca w większości tradycji.
Ma sens, i to jest bardzo zbliżone do tego, co w tradycjach jogicznych nazywa się akasha - przestrzeń nie jako tło, ale jako aktywny element ruchu. Ale chcę zapytać Hortensję o jedno: mówisz, że gest ręką może być "większy" - co przez to rozumiesz? Większy intensywnością? Skupieniem? Bo to by zmieniało całą optykę tego, jak myślimy o skalowaniu rytuału.
Właściwie to nie wydaje mi się, żebyś upraszczała. W somatics - szczególnie u Feldenkraisa - jest coś o tym, że jakość uwagi zmienia fizyczne odczucie ruchu. On dosłownie twierdził, że nie można oddzielić myśli od ruchu, bo mózg nie robi takiego rozróżnienia. Nie wiem na ile to się przekłada na rytuał, ale jakiś mostek tu jest.
Feldenkrais to ciekawy kierunek, ale mam wątpliwość - czy nie robimy tu zbyt łatwego skoku od neurologii do rytuału? Że coś działa na poziomie motorycznym, to nie znaczy automatycznie, że działa w kontekście magicznym. Może to są dwa oddzielne poziomy.
Agrippa to dobry przykład, bo on rozróżniał między operationes naturales a operationes spirituales, ale dla niego ciało było medium dla obu. To co mnie zastanawia w tej rozmowie - czy to rozróżnienie, które robimy między "ruch jako mechanizm" a "ruch jako sens" - czy ono w ogóle istniało w tych tradycjach historycznie? Czy my je wnosimy z zewnątrz?
Przepraszam, że wchodzę z takim basicowym pytaniem, ale - jak to praktycznie wygląda? Że ruch tworzy przestrzeń, że ciało jest medium - OK, ale jak ktoś zaczyna się tego uczyć, to od czego? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa jest bardzo teoretyczna i ja trochę gubię wątek praktyczny.
Ale w sytuacji, kiedy nie masz dostępu do takiego nauczyciela - co jest przypadkiem większości osób tutaj - to co? Odpuszczasz? Bo to jest trochę zamknięty krąg. Albo masz dostęp do przekazu, albo nie masz nic "prawdziwego". Nie podoba mi się ta logika, nawet jeśli rozumiem skąd się bierze.
Słucham tej rozmowy o przekazie i zastanawiam się, czy nie ma jakiegoś pośredniego wyjścia. Bo ja na przykład sporo wzięłam z obserwacji - filmów, zdjęć, opisów - i to nie jest to samo co żywy nauczyciel, ale nie jest też tylko tekst. Patrzenie na ruch drugiej osoby uruchamia coś, co Feldenkrais chyba nazywał wiedzą kinetyczną. Czy to się liczy jako rodzaj przekazu?
To zależy co robisz i w jakiej tradycji, bo każda ma inaczej rozłożone akcenty. Ale jeśli pytasz mnie o jakiś wspólny mianownik - to powiedziałabym, że na przejście. Moment, w którym robisz coś inaczej niż przed chwilą. Ruch rytualny zaczyna się tam, gdzie coś w tobie się przestawia, a nie tylko kiedy podniesisz rękę.
Tylko że Turner pisał o rytuałach przejścia w kontekście ceremonii inicjacyjnych, gdzie liminalność trwa dni albo tygodnie i jest osadzona w całej strukturze społecznej. Trochę inne skale niż to, co dzieje się w ciągu kilku minut w domu. Nie mówię, że to nieprawda, ale ta analogia coś gubi.
Mam pytanie do tej analogii ze snem, bo mnie ona zatrzymała. Drzemka uruchamia pewne fazy snu, ale nie wszystkie - szczególnie REM wymaga dłuższego cyklu. Czy ktoś wie, czy jest coś podobnego opisanego dla stanów rytualnych? Że pewne efekty po prostu wymagają czasu, a nie tylko intensywności?
Przepraszam, ale kamidana - to jest ten ołtarzyk domowy? Bo nie wiedziałam, że tam w ogóle są jakieś gesty, myślałam, że to głównie ofiary i modlitwy.
Słuchajcie, mam takie wrażenie czytając tę rozmowę, że cały czas kręcimy się wokół pytania o "prawdziwość" różnych form ruchu rytualnego. I za każdym razem kiedy ktoś podaje przykład z jakiejś tradycji, ktoś inny mówi "ale to nie to samo". Czy nie ma tutaj jakiegoś podstawowego pytania, od którego warto zacząć - czy ruch w magii działa dlatego, że jest poprawnie wykonany, czy dlatego, że jest szczerze wykonany?
tylko że malarstwo ma efekt, który możesz ocenić. W magii efektu często nie ma jak zmierzyć, więc "poprawność" jest trudna do ustalenia bez autorytetu, który ją definiuje. I to jest moje główne zastrzeżenie do tej analogii - w tradycji malarskiej masz informację zwrotną, w rytuale często nie.
To zależy co rozumiesz przez efekt. Jeśli efektem rytuału ma być zmiana wewnętrzna - w stanie ciała, uwagi, zorientowania - to informacja zwrotna jest, tylko wymaga innego rodzaju obserwacji niż patrzenie na obraz. Somatyczna informacja zwrotna jest realna, tylko nie jest zewnętrzny.
W wielu tradycjach ta nieweryfikowalność z zewnątrz jest celowa, a nie przypadkowa. Prywatność skutku jest częścią logiki rytuału. Ale to nie znaczy, że jest on bez konsekwencji - one po prostu manifestują się w czasie i w sposób, który wymaga dłuższej obserwacji własnej praktyki. Ktoś, kto robi to samo przez kilka lat, wie co działa, nawet jeśli nie umie tego zmierzyć.
Może właśnie dlatego przekaz od nauczyciela był tak ważny - nie tylko jako źródło formy, ale jako zewnętrzny punkt odniesienia na czas zanim samemu się go wyrobi. Wracamy do tego samego miejsca, ale chyba to jest po prostu napięcie, które w tej rozmowie nie ma rozwiązania. I może nie musi mieć.
Zaczyna mi się tu mieszać kilka pytań, które chyba trzeba rozdzielić. Jedno to: czy forma ciała w rytuale ma znaczenie dla skuteczności. Drugie to: kto może ocenić, czy forma jest poprawna. Trzecie to: czy bez nauczyciela można cokolwiek sensownie zrobić. Bo wrzucamy to wszystko do jednego worka i dlatego krążymy.
To jest chyba jedno z ciekawszych pytań w tej rozmowie. Jeśli patrzysz na tradycje szamańskie - syberyjskie, środkowoazjatyckie - to rytm i tempo są tam często opisywane jako warunek wejścia w stan, a nie tylko jako oprawa. Darbuka na określonej liczbie uderzeń na minutę, monotonny taniec, powtarzalność ruchu. To nie jest dekoracja. Ale czy to znaczy, że forma jest universalna, czy że każda tradycja ma swój klucz? Nie wiem.
Więc może to nie jest kwestia formy jako takiej, ale formy jako drogi do konkretnego stanu fizjologicznego? Czyli gest czy ruch nie ma znaczenia sam w sobie, ale ma znaczenie dlatego, że prowadzi ciało w określone miejsce. I to miejsce jest celem, nie sam ruch.
