To mnie prowadzi do pytania, które kręci mi się po głowie od jakiegoś czasu w tym wątku. Czy minimalizm jest czymś, co można przekazać innej osobie? Jeśli jest tak silnie związany z wewnętrzną strukturą praktykującego, to może każdy minimalizm jest osobny i nieporównywalny?
Zaraz, bo chcę upewnić się, że dobrze rozumiem. Mówimy teraz o minimalizmie jako czymś głęboko osobistym i nieprzenoszalnym, ale kilka postów temu padło, że tradycje z przekazem dają coś, czego nie zastąpi forma. To się trochę kłóci, nie? Bo jeśli minimalizm jest nieprzenoszalny, to i przekaz niewiele da.
To jest ciekawe porównanie, bo gramatyka języka też jest minimalistyczna w pewnym sensie, zestaw reguł, który generuje nieskończoną liczbę możliwości. Może minimalizm w magii to nie jest brak elementów, tylko znajomość reguł głębokich, które pozwalają budować z mniejszej liczby składników?
To porównanie z gramatyką lubię, ale ma jeden problem. W językoznawstwie kompetencja i wykonanie to dwie różne rzeczy, możesz znać reguły i mimo to mówić nieudolnie. W magicznej praktyce ta szczelina też istnieje i minimalizm bywa miejscem, gdzie ta nieudolność staje się najbardziej widoczna, bo nie ma czym jej przykryć.
I to chyba jest najprostsza odpowiedź na pytanie z tytułu wątku. Czy mniej może być lepsze? Może, ale tylko jeśli jesteś w stanie utrzymać jakość bez rusztowania. Minimalizm nie ułatwia pracy, on ją odsłania. I to jest albo motywujące, albo zniechęcające, zależy od tego, co chcesz z tą odsłoniętą rzeczą zrobić.
Ale właśnie to mnie niepokoi w tej metaforze. Jeśli ktoś zaczyna bez rusztowania i okazuje się, że 'budowa nie stoi', to co dalej? Wraca do bardziej rozbudowanych form? Czy to znaczy, że minimalizm jest czymś, co sprawdza, ale niekoniecznie buduje? Bo to byłoby dziwne jako filozofia pracy.
Boleslaw powiedział coś, co mnie zatrzymuje. Elementy, które niosą ciężar, kontra elementy, które są nawykiem. Tylko jak to rozróżnić w praktyce? Bo nawyk może być strukturą podtrzymującą, nawet jeśli nie wiesz, że tak jest.
To jest właśnie ten problem z całym dyskursem o minimalizmie, który mnie niepokoi od początku wątku. Mówimy tak, jakby da się kontrolować zmienne w praktyce magicznej, jak w badaniu. Ale praktykujący nie jest laboratorium. Jego stan wewnętrzny, kontekst życiowy, uwaga, wszystko to zmienia się razem z formą rytuału i nie da się tego rozdzielić.
Właściwie w tradycjach, które kładą nacisk na prowadzenie dziennika magicznego, czyli grimoire osobisty albo Book of Shadows w wersji roboczej, chodzi o dokładnie to. Nie o obiektywny pomiar, tylko o budowanie osobistego korpusu danych. Ale to wymaga konsekwencji przez dłuższy czas, żeby wzorce w ogóle zaczęły być widoczne. Ciekawe, czy osoby, które upraszczają, też to prowadzą, czy właśnie rezygnują z tej warstwy jako 'zbędnej'.
To pytanie Jadei jest ważne, bo dotyka czegoś, o czym nie rozmawialiśmy wprost. Minimalizm formy rytuału to jedno, ale czy minimalizm obejmuje też dokumentację? Bo jeśli ktoś upraszcza rytuał i przestaje zapisywać, to traci właśnie tę warstwę porównawczą, o której mówi Szaman. A może część osób upraszcza właśnie dlatego, że ich dokumentacja pokazała, co jest zbędne?
a czy dokumentacja nie stoi w sprzeczności z tym, co wcześniej padło o sygilizacji u Spare'a? Tam chodzi o to, żeby zapomnieć, żeby intencja nie była świadomie podtrzymywana. Jeśli skrupulatnie zapisujesz każdy rytuał, to trzymasz go aktywnym w pamięci. To jest odwrotna filozofia niż minimalizm przez zapominanie.
Wracam do tego, co Eliksiryna napisała o dokumentacji jako warstwie porównawczej. Bo to mnie prowadzi do pytania trochę z boku. Jeśli minimalizm jest tak głęboko osobisty i nieprzenoszalny, jak ustaliliśmy wcześniej, to czy dokumentacja komukolwiek innemu w ogóle coś mówi? Czy grimoire osobisty ma wartość dla kogoś poza autorem?
A ja się zastanawiam, czy ta cała rozmowa o dokumentowaniu nie oddala nas od tytułowego pytania. Czy mniej może być lepsze, to nie jest pytanie o to, jak archiwizować, tylko o to, czy redukcja formy ma wartość samą w sobie. I ciągle nie mam poczucia, że doszliśmy do jakiegoś wspólnego miejsca w tej kwestii, może poza tym, że odpowiedź jest 'zależy'.
Wracając do tego, co Eliksira napisała na końcu, bo to mnie naprawdę zatrzymało. Że zależy od tego, czy upraszczasz z wyboru. To brzmi prosto, ale właściwie jak to rozpoznać? Bo można myśleć, że upraszcza się z wyboru, a tak naprawdę po prostu nie ma się dostępu do bardziej rozbudowanych form i to jest taki trochę minimalizm z konieczności, nie z przekonania.
Mnie to pytanie Pytonissy uderza z innej strony. Miałam w notatkach taki okres, gdzie robiłam mniej, bo byłam po prostu wyczerpana, i wtedy też myślałam, że to jest jakiś wybór, uproszczenie. A jak wróciłam do pełniejszych form, to zobaczyłam, że tamten okres był po prostu przerwą, nie ewolucją. Ale nie wiem, czy to dyskwalifikuje tamte praktyki jako minimalizm, czy tylko zmienia ich kontekst.
To co Gienia opisuje jest bardzo zbliżone do czegoś, o czym Regardie pisał w kontekście przerw w pracy rytualnej, że przerwa nie jest pustką, tylko innym rodzajem aktywności. Nie pamiętam teraz, w którym tekście, ale chodziło o to, że organizm i umysł przetwarzają praktykę nawet w jej nieobecności. Jeśli tak, to 'minimalizm z wyczerpania' może mieć realny efekt, tylko inaczej umieszczony w czasie.
Jeśli chodzi o przetwarzanie w przerwach, to w tradycji hermetycznej jest coś, co można by nazwać inkubacją, czas między aktywnymi pracami, który był traktowany celowo, nie jako luka. Ale to jest zaprojektowana przerwa, nie wymuszona przez wyczerpanie. Różnica jest spora, bo w jednym przypadku przerwa jest częścią struktury, a w drugim jest reakcją na jej załamanie.
To co Jadea opisuje z inkubacją zaczyna mi się łączyć z tym, skąd wyszłyśmy. Jeśli zamierzona przerwa jest częścią struktury, to paradoksalnie to jest element bardzo minimalistyczny, nic nie robimy, ale robimy to świadomie i w określony sposób. Czyli minimalizm nie musi oznaczać, że forma jest prosta, może oznaczać, że jest rzadka, a jednak precyzyjna.
Ale to wtedy zmienia definicję, którą mieliśmy na początku wątku. Minimalizm jako rzadkość i precyzja zamiast skomplikowania to coś innego niż minimalizm jako prostota formy. Czy to nadal ten sam temat?
Mnie ta obserwacja Meliski porządkuje trochę to, co mi przez całą dyskusję siedziało z tyłu głowy. Że ludzie używają słowa minimalizm i mówią o kompletnie różnych rzeczach. Jeden ma na myśli krótki rytuał, drugi rzadką praktykę, trzeci brak zewnętrznych przedmiotów, czwarty prostotę intencji. I potem dyskusja jest trochę o wszystkim naraz.
A tak praktycznie, bo ta rozmowa trochę odleciała w teorię, czy ktoś w ogóle próbował robić coś dosłownie minimalnego i porównywał z czymś bardziej rozbudowanym w tym samym celu? Bo wszystkie te distinkcje mają sens, ale chciałbym wiedzieć, czy komuś konkretnie jedno działało lepiej od drugiego.
To co Gienia mówi o pewności jest ciekawe, bo poczucie pewności w rytuale to nie jest wyłącznie efekt psychologiczny uboczny. Część tradycji traktuje to jako warunek skuteczności, nie jako korelat. Jeśli tak, to rozbudowanie formy dla osoby, która potrzebuje tej pewności, nie jest nadmiarem, tylko czymś funkcjonalnym.
I tu wracamy do pytania, które Glicynia zadała dużo wcześniej, o rusztowanie. Tylko teraz mam inne odczytanie. Może rusztowanie nie jest etapem, który się porzuca, kiedy budowla stoi. Może dla niektórych praktykujących jest integralną częścią budowli i pytanie 'czy mniej może być lepsze' ma wtedy odpowiedź: nie, jeśli to mniej oznacza wyciągnięcie czegoś, co trzymało całość. Ale żeby to wiedzieć, trzeba to wpierw sprawdzić, i tu znowu wracamy do tego, że jedyną drogą jest własna praktyka i jakaś forma obserwacji siebie.
To co Eliksiryna pisze na końcu jest dla mnie trochę rewolucyjne. Że rusztowanie może być integralną częścią, nie pomocą tymczasową. Bo ja zawsze myślałam o tym inaczej, że jak nie potrzebujesz już wszystkich kroków i przedmiotów, to znaczy, że praktyka dojrzała. Ale jeśli to jest indywidualne, to skąd wiadomo, że się odrzuca rusztowanie, a nie że się po prostu traci coś ważnego i sobie to racjonalizuje?
To pytanie Narcyza o mierzenie wraca co jakiś czas w tej dyskusji i mam wrażenie, że za każdym razem jest blokadą. Nie mówię, że nieważną, ale może warto ją odłożyć na bok i zapytać inaczej: nie jak zmierzyć, tylko po czym ty osobiście poznajesz, że coś zadziałało albo nie zadziałało. Każdy ma jakieś wewnętrzne kryterium, nawet jeśli go nie artykułuje.
Dla mnie osobistym kryterium jest to, czy zostaje jakiś rodzaj ciszy po rytuale. Nie spokoju, bo to zbyt psychologiczne słowo. Bardziej takie poczucie, że coś zostało zakończone albo otwarte, zależy od intencji. I to mam zarówno po rozbudowanych formach jak i po bardzo prostych, jeśli byłam skupiona. Przy połowicznym skupieniu nie mam tego niezależnie od długości.
Ten wątek z obecnością przy mniejszej liczbie elementów ma pokrycie w pewnych tradycjach shintō, gdzie formy rytualne są celowo oszczędne właśnie dlatego, żeby nic nie przeszkadzało w kontakcie z tym, do czego rytuał jest adresowany. Harae, oczyszczenie, często sprowadza się do kilku gestów i kilku słów. Żadnej warstwy dekoracyjnej. To jest filozofia dokładnie odwrotna niż na przykład ceremonialny zachód.
