Ostatnio siedzę nad czymś, co mi daje do myślenia i chcę zobaczyć, czy ktoś miał podobnie. Pracowałam jakiś czas z rytuałami oczyszczającymi w momencie, kiedy byłam kompletnie wyczerpana - nie fizycznie, ale tak jakby wewnętrznie. Taki stan, gdzie robisz wszystko mechanicznie, bez żadnego zaangażowania. I właśnie wtedy, przy jednym z tych rytuałów, wyszło coś, czego się nie spodziewałam - nie efekt, którego szukałam, ale bardzo wyraźny obraz pewnej relacji w moim życiu. Jakby energia zamiast iść tam, gdzie ją kierowałam, pokazała mi coś, przed czym uciekałam. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy wypalenie sprawia, że tracimy kontrolę nad intencją i rytuał zaczyna działać na własną rękę.
Znam to. Dokładnie ten moment, kiedy przestajesz nadawać kierunek, a coś zaczyna samo wyłazić. Miałam tak z pracą z ziołami - robiłam kadzidło niemal z przyzwyczajenia, żadnej konkretnej intencji, i nagle poczułam taki bardzo specyficzny smutek, który nie był mój. A właściwie był, ale bardzo stary, zahibernowany. Nie kojarzysz tego ze stanem liminalnym? Takie wypalenie to trochę jak usunięcie filtrów - ego jest za zmęczone, żeby cokolwiek blokować.
To co piszesz o filtrach to ciekawe, ale czy nie jest tak, że po prostu w takim stanie jesteś bardziej podatna na projekcje? Bo wypalenie też rozregulowuje percepcję. Skąd wiadomo, że rytuał coś 'pokazał', a nie że byłaś w takim miejscu emocjonalnym, że wszystko by wyglądało jak objawienie?
Właśnie o tym chciałem napisać. W tradycji hermetycznej jest taki koncept - jak duch jest zbyt pełen własnego planu, rytuał staje się czymś w rodzaju performansu dla siebie samego. Natomiast kiedy jesteś wydrążona, wyczerpana, pozbawiona tej warstwy kontroli, to paradoksalnie robi się przestrzeń na coś, co w qabale bywa opisywane jako receptywność. Nie mówię że wypalenie jest pożądanym stanem, ale rozumiem, dlaczego w tamtym momencie dostałaś to, czego nie szukałaś.
Czytam i mam pytanie do piszących - czy ten stan wypalenia o którym mówicie to był też moment jakiegoś kryzysu w relacjach, nie tylko ogólnego zmęczenia? Bo zastanawiam się, czy tu chodzi o wypalenie jako takie, czy o to, że mamy nierozwiązany problem z konkretną osobą i rytuał go wyciąga, bo siłą rzeczy te emocje są intensywniejsze.
Właśnie czytam to wszystko i mam takie wrażenie, że może wypalenie duchowe to nie jest coś, co przeszkadza w pracy magicznej, tylko jest samo w sobie stanem, który coś sygnalizuje? Jakby energia najpierw zatrzymuje nas, bo mamy coś do zobaczenia, zanim pójdziemy dalej?
Jest jeszcze jedna rzecz, o której nikt tu nie napisał. Kiedy intencja rytuału jest słaba albo niespójna, energia nie ginie - ona szuka ujścia w tym, co jest najbardziej naładowane. A co jest wtedy najbardziej naładowane? Właśnie to, przed czym uciekasz. Dlatego te 'niechciane objawienia' w rytuałach to nie jest błąd systemu, to jest system działający prawidłowo.
tak to odczytuję. Rytuał nie kłamie w tym sensie, że nie możesz go zmusić do ignorowania tego, co masz najbardziej naładowane wewnętrznie. Możesz tylko starać się to nadpisać - ale jeśli jesteś wypalona, nie masz zasobów do nadpisywania.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, bo podchodzę do tego sceptycznie - czy nie jest tak, że opisujecie zwykły mechanizm psychologiczny? Że w stanie zmęczenia obrona ego spada i wychodza stłumione rzeczy? I nakładacie na to ramę magiczną, bo pracujecie z rytuałem w tym momencie?
Mnie zastanawia co innego. Unakitka pisała, że to objawienie dotyczyło relacji. I że to nie było przyjemne. Ale czy po tym coś zrobiłaś z tą wiedzą? Bo to jest chyba ważniejsze niż to, dlaczego to wyszło.
Czytam od początku i mam takie skojarzenie - w runach jest Hagalaz, czyli ta runa chaosu i nagłego przełomu, która pojawia się kiedy coś musi być rozbite zanim zbuduje się nowe. Może wypalenie to taki właśnie moment Hagalaz w cyklu praktyki.
To co Czarek napisał o Hagalaz - to też gdzieś blisko jest z Wieżą w tarocie, nie? Ta sama zasada, że coś musi się posypać żeby zrobiło się miejsce. Ale mnie ciekawi właśnie to - czy można w ogóle świadomie pracować z tym stanem wypalenia, czy to działa tylko kiedy jest niezaplanowane?
To pytanie Quintessy o mechanizm psychologiczny mnie nie opuszcza. Bo nawet jeśli przyjmiemy, że to 'tylko' psychologia, to skąd wiemy, gdzie kończy się psyche a zaczyna coś innego? Mam wrażenie, że to rozgraniczenie jest trochę sztuczne, przynajmniej z perspektywy osoby, która to przeżywa. Unakitka - kiedy to wychodziło w rytuale, czułaś, że to jest odkrycie, czy raczej potwierdzenie czegoś, co już wiedziałaś, tylko nie chciałaś patrzeć?
ale to jest dokładnie to, co dzieje się w dobrej psychoterapii. Albo nawet w głębokiej medytacji. Nie bronię ani nie atakuję, po prostu - jeśli efekt jest taki sam, to skąd ta potrzeba, żeby nazywać to rytuałem, a nie po prostu pracą ze sobą?
Mam do Bursztynki pytanie, bo to co mówisz o formie ma sens, ale czy nie jest też tak, że ta forma czasem zamknąć? Znaczy - kiedy wchodzisz w rytuał z bardzo konkretnym protokołem, to może też ustawiasz sobie tor, którym pójdzie twoja uwaga. I wtedy nie wychodzi to, co naprawdę masz do zobaczenia, tylko to, co pasuje do struktury rytuału.
Czekajcie, bo chcę wrócić do czegoś, co napisał wcześniej Czarek o Hagalaz. Bo ta metafora mi siedzi. Tylko mam z nią problem - Hagalaz to runa, która przynosi rozpad rzeczy zewnętrznych. A tu mówimy o rozpadzie wewnętrznej struktury, jakichś mechanizmów obronnych. Czy to nie jest trochę inne zjawisko?
Ale czy wypalenie zawsze musi coś niszczyć? Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że traktujecie je trochę jak konieczny ból, który coś otwiera. A co jeśli ktoś wychodzi z wypalenia i nic nie wychodzi? Wraca do praktyki i jest tak samo jak przed? To znaczy, że zmarnował szansę czy po prostu nie miał nic do zobaczenia?
Zgadzam się z Vladim, ale chcę dodać jeszcze jedną rzecz. Mnie się zdarzyło wyjść z wypalenia i przez kilka tygodni nie robić nic. I to był najważniejszy czas, bo wtedy zobaczyłam, co z tej praktyki faktycznie jest moje, a co robiłam z przyzwyczajenia albo z lęku, że jak przestanę, to coś stracę. Przerwa po wypaleniu to też rodzaj informacji.
To co Bursztynka pisze o przyzwyczajeniu i lęku - to mnie uderza. Bo ile praktyki magicznej jest napędzane lękiem? Mam na myśli nie strach przed czymś konkretnym, ale takie ogólne poczucie, że trzeba utrzymać pewien rytm, bo inaczej coś się posypie. I czy wypalenie nie jest właśnie momentem, kiedy to wychodzi?
Wrotycz dotknęła czegoś, o czym sama długo nie chciałam myśleć. Moja praktyka przez jakiś czas była kompulsywna w sensie - czułam niepokój, kiedy nie robiłam rytuałów. I to jest coś zupełnie innego niż regularna, świadoma praca. To bardziej przypomina sprawdzanie zamkniętych drzwi pięć razy przed wyjściem.
i co to zmieniło? Mam na myśli - po tym, jak to zobaczyłaś, podeszłaś do praktyki inaczej? Bo to co opisujesz brzmi jak moment, który mógł wywrócić całą relację z magią.
To przesunięcie, które opisujesz, ma ciekawy odpowiednik w kabalistycznej idei kawana - intencji, która musi poprzedzać działanie rytualne. Nie chodzi tylko o 'wiem, po co to robię', ale o żywe, aktualne połączenie z tym po co. Jeśli rytuał stał się nawykiem, kawana zanikła. I wtedy rytuał jest jak pusta skorupa.
Siedzę i czytam od początku. Mam jedno pytanie, bo może to naiwne, ale - czy ktoś z Was miał tak, że po tym wypaleniu i tym co wyszło nie wrócił do poprzedniej formy praktyki? Że całkowicie zmienił to, z czym pracuje?
To co Bursztynka opisała o przejściu na prostsze formy - mnie to nie dziwi. Ceremonializm ma swoje miejsce, ale jest taki moment, kiedy rozbudowana oprawa zaczyna wymagać od ciebie więcej energii niż daje. I po wypaleniu ta dysproporcja staje się widoczna gołym okiem. Mam tylko pytanie do Bursztynki - to uproszczenie, o którym mówisz, to był świadomy wybór, czy raczej odkryłaś, że tamte formy po prostu przestały cię wciągać?
To ciekawe, że mówisz 'nie wróciłam' a nie 'porzuciłam'. Bo to sugeruje, że tamta forma nie jest zamknięta, tylko odłożona. Czy tak to czujesz? Że mogłabyś do niej wrócić, czy raczej wiesz, że to rozdział zamknięty?
Ja miałam coś podobnego, tylko w dużo mniejszej skali. Przez jakiś czas pracowałam z konkretnym zestawem rzeczy, dość regularnie. Potem był taki moment, że nie chciało mi się nic dotykać. I zamiast to analizować, po prostu zostawiłam wszystko na półce. Nie wróciłam do połowy z tego. I nie mam poczucia straty, co mnie trochę zaskoczyło.
To co opisujecie - i Bursztynka, i Blazenka - brzmi jak naturalne wygasanie, nie jak kryzys. A wróćmy do sedna tematu, bo mi się to wszystko kręci w głowie - czy wypalenie ujawnia prawdę o relacji z magią, czy może ujawnia prawdę o tym, czego w tamtym momencie życia szukałaś? Bo to są dwa różne pytania.
