Ostatnio rozmawiałem z kimś, kto przeprowadził dość poważny rytuał zmiany - chodziło o pracę, o wyjście z pewnego etapu życia. Efekt przyszedł, ale nie w formie, jakiej się spodziewał. Stracił pracę zamiast dostać nową, relacje się posypały, przez kilka miesięcy miał wrażenie, że wszystko się wali. Klasyczna 'demolka przed budową', jak to niektórzy nazywają. Ale pytanie, które zostało po tej rozmowie: gdzie tu jest odpowiedzialność praktykującego? Czy jeśli rytuał 'zadziałał', ale inaczej niż chciałeś - to jest sukces czy błąd? I co w ogóle zrobić, jeśli widzisz, że coś poszło nie w tę stronę?
To jest właśnie coś, o czym dużo myślę od jakiegoś czasu. Prowadzę notatki z rytuałów od kilku lat i widzę pewien wzorzec - im bardziej ogólna intencja, tym bardziej nieprzewidywalny efekt. Tamten człowiek, o którym piszesz - czy miał jasno określone, co chce osiągnąć, czy raczej coś w stylu 'chcę zmiany'? Bo 'chcę zmiany' to zaproszenie do wszystkiego.
Czekajcie, bo mnie to zastanawia. Mówicie o odpowiedzialności, ale skąd w ogóle wiadomo, że to rytuał 'zadziałał' w danym kierunku, a nie po prostu życie potoczyło się tak, jak by się potoczyło? Pytam serio, bo zawsze mnie to trochę bije po głowie przy takich rozmowach. Skąd ten człowiek wie, że to przez rytuał stracił pracę?
To, co opisuje Wiciol, brzmi jak klasyczna praca z progami - threshold work. Są systemy, które wprost zakładają, że przejście przez transformację wygląda właśnie tak: najpierw rozpad struktur, które utrzymują cię w miejscu. Problem pojawia się, gdy ktoś robi taki rytuał bez zakotwiczenia - bez jakiegoś elementu, który stabilizuje proces. I to wtedy bywa niebezpieczne, nie sam rytuał.
U mnie to trochę inaczej wygląda, bo pracuje głównie ze snami i astrologia, ale widzę ten sam mechanizm. Jak zaczęłam świadomie pracować z symbolami podczas pewnego tranzyta saturna, to przez dobre dwa miesiące wszystko sie dosłownie rozpadało. I nie wiedziałam wtedy, czy to 'działa' czy 'nie działa'. Dopiero z perspektywy czasu widac było, że to był poczatek dużej przemiany. Ale w trakcie? Strach i pytanie: czy to ja to spowodowałam?
Mam pytanie do Azalii, bo to mnie dotyczy bezpośrednio. Niedawno pracowałem z czakrą splotu słonecznego - dość intensywna sesja, i po kilku dniach zaczęły się konflikty w pracy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Jakbym nagle przestał tolerować pewne zachowania. Czuję, że coś się zmieniło, ale nie wiem, czy to 'efekt uboczny', czy po prostu ja się zmieniłem. Czy to jest ten moment, o którym piszesz - że trzeba dać przestrzeń, zamiast cofać?
No właśnie, Sewer trafił w sedno. Rytuały zmiany rzadko dotyczą tylko jednej osoby. Zwłaszcza jeśli ktoś jest w sieci relacji - rodzina, praca, związki. Przemiana jednego człowieka automatycznie przebudowuje dynamikę wokół niego. I tu pojawia się kwestia, której prawie nikt nie porusza otwarcie: czy mamy prawo wywoływać zmiany, które pośrednio wpływają na innych ludzi, którzy o niczym nie wiedzą i nie wyrazili zgody?
To pytanie jest stare jak magia ceremonialana. W Abramelin, w Clavicula Salomonis - wszędzie pojawia się pojęcie 'kręgu wpływu' i granic operatora. Aleister Crowley pisał o tym w Magick in Theory and Practice dość bezpośrednio: każda zmiana w magicznym sensie zaczyna się od zmiany woli, a wola jest z natury ekspansywna. Ale dodawał też, że operator odpowiada za cały łańcuch konsekwencji, nie tylko za bezpośredni efekt. To jest właśnie ta odpowiedzialność - nie za intencję, ale za cały ciąg.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że brakuje tu jeszcze jednego wymiaru - co jeśli rytuał był przeprowadzony w dobrej wierze, z czystą intencją, a efekt i tak okazał się destrukcyjny dla kogoś bliskiego? Nie dlatego, że operator był nieodpowiedzialny, ale dlatego, że po prostu czegoś nie przewidział. Tarot wielokrotnie pokazywał mi, że zmiana ma więcej warstw niż jesteśmy w stanie objąć przed rytuałem. Jak sobie z tym radzić psychicznie - z winą, która i tak gdzieś zostaje?
Właśnie to - linia miedzy odpowiedzialnoscia a winą. Mnie długo to gryzło po jednym rytuale, który miał pomóc mi wyjść z pewnego okresu stagnacji. Wyszłam, ale ludzie wokół poczuli sie zaskoczeni zmianą i kilka relacji sie ochłodziło. Długo myslałam, czy to moja wina. A potem ktoś mi powiedział coś prostego: jeśli twój wzrost sprawia, że ktoś czuje sie niekomfortowo, to pytanie dotyczy ich komfortu, nie twojej zmiany. Nie wiem, czy to do końca prawda, ale jakoś mi to pomogło.
Ten problem z atrybucją jest chyba najgrubszym problemem przy ocenie konsekwencji rytuałów. Nie masz grupy kontrolnej. Nie możesz cofnąć czasu i sprawdzić wariantu bez rytuału. Ale myślę, że to pytanie jest trochę obok sedna - bo odpowiedzialność nie zaczyna się od udowodnienia związku przyczynowego. Zaczyna się od gotowości do rozpatrzenia, że mogłeś wpłynąć.
Właśnie - i to jest miejsce, gdzie różne tradycje rozchodzą się bardzo wyraźnie. Część systemów faktycznie zakłada pełną odpowiedzialność za całe pole skutków. Inne wprowadzają pojęcie 'zakresu operacji' - ty odpowiadasz za to, co świadomie objęłaś intencją, nie za każdy efekt domina. Ciekawe jak to rozwiązuje każda ze szkół osobno.
Właśnie wróciłem do wątku i widzę, że rozmowa trochę poszła w stronę techniki. Co jest dobre, bo to konkrety. Ale wracając do pytania, które sam zadałem na początku - co się dzieje gdy coś pójdzie nie tak - mam wrażenie, że część odpowiedzi leży nie w samym rytuale, tylko w tym co praktykujący robi PO. Czy ktoś miał sytuację, gdzie coś się posypało i potrafił to odwrócić albo chociaż zatrzymać?
Ja miałam coś takiego. Nie odwróciłam, ale powiedziałabym, że ustabilizowałam. Przy tym transicie saturna o którym pisałam - w pewnym momencie przestałam próbować walczyć z rozpadem i zaczęłam go obserwować jak zewnętrzny proces. I paradoksalnie, w momencie kiedy przestałam się trzymać kontroli, tempo zwolniło. Nie wiem czy to zbieżność czy nie, ale coś w tym było.
Są systemy, które wprost trenują tę umiejętność przed jakąkolwiek poważną pracą transformacyjną. W tradycji chaos magick jest koncepcja 'gnosis by ego dissolution' - zanim zaczniesz zmieniać cokolwiek na zewnątrz, musisz umieć rozluźnić uchwyt na własną narrację. Inaczej każda zmiana będzie czymś, przed czym będziesz uciekać, bo zagraża spójności obrazu siebie.
Słucham i mam jedno pytanie do całej tej rozmowy. Dużo mówimy o tym, jak rozpoznać, że transformacja idzie 'dobrze' - rozpad, potem stabilizacja, potem zmiana. Ale jak rozpoznać, że coś poszło faktycznie źle, a nie tylko jest trudne? Bo te dwa stany z zewnątrz mogą wyglądać identycznie.
To co piszesz o tym mechanizmie decyzyjnym - że jakby wyłączył się, a nie że był sparaliżowany strachem - to jest naprawdę dziwne. Bo skoro to nie strach, to co? Jakiś rodzaj apatii, czy coś innego?
Trudno to nazwać apatią, bo apatia to brak energii. On miał energię, działał, chodził do pracy. Po prostu przestał rozróżniać między opcjami. Jakby wszystko nabrało równego ciężaru i żadna decyzja nie była bardziej jego niż inna. Trochę jak dryfowanie.
To brzmi jak coś, co w niektórych tradycjach nazywa się 'loss of center' po intensywnej pracy z rozpadem struktury. Kiedy rytuał faktycznie rozkłada stare schematy, ale nowe nie zdążyły się uformować, zostaje coś w rodzaju próżni. Pytanie ile trwał ten stan u twojego znajomego?
Kilka miesięcy to już długo na fazę przejściową. Lisewski pisze o tym jako o 'extended vacuum state' i traktuje to poważnie - nie jako etap procesu, ale jako komplikację wymagającą osobnej interwencji. Czy ktokolwiek temu znajomemu w tym czasie aktywnie pomagał, czy było to zostawione naturalnemu biegowi?
Słucham tej rozmowy i myślę, że to jest właśnie ten moment gdzie tradycja samodzielnej pracy zderza się z brakiem sieci. Bo jak masz nauczyciela albo grupę, to ktoś z zewnątrz może zobaczyć to co ty sam nie widzisz. A jak pracujesz sam, skąd masz punkt odniesienia?
Mam pytanie do tej diagnostyki z zewnątrz - bo rozumiem logikę, ale co jeśli twoje otoczenie nie ma żadnych odniesień do tego co robisz? Większość moich znajomych nie wie co to czakra, nie mówiąc o pracy transformacyjnej. Czy to znaczy, że takie osoby są strukturalnie bardziej narażone na problemy bez wyjścia?
Są, ale mają ograniczenia. Prowadzenie dziennika pracy jest jedną z nich - nie żeby analizować technikę, ale żeby mieć zapis stanu przez czas. Jak coś dryfuje, to w tekście pisanym widać wzorzec którego na bieżąco nie widzisz. Ale to wymaga regularności i pewnej brutalnej szczerości wobec siebie w tym zapisie.
Zgadza się. Dlatego dziennik jest prewencją, a nie sposóbm kryzysowym. Prowadzisz go zanim cokolwiek pójdzie nie tak, żeby mieć baseline. Jak potem coś się zmienia, masz z czym porównać. Używanie go dopiero kiedy już jesteś w problemie to trochę jak szukanie apteczki w środku wypadku.
To jest dobra metafora i dużo tłumaczy. Mój znajomy nie prowadził żadnych zapisów, wszystko miał w głowie. I teraz z perspektywy czasu to jest jedna z rzeczy, które widzę jako błąd systemowy, nie jako efekt złej intencji.
Mam taki dziennik od lat i przyznam, że trzy razy uratował mi tyłek. Nie dlatego że wyciągałam z niego jakieś gotowe wnioski, ale dlatego że jak czytałam co pisałam trzy miesiące wcześniej, to widziałam że jestem w innym miejscu - i mogłam się zapytać po co i dlaczego. Samo to pytanie coś odblokowywało.
To rozróżnienie między 'trudne bo właśnie tak powinno być' a 'trudne bo coś jest źle' to jest moim zdaniem centralne pytanie tego wątku. I nie ma na nie odpowiedzi ogólnej. Każda tradycja, którą znam, ostatecznie mówi że tego rodzenia się trzeba nauczyć empirycznie - nie da się tego podać w instrukcji.
