Jakiś czas temu weszłam do lumpeksu i dosłownie bez żadnego powodu sięgnęłam po stary mosiężny kompas. Nie kolekcjonuję kompasów, nie wiem nic o ich historii, po prostu coś mnie ciągnęło. Leżał na dnie kosza z innymi rupieciami, był porysowany, igła się kręciła jak chciała. I tyle. Wzięłam go, zapłaciłam dwa złote i wyszłam. Dopiero w domu zaczęłam się zastanawiać, co z nim właściwie zrobić. Bo z jednej strony mam wrażenie, że to nie był przypadek, a z drugiej - no jak przedmiot, który przyszedł do mnie bez żadnej intencji, miałby pełnić jakąkolwiek funkcję magiczną? Czy macie podobne doświadczenia z rzeczami 'znalezionymi' albo kupionymi impulsywnie? Czy to w ogóle może działać, skoro nie było żadnego rytuału wyboru?
To akurat znam bardzo dobrze. Mam kilka przedmiotów, które trafiły do mnie dokładnie w ten sposób - bez planu, bez szukania. I szczerze, część z nich pracuje teraz mocniej niż rzeczy, które kupowałam świadomie i celowo. Ale mam pytanie do siebie samej, bo nigdy dobrze tego nie rozgryzłam: czy to znaczy, że przedmiot 'wybrał' mnie, czy po prostu mój umysł w danym momencie był na coś otwarty i przyciągnął to co potrzebował? Bo różnica jest dość istotna, prawda? W pierwszym przypadku mówimy o jakiejś agencji po stronie obiektu, w drugim - to cały czas my.
Kompas z lumpeksu to ciekawy przypadek, bo jest to przedmiot z historią. I tu od razu pojawia się kwestia, którą ludzie często omijają: każdy używany przedmiot nosi w sobie energię poprzednich właścicieli. Nie mówię tego jak banał - to jest rzecz, z którą trzeba coś zrobić przed jakimkolwiek użyciem w kontekście magicznym. Zanim w ogóle zaczniesz myśleć o funkcji tego kompasu, zapytałbym: czyściłaś go energetycznie? I mówię poważnie, bo mosiądz jest materiałem, który bardzo chętnie trzyma ładunki.
Wchodzę tu, bo mnie to ciągnie od pierwszego posta. Sama mam kamień, który znalazłam na plaży zupełnie przypadkowo i przez długi czas leżał po prostu na półce. Dopiero jak zaczęłam z nim pracować medytacyjnie, poczułam, że coś tam jest. Ale wracając do pytania Teodozji - mam wrażenie, że kluczowe jest to, czy dany przedmiot wchodzi w jakiś rodzaj... nie wiem jak to nazwać... dialogu z tobą? Tzn. czy jak go trzymasz, coś się dzieje, czy jest kompletnie martwy. Bo to chyba decyduje, czy ma sens go w ogóle aktywować, czy nie.
Ja akurat mam taką sytuację z pierścionkiem po babci. Nie czuję nic szczególnego, kiedy go trzymam. Ale jest przy mnie odkąd pamiętam i jakoś... nie wyobrażam sobie go oddać ani zgubić. Nie wiem, czy to magia, czy po prostu sentyment. Może to jest właśnie granica, której nigdy nie da się jasno wyznaczyć?
co do mosiądzu - metal można czyścić dymem (szałwia, palo santo), ale też przez zakopanie w ziemi na kilka dni albo po prostu wystawienie na działanie pełni. Ja osobiście polecam kombinację: najpierw ziemia, potem dym, potem intencja. Ale zanim to zrobisz, chciałbym wiedzieć jedno - ta igła, która się kręciła jak chciała. Kręciła się w jakimś konkretnym kierunku, czy losowo?
Słucham tej rozmowy i mam trochę inne podejście, bo mnie to szczerze zastanawia od strony bardziej sceptycznej. Czy nie jest tak, że po prostu kupujemy coś pod wpływem impulsu zakupowego, a potem dopasowujemy do tego narrację o 'wybraniu'? Pytam serio, bez złośliwości. Bo mechanizm jest znany: apofenia, czyli skłonność mózgu do znajdowania wzorców tam, gdzie ich nie ma. Skąd wiadomo, że impuls był 'magiczny', a nie po prostu zaciekawienie ładnym kształtem?
Mam w głowie coś trochę z innej beczki, ale może pasuje do wątku. Czytałam kiedyś o koncepcji z tradycji hoodoo, gdzie mówi się o 'curio' - przedmiotach, które same w sobie mają właściwości, niezależnie od intencji. Tam nie pyta się, czy przedmiot 'wybrał' właściciela - po prostu pewne materiały mają pewne działanie i tyle. Kompas jako przedmiot symbolizujący kierunek i orientację w przestrzeni mógłby być użyty do pracy z intencjami dotyczącymi wyboru drogi, dosłownie i w przenośni. Ale to zupełnie inne podejście niż 'energia poprzednich właścicieli' - tu liczy się przede wszystkim symbolika i materiał.
Słuchajcie, wróćmy na chwilę do tego, co powiedział Bogumił o oczyszczaniu. Bo mnie zastanawia jedna rzecz: jeśli czyścimy przedmiot z energii poprzednich właścicieli, to czy nie czyścimy go jednocześnie z czegoś, co go do nas przyciągnęło? Tzn. może właśnie ta historia, te warstwy - to jest to, czego szukaliśmy? Pytam, bo mam mieszane odczucia wobec całkowitego 'resetowania' przedmiotów z historią.
Przy całym szacunku dla tematu oczyszczania, chciałem wrócić do kwestii, którą poruszyła Fiolek - bo mnie ona bardziej interesuje. Jeśli symbolika przedmiotu jest ważniejsza niż jego historia, to kompas mógłby być użyty do pracy z oddechem i kierowaniem uwagi w rytuale. Tłumaczę: niektóre techniki oddechowe służą do 'ustawiania' intencji przed rytuałem - np. oddychanie pudełkowe (4-4-4-4) jako sposób na wejście w stan skupienia. Kompas jako punkt odniesienia przy takim ćwiczeniu mógłby pomagać utrzymać skupienie na konkretnym kierunku intencji. Ktoś próbował czegoś podobnego?
nie, nie chodzi o samo siedzenie. Chodzi o to, że rytmiczny oddech zmienia stan skupienia i obniża aktywność 'gadającego umysłu'. W takiej chwili kontakt z przedmiotem jest inny niż kiedy siedzisz i analizujesz go z każdej strony. Kompas w dłoni jako punkt skupienia - dosłowny, fizyczny - i oddech, który zwalnia myśli. Dopiero wtedy można coś poczuć. Albo nie poczuć, ale przynajmniej sprawdzić bez hałasu głowy w tle. Próbowałam to kiedyś z kamieniem, który mi nic nie mówił, i po kwadransie takiego oddychania miałam bardzo wyraźne skojarzenia, których wcześniej nie było.
Dobra, to ja spróbuję być konkretna. Wzięłam ten kompas kilka dni temu wieczorem, usiadłam, trzymałam go w dłoni i po prostu oddychałam spokojniej niż zwykle. Nie robiłam żadnego schematu, po prostu trochę zwalniałam każdy wydech. I coś się zmieniło, choć nie umiem powiedzieć co. To nie był żaden znak z nieba, igła się nie poruszyła w żaden symboliczny sposób. Ale przez te dwadzieścia minut byłam w jakimś innym trybie skupienia niż zazwyczaj. Czy to jest właśnie ten 'kontakt', o którym mówił Wolchw?
To co opisujesz brzmi bardzo podobnie do tego, co mi się zdarza przy kamieniach. Ale mam do ciebie pytanie, bo mi to nie daje spokoju - czy ten 'inny tryb skupienia' był w jakiś sposób związany z kompasem, czy raczej z samym faktem, że po prostu usiadłaś w ciszy i zwolniłaś oddech? Bo to jest dla mnie kluczowe rozróżnienie. Czy jak zamiast kompasu trzymałabyś na przykład zwykły kubek, to byłoby tak samo?
ale to jest dokładnie ta pułapka, o której ja mówiłam wcześniej. Jesteśmy w kółku. Nie możemy sprawdzić, bo wiedza o sprawdzaniu zmienia wynik. Chociaż... Willowa wcześniej wspomniała coś o zaślepieniu z kamieniami - jak to u ciebie wyglądało praktycznie? Czy byłaś w stanie naprawdę nie wiedzieć, który kamień trzymasz?
Zastanawiam się, czy to w ogóle musi być do końca weryfikowalne, żeby miało sens. Bo z tym pierścionkiem po babci, o którym mówiłam - ja nigdy nie 'czuję' czegoś konkretnego. Ale kiedy go zakładam przed jakąś trudną rozmową, coś we mnie się zmienia. Czy to pamięć o babci, czy jakiś mechanizm skupienia, czy coś innego - naprawdę nie wiem. I może właśnie dlatego wciąż nie potrafię powiedzieć, gdzie kończy się sentyment, a zaczyna coś więcej.
To ciekawe, co mówi Bogumił, bo to też zmienia trochę pytanie z tytułu wątku. Nie chodzi o to, czy przedmiot nabyty przypadkowo może pełnić funkcję magiczną w ogóle, ale raczej: czy może pełnić każdą funkcję, czy tylko tę, która wynika z jego natury? Kompas ma kierunek wpisany w swoją symbolikę i funkcję. Czy można go użyć do czegoś innego? Albo inaczej - czy jego 'przeznaczenie' jest ustalone?
I tu wraca moje wcześniejsze pytanie, które nigdy tak naprawdę nie zostało domknięte. Jak odróżnić wiedzę o przedmiocie od projekcji? Bo Bogumił mówił o symbolice kompasu w konkretnej tradycji - to jest coś, co można sprawdzić, ma źródło. Ale ta szkatułka z poprzedniego posta to już jest czyjaś prywatna teoria podana jako reguła. Gdzie jest granica?
Wracając do tego kompasu i do tego, co powiedział Bogumił o symbolice kierunku - to mnie trochę przestawiło myślenie. Przez cały czas traktowałam go jak 'przypadkowy przedmiot, który coś we mnie wywołał'. A może warto myśleć o nim przez to, czym jest - kompas, który wskazuje kierunek. I może to jest właśnie odpowiedź na to, do czego mógłby służyć, zamiast szukać ogólnej magiczności.
Mnie ta zmiana w podejściu Teodozji bardzo do mnie przemawia. To jest w ogóle duże przesunięcie - z 'czy ten przedmiot jest magiczny' na 'co ten przedmiot sobą reprezentuje i co przez to może zrobić'. I mi się wydaje, że właśnie tak działa ta praca z kamieniami, o której mówiłam. Nie szukam, czy kamień 'działa', tylko pytam, jaka jest jego natura i co przez to mogę z nim wspólnie zrobić.
I tu nagle ten wątek z oddechem nabiera sensu w inny sposób. Jeśli kompas ma symbolikę kierunku i orientacji, to praca oddechowa przy nim mogłaby być świadomym szukaniem własnego kierunku - nie w sensie geograficznym, tylko decyzyjnym albo wewnętrznym. Oddech jako resetowanie, kompas jako punkt odniesienia dla intencji. To by było spójne, zamiast robić ćwiczenie oddechowe z dowolnym przedmiotem po prostu dlatego, że jest pod ręką.
Właściwie to, co mówi Wolchw, trochę mi otwiera oczy na coś, co robiłam od lat, nie nazywając tego po imieniu. Ten pierścionek po babci, który zakładam przed trudnymi rozmowami - ja nigdy nie myślałam o nim jako o 'kondensatorze' czy 'zakotwieniu'. Myślałam po prostu: to jest babcin, a babcia była twarda i mądra. I może właśnie to jest ta symbolika, o której mówił Bogumił? Nie że pierścionek coś 'robi', ale że ja przez niego dotykam czegoś konkretnego.
No właśnie, Dziunia trafia w coś, o czym ciągle kręcę się w kółko. Bo kiedy czytam to, co napisała Kinia o babcin pierścionku, to czuję, że to jest zupełnie inny mechanizm. Albo może ten sam, tylko z innego końca? Kinia wchodzi przez relację, przez pamięć. Ja nie mam co przez co wejść, bo kompas to dla mnie nic, dopóki nie nada mu sensu.
I tu mi się nasuwa pytanie, które może trochę namieszać. A co jeśli właśnie ta pustka historyczna jest wartością, nie przeszkodą? Kompas bez przeszłości to kompas, któremu można nadać kierunek od zera. Pierścionek z babci jest 'zajęty' - niesie czyjeś życie. Nie mówię, że to złe, ale to są dwa różne stany wyjściowe.
Kupiłam go w małym sklepie z militariami, właściciel mówił, że to lata 60., ale nie wiedział skąd dokładnie. Więc nie, nie wiem. I teraz, po tym co napisał Bogumił, trochę inaczej na to patrzę. Całe czas zakładałam, że jest 'neutralny', bo nie wiem nic o jego historii. A może właśnie dlatego, że nie wiem, powinnam być ostrożniejsza, nie mniej.
To, co mówisz, Teodozjo, bardzo mi się skleja z tym, co robiłam z kamieniami z pchliego targu. Zawsze je najpierw czyściłam - solanką, dymem, zostawiałam na kilka godzin na parapecie. Nie dlatego, że byłam pewna, że coś w nich siedzi, ale dlatego, że nie byłam pewna, że nic tam nie ma. I to mi dawało spokój przed dalszą pracą. Czy robiłaś cokolwiek z tym kompasem po zakupie?
Mnie zastanawia jedno - czy oczyszczenie nie wpłynęłoby też na ten konkretny efekt skupienia, o którym mówiłaś? Bo jeśli jest w nim coś z poprzedniego właściciela, to może właśnie to coś powoduje to dziwne wejście w skupienie. Po oczyszczeniu kompas mógłby 'działać' zupełnie inaczej albo wcale. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle dla twoich celów.
Hej, ale zaraz. To brzmi tak, jakbyśmy wchodziły w założenie, że 'coś w nim jest' dosłownie. Czy nie możemy tego opisać inaczej? Może nie 'coś w środku', tylko 'skojarzenia i wzorce, które ten przedmiot w tobie uruchamia' - i oczyszczenie je resetuje, bo mentalnie zaczynasz od nowa? Efekt jest ten sam, ale opis jest zupełnie inny.
