Zaczęłam się nad tym zastanawiać jakiś czas temu, kiedy zauważyłam, że te same runy w tej samej układance raz mi coś mówią, a innym razem siedzę i nic, pustka. Pierwsza myśl była taka, że po prostu nie skupiam się wystarczająco, ale potem zaczęłam porównywać z kalendarzem i wyszło mi, że prawie zawsze te gorsze sesje wypadają mniej więcej w tym samym czasie cyklu. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy naprawdę jest jakiś związek. Czytałam trochę o tym, że luna i cykl miesięczny są ze sobą powiązane biologicznie, ale czy to oznacza, że w konkretnych fazach cyklu lepiej lub gorzej pracuje się z energią? Macie jakieś obserwacje? Ciekawi mnie też, czy to dotyczy tylko kobiet, czy też mężczyźni odczuwają jakieś wahania.
Temat niby oczywisty dla każdej kobiety praktykującej, a jednak rzadko się o nim mówi wprost. Moje obserwacje przez lata są dość jednoznaczne, choć nie sprowadzałabym tego do prostego schematu. W fazie folikularnej, czyli mniej więcej od pierwszego dnia cyklu do owulacji, mam wyraźnie lepszy kontakt z intencją, łatwiej mi formułować zamierzenia i czuję, że jest jakaś wewnętrzna ostrość. Po owulacji wchodzę w fazę lutealną i to zaczyna się robić gęstsze, cięższe, czasem bardziej intuicyjne, ale też mniej kontrolowane. Przed samą menstruacją potrafię mieć sny, które są bardzo wyraźne, ale równocześnie rytuał wykonany siłą woli w tym czasie rzadko kiedy daje mi satysfakcję. Nie mówię, że jest nieskuteczny, mówię, że ja sama nie jestem wtedy w dobrym miejscu, żeby go prowadzić.
Mam pytanie, bo mnie to nurtuje od dłuższego czasu. Skąd bierzesz przekonanie, że to faza cyklu, a nie po prostu nastrój, który z tej fazy wynika? Bo to jest kluczowe rozróżnienie. Jeżeli gorzej pracujesz z energią, bo jesteś zmęczona, rozdrażniona i boli cię głowa, to to jest wpływ fizjologii na stan psychiczny, a nie bezpośredni wpływ na jakąkolwiek energię. Pytam serio, bo sam pracuję z czakrami od jakiegoś czasu i zauważam, że jak nie śpię dobrze, to praca z czakrami idzie jak po grudzie, ale nie przypisywałbym temu mistycznego znaczenia.
Ja tu widzę też kwestię kamieni. Pracuję z kryształami przy rytuałach i mam takie przeczucie, że w różnych fazach cyklu inne kamienie lepiej współpracują. Przy owulacji to jakby wszystko samo szło, każdy kamień pracuje. Natomiast przed menstruacją biorę zwykle obsydian albo czarny turmalin, bo czuję, że potrzebuję czegoś, co mnie uziemi, a nie rozkręci. Czy ktoś z was pracuje z kamieniami regularnie przy rytuale i ma podobne spostrzeżenia?
Chciałam wrócić do pytania o ryzyko, bo to jest ważna kwestia. Sama nie powiedziałabym, że praca w fazie przedmenstruacyjnej jest niebezpieczna, ale jest wymagająca inaczej. Mam na myśli to, że granice między sobą a tym, co robisz, bywają wtedy mniej wyraźne. Nie chodzi o jakieś dramatyczne zdarzenia, ale o to, że można łatwiej wciągnąć się w emocję, która akurat jest, i zamiast intencji mieć reaktywność. Pracowałam kiedyś z medytacją głębszą tuż przed menstruacją i wyszłam z tego dość roztrzęsiona, nie dlatego, że coś złego się stało, ale dlatego, że nie byłam na to gotowa akurat wtedy.
Słucham tego i z jednej strony to wszystko brzmi sensownie, bo rozumiem, że hormony wpływają na nastrój i koncentrację. Ale z drugiej zastanawiam się, ile z tego jest prawdziwą obserwacją, a ile jest efektem tego, że po prostu wiemy, w jakiej fazie cyklu jesteśmy i to nas nastawia. Bo jak ktoś ci powie, że przed menstruacją rytuały idą gorzej, to potem faktycznie możesz odbierać je jako gorsze, nie? Nie pytam złośliwie, naprawdę mi to chodzi po głowie.
A ja mam pytanie, bo trochę zgubiłam się w tej rozmowie. Cykl to cykl, ale te fazy, folikularna, lutealna i reszta, to ile to trwa każda i czy te daty można jakoś przewidzieć? Bo u mnie cykl jest nieregularny i nie wiem, jak miałabym w ogóle wiedzieć, w której fazie jestem w danym dniu. Czy ktoś ma sposób na śledzenie tego bez aplikacji?
Czytam ten wątek od początku i mam takie wrażenie, że rozmawiamy głównie o tym, kiedy pracować, ale nie o tym, jak dostosować rytuał do danej fazy. Bo to są dwie różne rzeczy, prawda? Jedno to wiedza o tym, że teraz jesteś w mniej sprzyjającym miejscu, a drugie to pytanie, co z tym zrobić. Czy ktoś świadomie zmienia rodzaj rytuału albo jego cel w zależności od fazy, a nie tylko decyduje, czy go robić?
Tylko że to podejście zakłada, że masz czas i spokój, żeby dopasowywać rytuały do fazy cyklu. Większość ludzi nie planuje rytuałów z tygodniowym wyprzedzeniem, tylko robi, kiedy jest potrzeba albo kiedy jest okazja. Co wtedy? Czy jeśli coś jest pilne, to po prostu to robisz, czy czekasz na lepszy moment?
Tylko tu wchodzi klasyczny problem z weryfikacją. Jeśli coś uruchomiło, to skąd wiadomo, że to był rytuał, a nie inne czynniki? Szczególnie w fazie przedmenstruacyjnej, kiedy i tak jesteśmy bardziej emocjonalnie poruszone, trudno odróżnić to, co zrobiłaś intencjonalnie, od tego, co dzieje się samo.
Zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy te fazy, o których mówicie, są jakoś powiązane z tym, co się dzieje z energią w tradycjach, gdzie cykl jest dosłownie opisany jako magiczny kalendarz? Mam na myśli np. pewne tradycje celtyckie albo wczesnosłowiańskie podejście do czasu. Bo tam nie ma podziału na folikularną i lutealną, ale jest podział na czas ciemności i czas światła, który mógłby być analogią.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale nie bardzo rozumiem co to zmienia dla praktyki. Czy jeśli kiedyś wyłączano kobiety z rytuałów bo miały menstruację, to dziś mamy to odwrócić i akurat wtedy pracować? Chyba nie o to chodzi, ale nie wiem jak to złożyć.
Chciałam dodać jedno obserwowanie z własnej praktyki, bo jeszcze nie było o tym mowy. Przy pracy z kamieniami zauważyłam, że przed menstruacją kamienie, które normalnie czuję jako spokojne, np. lapis lazuli, zaczynają mnie przytłaczać. Jakby za dużo naraz. Zamieniałam wtedy na coś prostszego i naprawdę było inaczej. Nie wiem, czy to jest coś ogólnego, czy tylko moje.
Mam pytanie do Mietowej, bo wspominałaś wcześniej o tym, że notowałaś jakość sesji tarotowych. Czy widziałaś różnicę nie tylko w tym, jak się czułaś, ale w samych kartach, które wychodziły? Mam na myśli to, czy powtarzały się podobne układy w tych samych momentach cyklu, czy raczej nastrój wpływał tylko na to, jak je interpretowałaś?
To jest bardzo dobre pytanie i przez chwilę myślałam o tym, żeby sprawdzić. Ale uczciwie to nie wiem, bo nie notowałam kart, tylko moje poczucie po sesji. Żałuję teraz, bo to byłoby ciekawe porównanie. Moja intuicja mówi, że karty były podobne, a zmieniała się interpretacja. Ale to tylko intuicja, nie mam danych.
To jest właśnie rzecz, która mnie zatrzymuje w tej całej dyskusji. Tarot działa głównie przez interpretację, czyli przez stan czytającego. Więc jeśli faza cyklu zmienia sposób, w jaki czytasz karty, to zmienia wynik czytania, ale nie dlatego, że coś zewnętrznego się zmieniło. To jest czysto wewnętrzna zmiana filtra. Czy to w ogóle można nazywać wpływem na magię, czy to jest wpływ na psychologię?
Czyli wracając do tego, co powiedział Simargl, bo to jest ważny rozjazd. Jeśli rytuał działa przez zmianę stanu wewnętrznego, to i tak jest skuteczny, tylko mechanizm jest inny niż 'wysyłam energię w eter'. Ale mam pytanie do osób, które faktycznie pracują regularnie z rytuałami, nie tylko tarotem: czy wy w ogóle zakładacie, że jest jakaś siła zewnętrzna, na którą stan emocjonalny wpływa inaczej niż przez interpretację? Bo to by zmieniało całą rozmowę o cyklu.
Właśnie, i to jest coś, czego brakowało mi w tej dyskusji od początku. Rozmawiamy o cyklu jako jednej zmiennej, ale ona wpływa na kilka różnych rzeczy jednocześnie. Na koncentrację, na emocje, na wrażliwość sensoryczną, na zdolność do wizualizacji. Każda z tych rzeczy może być istotna w innym aspekcie rytuału i nie wszystkie idą w tym samym kierunku w tej samej fazie.
A po ilu cyklach w ogóle zaczyna być widać jakiś wzorzec? Pytam, bo mam wrażenie, że to wymaga miesięcy obserwacji, zanim będzie cokolwiek z tym można zrobić. Trochę to frustrujące, jak chce się po prostu wiedzieć, kiedy rytuał zadziała.
Chcę wrócić do tej kwestii z kamieniami, bo Anetta.1 wcześniej zadała mi dobre pytanie i przez chwilę pomyślałam, że może nie doceniałam innych zmiennych. Ale teraz, kiedy Mietowa i Cesarzyca mówią o wrażliwości sensorycznej w fazach, to jednak wydaje mi się, że to co czuję z lapisem przed menstruacją to jest właśnie ta nadwrażliwość, a nie błąd obserwacji. Czy ktoś miał podobne doświadczenie z konkretnym kamieniem, który w jednej fazie idzie, a w innej przeszkadza?
To do mnie, bo runy to moja działka. I powiem szczerze, że nie wiem, czy jest różnica między tarotem a runami w tym sensie. Runy mają bardziej skondensowane znaczenia, ale i tak je interpretujesz przez siebie i swój kontekst. Różnica jest moim zdaniem mniejsza niż się wydaje. Ale jest jedno, czego nie sprawdzałem, bo jestem mężczyzną i cykl mnie nie dotyczy w tym sensie. Czy ktoś, kto pracuje z runami i ma cykl, może powiedzieć coś konkretnego?
Ja mieszam tarot z runami, nigdy nie myślałam o tym rozróżnieniu. Ale Kupalo mówi coś, co mnie zatrzymało. Właśnie, mężczyźni w tej dyskusji jesteście trochę na uboczu, bo temat jest dość oczywisty biologicznie. Ale czy wy w ogóle macie coś analogicznego? Jakieś cykle, rytmy, które wpływają na to jak wam idzie praca?
Tak, mam kilka kierunków. Marvin Lickey to psychiatra, pisał głównie o biologii rytmów dobowych, ale w jego pracach pojawia się wątek fluktuacji nastroju u mężczyzn w cyklu dłuższym niż dobowy. Jeśli chcesz coś konkretniejszego, poszukaj pod hasłem 'male infradian rhythm' albo prac Perssona z lat 90., który badał cykliczne zmiany nastroju niezależne od kortyzolu dobowego. To nie jest z głównego nurtu, bo badania nad cyklicznością były przez dekady silnie osadzone w kontekście menstruacji. Ale sama idea, że rytmiczność jest powszechna biologicznie, a nie specyficzna dla jednej płci, wydaje mi się kluczowa dla tej dyskusji.
A jak ktoś w ogóle nie prowadzi żadnych notatek i nie ma zamiaru zaczynać, to co? Pytam serio, bo to wychodzi na to, że żeby w ogóle pracować świadomie, trzeba być własnym laboratorium. Trochę to brzmi jak obowiązek domowy do magii.
To co Dominisia opisuje z kamieniami jest ciekawe właśnie dlatego, że prowadzi do szerszego pytania. Czy w ogóle możemy oddzielić efekt fizyczny od efektu interpretacyjnego w kontekście pracy magicznej? Bo jeśli nie możemy, to rozmowa o tym, czy cykl wpływa na kamień czy na percepcję kamienia, jest trochę bez dna. Oba są prawdziwe w obrębie tej praktyki.
Nie zgadzam się z takim całkowitym zrównaniem. Runy mają konkretniejszy zestaw znaczeń niż tarot i mimo wszystko ta konkretność robi różnicę. Nie twierdzę, że są obiektywne, ale że zakres interpretacji jest węższy. Więc może wpływ stanu na pracę z runami jest bardziej mierzalny, bo błędna interpretacja jest łatwiej rozpoznawalna po czasie.
Nigdy tak o tym nie myślałam, że notatki mogą być weryfikacją interpretacji a nie tylko dziennikiem nastroju. To ma sens. Ale wracając do pierwotnego tematu, bo trochę odpłynęliśmy. Czarodka wcześniej pisała, że ma poczucie, jakby rytuały w pewnym momencie cyklu po prostu nie 'wychodzą'. Nikt jej tak naprawdę nie odpowiedział konkretnie.
