Przepraszam, że znowu pytam o podstawy, ale - czy w stadhagaldr jest jakaś zasada dotycząca kierunku? Bo cały czas czytam o tym, że kierunek ruchu ma znaczenie w magii i zastanawiam się, czy to dotyczy tylko ruchu w przestrzeni, czy też orientacji ciała.
Przy okazji tego pytania o kierunek - to jest jeden z tych punktów, gdzie widzę największą różnicę między tradycjami zachodnioezpterycznymi a, powiedzmy, tybetańską pracą z ciałem. W zachodnim mamy bardzo mocne przywiązanie do kardynalnych kierunków, do czterech żywiołów przypisanych stronom świata. W tybetańskiej tantrze ciało jest orientowane zupełnie inaczej - tam kierunek zewnętrzny jest mniej ważny niż wewnętrzna oś, kanał centralny. To jest fundamentalnie inna geometria.
Ale chwila - czy skupienie jest "wszystkim" to nie jest teza, którą po prostu akceptujemy? Bo jeśli tak, to wracamy do psychologicznego wyjaśnienia, które Stefcia wcześniej odrzucała jako redukcjonizm. Skupienie = efekt psychologiczny. Nie mówię, że to wyczerpuje temat, ale nie można mieć tego obu naraz.
A czy da się w ogóle robić rytuał "bez przekonania"? Bo jak coś robię i jednocześnie myślę "teraz sprawdzam", to to "sprawdzanie" też jest jakimś intencjonalnym stanem. Może właśnie to jest ten problem - nie da się być neutralnym obserwatorem własnej praktyki?
Wracając do ruchu jako takiego - bo mi się wydaje, że trochę odpłynęliśmy w stronę epistemologii, a mam konkretne pytanie. Czy ktoś z was pracował z mudra poza kontekstem stricte hinduskim albo buddyjskim? Bo widzę sporo zachodnich praktyk, które mudra po prostu "wyciągają" z kontekstu i wklejają w coś zupełnie innego. I zastanawiam się, czy gest bez swojej oryginalnej siatki znaczeń nadal cos robi, czy to jest już tylko ruch rąk.
Przepraszam za głupie pytanie, ale czym właściwie jest mudra? Słyszałam to słowo, ale nie byłam pewna, czy to jest coś specyficznego, czy ogólnie każdy gest rytualny.
Nie wiem, czy odpowiem na pytanie Kamilki, ale mam podobne doświadczenie z czymś trochę innym. Pracowałam przez chwilę z gestami z systemu, który jego twórca określał jako "syntetyczny" - czyli świadomie skonstruowany, bez pretensji do historyczności. I moje odczucie było takie, że działało to inaczej niż kiedy pracuję z czymś, co ma długą linię przekazu. Czy to dlatego, że nowy system jest słabszy, czy dlatego, że mój umysł inaczej traktuje "wynalezione" od "odziedziczonego" - nie mam pojęcia.
Ale "działało inaczej" to nie jest to samo co "nie działało". Może każdy system ma inną jakość, niekoniecznie hierarchiczną. Szamańskie tradycje Syberii też były kiedyś wymyślone przez konkretnych ludzi, tylko że wystarczająco dawno, żeby o tym zapomnieć.
Mnie w tym wszystkim uderza coś innego. Rozmawiamy o gestach, mudra, ruchach - ale chyba nie powiedzieliśmy wprost, czym jest właściwie fizyczność w zaklęciu. Bo można to rozumieć bardzo różnie. Dla mnie ruch w rytuale to nie jest dekoracja ani pomoc dla umysłu - to jest część samego działania. Ale jak rozmawiałam z kimś, kto pracuje głównie z intencją, to powiedział, że ruch jest dla niego właśnie tylko pomostem do stanu wewnętrznego i nic więcej. Czy to jest ta sama praktyka, tylko opisywana inaczej, czy naprawdę dwie różne rzeczy?
A czy ktoś tu pracuje z eurhythmią? Bo ostatnio na nią trafiłam i tam jest właśnie ta idea, że każdy dźwięk i każda litera ma swój gest ciała - ale to jest system Steinera, więc nie wiem, czy pasuje do tej rozmowy.
Przy eurytmii i Steinerze muszę powiedzieć jedno - to jest system, który wymaga bardzo długiej nauki zanim cokolwiek "zagra". Znam osoby, które pracowały z tym latami i mówią, że przez pierwsze dwa, trzy lata to był czysto techniczny trening bez żadnego głębszego wymiaru. Więc jeśli ktoś myśli, że podejrzy kilka gestów z youtube i będzie działać - to raczej nie tędy droga. Nie mówię tego złośliwie, po prostu ten system jest zbudowany inaczej niż większość zachodnich podejść do pracy z ciałem.
A można zapytać - co to znaczy, że coś "zaczyna działać" po tym progu? Że czujesz coś innego? Że efekty są inne? Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że każda osoba mówi o czymś trochę innym używając tego samego słowa.
Zastanawiam się, czy nie warto by tu odróżnić dwa rodzaje wiedzy ciała. Jest to, co w literaturze antropologicznej nazywa się "embodied knowledge" - wiedza zapisana w ciele przez repetycję. I jest coś, co część tradycji opisuje jako zdolność ciała do "odbierania" czegoś, co nie pochodzi z treningu. Czy to są dwie różne rzeczy, czy jedna prowadzi do drugiej?
W tantrze - mówię o tekstach, nie o zachodniej interpretacji - jest pojęcie kriyashakti, mocy działania, która przejawia się właśnie przez ciało. I tam nie ma rozróżnienia między ruchem jako techniką a ruchem jako przepływem energii. To jest jedno. Ale to wymaga lat pracy z guru, nie da się tego wyuczyć samemu z kursu online, cokolwiek by kurs nie obiecywał.
O, to jest pytanie, które mnie też dotyczy praktycznie. Mieszkam w bloku, mam dosłownie niecałe dwa metry kwadratowe miejsca na praktykę. I ciekawe, bo kiedyś czytałam, że w niektórych tradycjach szamańskich, kiedy szaman był ograniczony przestrzennie - na przykład w jurtie przy złej pogodzie - ruch stawał się bardziej wewnętrzny. Coś jak wyobrażona geometria.
Przepraszam, że znowu przerywam, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie o tym, że ruch w rytuale ma znaczenie sam w sobie, nie tylko jako symbol? Czyli chodzi o to, że samo przemieszczenie ciała w przestrzeni coś robi, a nie tylko to, co sobie przy tym myślę?
Wracając do pytania Laurki o małą przestrzeń - mam wrażenie, że to nie jest tylko kwestia logistyczna. W pracy z runami jest pojęcie stadhagaldr, czyli formowania ciałem kształtu runy. I tu przestrzeń ma znaczenie, bo kształt jest dosłowny. Ale znam osoby, które robią to mentalnie i mówią, że efekt jest porównywalny. Ciekawi mnie, czy to jest kwestia doświadczenia, czy po prostu innej drogi do tego samego miejsca.
Stadhagaldr to nie jest jeden system - i to jest właśnie problem z pytaniem o "oryginał". Mamy kilka rekonstrukcji z XX wieku, głównie Kummer i Marby w Niemczech lat 30., potem trochę dalej Thorsson. Kummerowe pozycje są bardziej statyczne, ciało ma tworzyć kształt runy jakby zastygło. U Marby'ego jest więcej dynamiki, przepływu między pozycjami. Nie wiem, która wersja jest bliżej "oryginału", bo nie wiadomo, czy w ogóle istniała jedna forma przed tym jak Kummer to opisał.
Czekajcie, bo trochę gubie wątek. Mamy teraz dwa różne pytania na stole - jedno Laurki o małą przestrzeń i kompensację, i jedno Lidzi o to, czy stadhagaldr to taniec czy pozycja. Czy to są w ogóle powiązane pytania? Bo mi się wydaje, że tak, ale nie umiem powiedzieć dlaczego.
Ale to znowu wracamy do tego samego miejsca w kółko. Żeby odpowiedzieć, co jest sednem, musielibyśmy wiedzieć, co rytuał "robi". A żeby wiedzieć, co robi, musielibyśmy wiedzieć, co jest sednem. Ktoś widzi wyjście z tego?
To mi przypomina coś, o czym czytałam przy okazji tai chi - że mistrzowie w więzieniu, w ciasnych celach, praktykowali na tyle ograniczonych przestrzeniach, że formy skurczyły się do minimum gestów. I podobno niektórzy twierdzili, że przez to wyostrzyli pewne aspekty, których wcześniej nie dostrzegali przy pełnych formach. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale jest jakiś sens.
Czy macie wrażenie, że jest jakaś granica minimalna? Znaczy - można sobie wyobrazić, że gest rąk zastępuje pełny krok, ale czy można wyobrazić sobie rytuał ruchowy bez żadnego ruchu? Czy to w ogóle ma sens jako pytanie?
Rozumiem, ale zaraz - czy to nie jest też kwestia tego, do czego rytuał jest skierowany? Mam na myśli, czy jest różnica między rytuałem, który ma zmienić coś "zewnętrznego", a takim, który ma zmienić coś w praktykującym? Bo wydaje mi się, że w tym drugim przypadku granica między ruchem a jego wyobrażeniem jest mniej ostra.
Nie wierzę, że to jest czysty podział. W praktyce nawet najbardziej zorientowane wewnętrznie rytuały mają jakiś komponent zewnętrzny - choćby to, że zmieniasz swoją obecność w przestrzeni i to, jak inni cię odbierają. Albo sam efekt działania człowieka, który się zmienił. To trochę jak pytanie, czy medytacja jest tylko dla ciebie.
To mnie zastanawia, czy ta dwuwarstwowość jest specyficzna dla tradycji ceremonialnych, czy jest szerzej. Bo w tańcach rytualnych, które znam z kręgów wiccańskich, wszystko jest raczej jednorodne - ciało jako całość, nie ręce osobno i korpus osobno.
Zastanawiam się, czy to rozróżnienie na ciało całościowe i ciało wielowarstwowe ma jakieś przełożenie na to, jak się uczy tych ruchów. Bo geometria rąk można ćwiczyć przy biurku w zasadzie. Obroty ciała w czterech kierunkach wymagają przestrzeni. Jeśli te dwie warstwy można ćwiczyć oddzielnie, to może właśnie na tym polega adaptacja do małej przestrzeni - że ćwiczysz warstwy osobno zamiast razem?
To jest ciekawe wyjście, ale mam wątpliwość. Jeśli te dwie warstwy tworzą całość, to ćwicząc je osobno uczysz się właściwie czegoś innego. Tak jak można uczyć się oddzielnie harmonii i melodii, ale to nie jest to samo co granie obu naraz. Nie wiem, czy to jest lepsza droga niż po prostu robienie okrojonej wersji na tej przestrzeni, którą się ma.
